Pesymiści wieszczą kryzys gospodarki, optymiści widzą szanse

03.09.2012
Wraz z kryzysem umiera optymizm i jednocześnie przychodzi na świat gigantyczne dziecko zwane pesymizmem. Oba leżą u podstaw cyklicznych wahań koniunktury – napisał w 1927 roku Wesley Mitchell, ojciec badań nad cyklicznością rozwoju gospodarczego. Od tego czasu minął prawie wiek i niewiele się zmieniło, co dotyczy także naszego kraju.

(Opr. DG)


30 sierpnia 2012 r., wraz z opublikowaniem danych na temat polskiego PKB umarł optymizm a narodził się gigant i potwór – wszechogarniający pesymizm. W ciągu jednego dnia polska gospodarka przeobraziła się z prymusa Europy w kulejącego potwora, z miejsca gdzie warto inwestować – w niegodną zaufania gospodarkę. Przynajmniej tak można sądzić po tytułach prasowych i wszelkich doniesieniach medialnych.  „Gospodarka się popsuła, trzeba ją naprawić” (Puls Biznesu), „Wzrost gospodarczy już mocno hamuje” (Rzeczpospolita), „Gdzie te inwestycje, gdzie te zakupy czyli Minorowe połowinki” (Gazeta Wyborcza) – to przykłady tytułów prasowych.

Konkluzje zawarte w artykułach są jednoznaczne: wysiadły wszystkie motory wzrostu gospodarczego, konsumenci nie kupują, rząd też skąpi, przedsiębiorstwa nie chcą inwestować, a nawet wyzbywają się zapasów. Ratuje nas tylko eksport, choć to niewielka pociecha bo jego wkład w PKB jest niewielki. Jednym słowem – totalna klapa, a jeszcze wczoraj było tak pięknie….

Czy rzeczywiście wszystko wygląda aż tak czarno? To, że gospodarka zwolni, wiadomo było od dawna. Nie wszystko jednak czy to, co się kurczy ma jednoznacznie negatywny wydźwięk. Zwłaszcza w przypadku metodologii liczenia produktu krajowego. Rachunki narodowe to swego rodzaju bilans, który pokazuje ile i czego nam przybyło w gospodarce, a ile  i czego ubyło. Czasami lepiej czegoś się wyzbyć, żeby ograniczyć koszty.

Ubyło nam przede wszystkim zapasów. I to jest bardzo pozytywny sygnał, który świadczy o elastyczności sektora prywatnego, o jego umiejętności dostosowywania się do gorszych czasów. Przedsiębiorcy wiedzą, że w warunkach spowolnienia gospodarczego, gdy zmniejsza się popyt na ich produkty, należy redukować koszty. Jednym ze sposobów ich ograniczania jest dostosowywanie poziomu zapasów do zmniejszającej się skali produkcji.

Proces ten rozpoczął się w firmach już wiosną ubiegłego roku, kiedy wiadomo było, że ścieżka ożywienia nie będzie kontynuowana. Energicznie do redukcji zapasów firmy przystąpiły od kwietnia tego roku i była to ich odpowiedź na zmniejszający się strumień napływu nowych zamówień pochodzących głównie od odbiorców zagranicznych.

Jednocześnie przedsiębiorcy powstrzymywali się przed redukcją kosztów związanych z zatrudnieniem, czyli nie zwalniali pracowników na potęgę, starając się zachować dotychczasowy stan zatrudnienia. Nie ograniczali również wynagrodzeń. Dla gospodarki to bardzo dobry sygnał, bo nie prowadzi do raptownego skurczenia spożycia indywidualnego. Podobne zachowania towarzyszyły spowolnieniu gospodarczemu lat 2008 2009. Proces dostosowywania poziomu zapasów i ich stopniowa redukcja rozpoczęła się w ostatnim kwartale 2008 r. i trwał do trzeciego kwartału 2009 roku.

Ograniczanie przez firmy kosztów w okresie dekoniunktury to niezwykle ważny proces restrukturyzacji gospodarki. Restrukturyzacji – bez udziału państwa, specjalnych programów i powoływania agencji rządowych. Przedsiębiorstwa robią to same we własnym interesie i po to, aby przetrwać gorsze czasy. Kto tego nie zrobi w porę – wypada z rynku. I na tym polega czyszcząca a więc również dobroczynna rola dekoniunktury.

Do wzrostu naszego PKB w II kwartale br. przyczyniła się dodatnia kontrybucja eksportu netto. I jest to zjawisko naturalne w okresach spowolnienia gospodarczego głównie z tego powodu, że import kurczy się szybciej niż eksport, co daje dodatni wynik obrotów handlu zagranicznego. Import zaś kurczy się szybko, bo w warunkach dekoniunktury i towarzyszącej im niepewności w gospodarkach takich jak Polska, firmy przestają inwestować.

To również racjonalne zachowanie mające na celu ograniczenie wydatków związanych z inwestycjami oraz ryzyka błędnymi decyzjami inwestycyjnymi. A pamiętać należy, że podczas długotrwałych okresów spowolnienia często dochodzi do zmiany struktury popytu, pojawiają się nowe technologie, nowe produkty. Z inwestycjami sektora prywatnego lepiej więc poczekać na koniec spowolnienia a więc do czasu, gdy stanieje siła robocza, cena kredytu będzie atrakcyjna, ceny surowców niskie a decyzje o inwestycjach bardziej trafiające w nową strukturę popytu.

Jedynym inwestorem w okresie dekoniunktury powinno być państwo, które zamiast zwiększać transfery socjalne, dzięki inwestycjom ma szanse złagodzić głębokość załamania aktywności gospodarki, nie dopuścić do nadmiernego wzrostu bezrobocia, spadku spożycia indywidualnego oraz poszerzania obszarów nędzy. Nie jest to działanie nieracjonalne i nieefektywne, jeśli państwo podejmuje inwestycje i charakterze publicznym, zaspakajające potrzeby ogółu obywateli, inwestycje, których sektor prywatny i tak by się nie podjął, nawet w czasach prosperity, bo charakteryzują się z reguły niską rentownością. Są to głównie inwestycje w infrastrukturę, z którą ciągle w Polsce jest krucho.

Plusem związanym z szybciej kurczącym się importem w stosunku do załamania eksportu jest również poszerzenie rynku zbytu dla rodzimych producentów. Mają oni szanse utrzymać wielkość produkcji dzięki sprzedaży na rynku krajowym tych towarów i usług, których nie opłaca się importować. Załamanie importu nie jest więc jednoznacznie negatywne.

Kontrybucja spożycia indywidualnego jest ciągle dodatnia (0,9), zaś jego dynamika w stosunku do roku ubiegłego nieznacznie spadła (z 2,1 proc. w I kwartale do 1,5 proc. w II kwartale 2012 r.). Można spodziewać się dalszego zmniejszania dynamiki spożycia, ale nie oznacza to jego raptownego załamania jeśli tylko rząd popatrzy na gospodarkę przez pryzmat poziomu życia obywateli, a nie wyłącznie wpływów do budżetu państwa.

Autorka zarządza Biurem Inwestycji i Cykli Ekonomicznych BIEC.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test