• Rafał Pisera

Pierwsze wzrosną płace

18.08.2010
Przeciętne wynagrodzenie w lipcu było o 2,1 proc. wyższe niż przed rokiem i wyniosło 3433,32 zł - podał GUS. To wynik gorszy od oczekiwań. Nieznacznie – o 1,4 proc. wzrosło zatrudnienie w przedsiębiorstwach powyżej 9 pracowników. Prof. Wacław Jarmołowicz z UE w Poznaniu uważa, że niski popyt na pracę to skutek rezerw, jakie wciąż pozostają w przedsiębiorstwach, i nieustannego wzrostu wydajności. - Zatrudnienie zacznie realnie rosnąć w przyszłym roku. Płace powinny zacząć rosnąć wcześniej – mówi.

(c) PAP/Maciej Rozwadowski


„Obserwator Finansowy”: Najnowsze dane GUS wskazują na zastój na rynku pracy. Zatrudnienie wzrosło nieznacznie. Wzrost płac jest na poziomie inflacji. Kiedy to się zmieni?

Wacław Jarmołowicz: Kryzys finansowy i gospodarczy charakteryzuje się dużym wzrostem niepewności. Przedsiębiorcy zazwyczaj nie wiedzą, co będzie dalej i starają się działać wyjątkowo ostrożnie. Rynek pracy ma dość niską elastyczność. Te czynniki sprawiają, że poziom zatrudnienia reaguje z pewnym opóźnieniem na inne zmiany w gospodarce.

Mniej więcej do początku bieżącego roku mieliśmy do czynienia ze zwolnieniami w przedsiębiorstwach. Ale pracodawcy rozstawali sie z pracownikami tylko wtedy, kiedy musieli, pozostawiając pewną rezerwę, na wypadek gdyby koniunktura się odwróciła. Na początku zwalniali ostrożnie, później kiedy kryzys stał się już faktem, te zwolnienia przybrały szerszą skalę. Teraz sytuacja jest odwrotna. Ale pracodawcy najpierw sięgają po rezerwy, a to powoduje, że mimo wzrostu produkcji popyt na pracę nie rośnie w stopniu zadowalającym.

Kiedy Pana zdaniem te rezerwy się wyczerpią i będziemy mieli do czynienia ze znaczącym wzrostem zatrudnienia?

Myślę, że trzeba poczekać na to jeszcze co najmniej pół roku. Na początku przyszłego roku zatrudnienie powinno zacząć rosnąć, pod warunkiem oczywiście, że w gospodarce utrzyma się obecny trend wzrostowy. Kiedy firmy nabiorą pewności, że wzrost produkcji jest trwały, będą decydować się na zatrudnianie nowych pracowników.

Co prawda przedsiębiorstwa w ograniczonej liczbie przyjmują nowych pracowników, ale mimo wszystko płace rosną. Na razie ten wzrost jest niewielki, ale to oznacza, że firmy starają się zatrzymać pracowników. Dane GUS obejmują tylko zakłady zatrudniające powyżej 9 pracowników. Z moich informacji wynika, że ten realny wzrost płac jest nieco wyższy – trochę powyżej inflacji. To znaczy, że przedsiębiorcy przy ograniczonym zatrudnieniu wolą utrzymać tych, których już mają w firmie, i trochę zwiększyć im zarobki, bo spodziewają się dalszego wzrostu produkcji.

Mimo wszystko wzrost zatrudnienia nie wydaje się przekraczać wahań sezonowych. Czy na jesieni mamy spodziewać się wzrostu bezrobocia?

Nie. Uważam, że może nastąpić sezonowy wzrost bezrobocia, ale będzie on nieznaczny. Gospodarka jednak powinna przyspieszać, a w ślad za tym powinno zacząć rosnąć zatrudnienie. W dużym stopniu będzie to zasługa Niemiec. Ich imponujące wyniki w ostatnich kwartałach pozwalają z optymizmem patrzyć w przyszłość. W końcu ok. 30 proc. eksportu polskie firmy lokują właśnie w Niemczech. To daje nadzieję na to, że będą zwiększać produkcję.

Spodziewam się, że wzrost zatrudnienia będzie poprzedzony wzrostem płac. To wynika z racjonalności przedsiębiorców, którzy będą chcieli skłonić już zatrudnionych do większej wydajności. Zaczną przyjmować nowych pracowników, kiedy wzrost produkcji okaże się trwały.

W jakim stopniu wzrost wydajności pracy hamuje przyrost zatrudnienia ?

To bardzo istotny czynnik. Wydajność pracy wciąż rośnie. Jesteśmy, przynajmniej po części, na etapie wzrostu bezzatrudnieniowego. Przedsiębiorcy inwestują w nowe technologie, maszyny, to wszystko powoduje, że popyt na pracę rośnie wolniej niż mógłby, gdyby nie było postępu technologicznego. On jednak jest konieczny, bo powoduje wzrost konkurencyjności naszych produktów na innych rynkach, a w konsekwencji wzrost konkurencyjności całej polskiej gospodarki. Bez tego nie udałoby się przejść nam przez ten kryzys bez recesji.

Czy mówienie o tym, że w gospodarce jest coraz lepiej, nie sprowokuje roszczeń pracowniczych, a w konsekwencji wzrostu płac?

Z pewnością tak. Pracownicy już dość długo czekają na podwyżki i prędzej czy później zaczną się o nie upominać. Tym bardziej że dzięki wzrostowi wydajności luka pomiędzy wzrostem płac a wzrostem PKB znów zaczęła się poszerzać. Na razie wzrost płac hamuje stosunkowo niewielki wzrost zatrudnienia, ale prędzej czy później pracownicy upomną się o swoje.

Rozmawiał: Rafał Pisera

Prof. Wacław Jarmołowicz, wykładowca na Uniwersytecie Ekonomicznym w Poznaniu. Specjalizacja: makroekonomia, gospodarowanie zasobami ludzkimi, zarządzanie kadrami, polityka gospodarcza, teoria i polityka płac. Autor ponad 200 publikacji.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test