Odkłamując Europę wielu prędkości

28.03.2017
Wokół Europy wielu prędkości narodziło się wiele mitów. Taki model nie musi jednak automatycznie oznaczać gorszej sytuacji międzynarodowej i ekonomicznej państwa należącego do „wolniejszej prędkości" UE. Wręcz przeciwnie.

- W kuluarach wszyscy się cieszyli, że Deklaracja [Rzymska] została podpisana przez 27 państw. Dla mnie najważniejsze jest to, abyśmy potrafili pokazywać taką jedność w naszych dalszych pracach - powiedziała premier Beata Szydło podczas konferencji prasowej w Rzymie 25.marca 2017 r. (Fot. PAP)


Nasiliło się w Polsce zjawisko straszenia „Europą dwóch prędkości”. Chociaż żaden formalny zapis dotyczący takiego podziału nie znalazł się w podpisanej w ostatnią sobotę marca Deklaracji Rzymskiej to nie zniknęły obawy wywołane wypowiedziami na spotkaniu przywódców europejskich krajów 7 marca.

Liderzy Francji, Niemiec, Włoch i Hiszpanii – François Hollande, Angela Merkel, Paolo Gentiloni i Mariano Rajoy – ustalili w Wersalu, że popierają „Unię Europejską opartą na różnych poziomach integracji”. Według Angeli Merkel „pewne państwa powinny mieć możliwość iść w swojej integracji dalej niż inne kraje, zachowując jednocześnie otwartość tej pogłębionej współpracy dla innych”. W konkluzjach Rady Europejskiej z 9 marca zawarta była zapowiedź przeprowadzenia w 2018 roku debaty unijnych przywódców na temat przyszłości Unii, a w domyśle: na temat ewentualnego wprowadzenia zróżnicowanej integracji. Jednocześnie – co nie jest bez znaczenia – był to ten sam szczyt, na którym Polska, naprzeciw pozostałych 27 państw Wspólnoty, samotnie promowała swojego kandydata na szefa Rady Europejskiej.

Specyficzny przebieg wyborów szefa Rady jeszcze bardziej spotęgował mit, że Europa wielu prędkości rzekomo będzie oznaczać niesłuszną dyskryminację Polski. Język używany do opisu Europy dwóch (czy wielu) prędkości mówi sam za siebie:  „Europa dwóch prędkości to pomysł na rozbicie UE” – mówił w lutym w TVP Info Jarosław Kaczyński. Stojąca po drugiej stronie światopoglądowej barykady „Kultura Liberalna” zatytułowała swój opublikowany 21 marca br. tekst słowami: „Europa wielu prędkości. Co grozi Polsce”.

Wymiar grozy zdaje się być nieodłącznym czynnikiem polskiej narracji o koncepcji zróżnicowanego tempa integracji w Europie. Pewną ulgę w tej panice przynosił tytuł artykułu opublikowanego w „Rzeczpospolitej” 7 marca, opartego na wypowiedzi wicepremiera i ministra gospodarki: „Morawiecki: Podchodzę ze spokojem do zapowiedzi o Unii różnych prędkości”. Po lekturze tekstu okazywało się jednak, że spokój wicepremiera Mateusza Morawieckiego nie polega wcale na tym, że upatruje on w Europie różnych prędkości szansy zamiast zagrożenia, ale na tym, że jest przekonany, iż ta „groźna” wizja Europy wielu prędkości wcale się nie spełni: „Europa dwóch prędkości to jest takie hasło, które powraca co jakiś czas (…), ale nie ma zagrożenia dla nas z tej strony. Gdyby rozwiązania instytucjonalne zaczęły powstawać w oparciu o strefę euro czy inne poszczególne obszary integracji, to mogłoby być to dla nas w jakimś stopniu niepokojące”- mówił wicepremier.

Kształt zreformowanej Unii

Chcąc przeanalizować gospodarczy, potencjalnie pozytywny wymiar „Europy dwóch prędkości”, zatrzymajmy się przy wypowiedzi wicepremiera Morawieckiego. Wydaje się, że fakt, iż „rozwiązania instytucjonalne będą powstawać w oparciu o poszczególne obszary integracji”, nie jest dla Polski koniecznie „niepokojący”, ale może być traktowany jako szansa na przyjęcie przez Polskę najbardziej korzystnego dla niej gospodarczo modelu integracji europejskiej. Choć na razie nie istnieją żadne konkretne projekty, jak dokładnie miałoby wyglądać instytucjonalne umeblowanie Wspólnoty po oficjalnym wprowadzeniu w życie „kilku prędkości”, to można się spodziewać, że pomysł ten będzie się opierał na utworzeniu możliwości przystępowania wybranych państw do pewnych zaawansowanych polityk w wielu dziedzinach, np. w obszarze zarządzania fiskalnego, ochrony środowiska czy podatków, bez presji na uczynienie tych rozwiązań obowiązkowymi dla wszystkich. Innymi słowy, dość rzadko dziś stosowany tzw. mechanizm wzmocnionej współpracy, pozwalający co najmniej dziewięciu państwom Unii – za zgodą Komisji i Rady UE – na zaawansowaną integrację w jakiejś dziedzinie, stałby się podstawą funkcjonowania Unii Europejskiej.

Specjaliści od spraw międzynarodowych i ekonomicznych podobnie wyobrażają sobie taką reformę Wspólnoty. Jak pisze publicysta Financial Times Wolfgang Münchau, „Unia Europejska została skonstruowana jako monolit. Utknęła w ramach prawnych, które, będąc dla każdego, jednocześnie nie spełniają oczekiwań nikogo. Wyjściem z pułapki jest zaakceptowanie procesu dezintegracji, po której nastąpi reintegracja”.

Oznacza to, że poluzowanie centralistycznej i monolitycznej UE spowoduje jednocześnie, iż w pewnych obszarach i wśród pewnych państw współpraca będzie naturalna, dobrowolna. Wydawałoby się, że taka wizja Unii Europejskiej – szanująca indywidualne preferencje państw członkowskich – mogłaby się Polsce spodobać. Implikuje ona przecież akceptację różnych podejść i światopoglądów, zamiast bezdusznego narzucania dyrektyw przez różnie rozumiane „centralne władze UE” (na przykład niekorzystnej dla obywateli Europy Środkowej dyrektywy o pracownikach delegowanych, która mimo protestów Polski i 10 innych państw wcale nie została uznana przez Komisję za naruszającą zasady subsydiarności).

Jednym z niewielu głosów wyrażających – choć nieśmiało – pogląd, że koncepcja dwóch prędkości teoretycznie mogłaby być dla nas korzystna, jest głos prof. Marka A. Cichockiego. Mimo sceptycyzmu wobec plusów dwóch prędkości w aktualnej sytuacji politycznej każe się zastanowić „w jakich obszarach różne prędkości mają faktycznie potencjał i co to oznacza dla nas? W polityce obronnej, w kwestiach socjalnych, polityce gospodarczej, unijnym budżecie, w kwestiach Schengen?” („Rzeczpospolita”, 13.03.2017 r.). Przeważająca jest opinia całkowicie sceptyczna – że zróżnicowanie prędkości jest koncepcją niebezpieczną, bo Polska powoli zjeżdżałaby na peryferie UE.

Marek Migalski, politolog i europoseł, zauważa: „Z Europą kilku prędkości mamy i teraz do czynienia. Jest kilka polityk europejskich, w które można wejść, ale nie trzeba. (…) Ten sam mechanizm może teraz dotyczyć innych zakresów: emigracji, polityki energetycznej, polityki obronnej, zagranicznej itp. Ta koncepcja jest być może jednym z warunków przetrwania projektu europejskiego jako całości, ale dla Polski jest szkodliwa” (NTO, 10.03.2017 r.).

Widać tutaj niespójność: skoro projekt zróżnicowanej, dobrowolnej integracji jest zdaniem politologa czymś niezbędnym do przetrwania całej UE, a więc czymś, na co jest wyraźne zapotrzebowanie, to dlaczego ma nie być korzystny dla Polski? Migalski – i wielu innych – patrzą na tę kwestię wyłącznie przez pryzmat domniemanego ryzyka odsunięcia Polski od najważniejszych decyzji politycznych w UE.

Aleksandra Polak z Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych jest kolejnym ekspertem, który patrzy na „Europę dwóch prędkości” jedynie w negatywnym aspekcie politycznym, w ogóle nie zauważając, że możliwość nieprzyjmowania niektórych dyrektyw może korzystnie wpłynąć na sytuację ekonomiczną Polski. O gospodarce wspomina mimochodem, że dwie prędkości utrudnią naszemu regionowi gospodarcze dogonienie Zachodu (a może właśnie ułatwią?). Jak pisze ekspertka CASE: „W Europie dwóch prędkości znaczenie Grupy Wyszehradzkiej i jej wpływ na Unię może znacznie przygasnąć”.

Wydaje się jednak, że Europa wielu prędkości może zostać skonstruowana w taki sposób, aby np. pogłębiona współpraca w dziedzinie fiskalnej czy energetycznej nie wykluczała z forum politycznego państw, które w jakiejś formie współpracy nie uczestniczą. Istniejącym obecnie zabezpieczeniem, z którego przy reformowaniu UE należy skorzystać, jest rozwiązanie, zgodnie z którym polityki wprowadzane przez grupy krajów w ramach mechanizmu wzmocnionej współpracy nie mogą podkopywać m.in. wspólnego rynku, czyli szkodzić wymianie gospodarczej między państwami wszystkich krajów Unii. A zatem w ramach wzmocnionej współpracy grupa państw nie może np. zakazać sprzedaży jakichś towarów produkowanych przez pozostałe państwa UE, bo wprowadzałoby to dyskryminację na wspólnym rynku.

Po 60 latach integracji Europie zabrakło spoiwa

Zamiast więc przyłączać się do chóru mówiącego o zagrożeniu płynącym z Europy dwóch prędkości, trzeba trzeźwo zwrócić uwagę na to, że efektem zróżnicowania integracji będą raczej istotne korzyści gospodarcze, które w dodatku mogą też kreować polityczną siłę Polski w UE.

Szansa na klimatyczny rozsądek

Przykładowo, przedmiotem takiej zaawansowanej współpracy mogłaby być unijna polityka klimatyczna bądź jej szczególnie silne narzędzia, przeciwko którym – zarówno jako kraj doganiający Zachód, jak i jako kraj o gospodarce opartej na węglu – zwyczajowo protestuje Polska, niezależnie od profilu partii rządzącej. Można sobie wyobrazić, że w wieloprędkościowej UE tylko te państwa, które deklarują taką wolę, mogłyby mieć obowiązek redukcji emisji dwutlenku węgla również w sektorach nieenergochłonnych (co teraz jest obowiązkiem dla wszystkich państw). Tylko najbardziej „proekologiczne” państwa mogłyby również przyjąć dość radykalną zasadę, którą w listopadzie 2016 r. w projekcie dyrektywy o efektywności energetycznej zaproponowała Komisja Europejska: „Zasada «efektywność energetyczna przede wszystkim» jest kluczowym elementem unii energetycznej i właśnie tę zasadę wprowadza w praktyce niniejszy wniosek. Najtańsza, najczystsza i najbezpieczniejsza jest energia, której się w ogóle nie używa”.

Mimo że koncepcja „Europy dwóch prędkości” jest przedstawiana przez wielu politologów, między innymi przez wspomnianego Marka A. Cichockiego czy Tomasza Grossego, jako de facto sposób na rozszerzenie dominacji Niemiec w UE, to „różne prędkości” w odniesieniu do polityki klimatycznej byłyby przeciwne polityce Niemiec. Mimo medialnej paniki wielu ekspertów, Europa dwóch prędkości może być szansą na postawienie się hegemonii Niemiec, a nie instrumentem podporządkowania się Berlinowi.

Dyplomatyczne wyzwanie

„Europy dwóch prędkości” nie należy nad Wisłą traktować jako zagrożenia, przed którym trzeba się bronić, ale jako szansę Polski na osiągnięcie istotnych korzyści gospodarczych i politycznych. Receptą na zdobycie tych korzyści jest zdecydowany i przemyślany udział Polski w zaplanowanej na 2018 rok debacie nad kształtem Unii Europejskiej.

Polscy politycy i dyplomaci muszą dążyć do tego, aby potencjalna Europa zróżnicowanych prędkości była skonstruowana w taki sposób, żeby pogłębiona współpraca państw w jakichś obszarach była wystarczająco przejrzysta i otwarta. Możliwość nieuczestniczenia powinna zaś obejmować także te dziedziny, w których nieobecność byłaby dla Polski korzystna ekonomicznie, np. pozwalałaby uniknąć jakichś wyśrubowanych, tłamszących wzrost i zatrudnienie wymogów.

Polska musi dopilnować, aby Europa zróżnicowanych prędkości była dostatecznie instytucjonalnie zabezpieczona przed możliwością politycznej dyskryminacji państw, które nie uczestniczą w wybranych obszarach. Na przykład w razie potencjalnego utworzenia się „rządu” strefy euro należy traktatowo zapewnić, aby w tym „rządzie” nie były podejmowane decyzje dotyczące państw spoza unii walutowej.

Przygotowanie spójnego planu zreformowania UE i doprowadzenie go do wcielenia w życie mogłoby nie tylko zaowocować korzyściami ekonomicznymi ze zróżnicowanej integracji, ale także już w samym procesie debaty pokazać dyplomatyczną siłę Polski i pozwolić zrekompensować niedawne niezbyt dobrze oceniane posunięcia na arenie międzynarodowej. Zwłaszcza, że promując koncepcję „niedyskryminującej Europy wielu prędkości”, Polska na pewno znalazłaby wielu sojuszników, zwłaszcza pośród małych państw Europy Środkowej i Wschodniej.

Wypływająca z „wielu prędkości” wizja wzmocnienia integracji w ramach strefy euro, skutkująca m.in. utworzeniem zcentralizowanego budżetu unii walutowej, budzi częste obawy polskich komentatorów przed ryzykiem odebrania Polsce części funduszy strukturalnych (w wyniku ich „przeniesienia” do budżetu strefy euro). Rezygnacja Polski z przeciwstawiania się Europie dwóch prędkości z argumentacją: „bo odbiorą nam pieniądze” mogłaby sprawić, że zachodnie rządy przestaną postrzegać kraje Europy Środkowej jako państwa, którym zależy wyłącznie na funduszach. Słynne już zdanie prezydenta Francji François Hollande’a do premier Beaty Szydło: „Wy macie zasady, my mamy fundusze strukturalne”, zdaje się potwierdzać, że tak właśnie jesteśmy postrzegani.

Obok skutecznego udziału Polski w debacie o UE w 2018 roku oraz obok siły politycznej wynikającej z ewentualnych korzyści gospodarczych, płynących z nieprzyjmowania niektórych dyrektyw, taka zmiana wizerunku mogłaby dać Polsce sukces polityczny.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test