Piketty i jego rentierzy

26.09.2014
Hipoteza Piketty’ego, że stopy procentowe wzrosną zdecydowanie powyżej tempa wzrostu gospodarczego, będzie następować akumulacja kapitału i bogaci jeszcze się wzbogacą, opiera się głównie na przyjętym założeniu, że na skutek kumulowania się oszczędności rozkład dochodów musi dążyć ku nierówności.

Jeffrey Frankel


Większość omówień książki Thomasa Piketty’ego „Capital in the Twenty-First Century” („Kapitał w XXI wieku”) napisano jeszcze przed jej zadziwiającym skokiem na czoło listy bestsellerów. Przeczytanie jej w całości zajęło mi pięć miesięcy, ale wreszcie skończyłem. Mogę przedstawić swoje uwagi.

Z „Kapitałem” Karola Marksa książkę tę łączy jedno: służy ona jako element skupiający tych, których obchodzą nierówności i to niezależnie od tego, czy rozumieją oni szczególną argumentację Piketty’ego i czy się z nią zgadzają. Jednak – uczciwie mówiąc – niewiele z tego, co napisał Marks, miało oparcie w ostrożnie zebranych danych statystycznych, a większość była dziwaczna, natomiast większość z tego, co pisze Piketty, ma oparcie w ostrożnie zgromadzonych danych statystycznych, a dziwactw jest tam bardzo mało.

Źródła nierówności

W Stanach Zjednoczonych nierówności dochodowe rosną (według wszelkich mierników od 1981 roku, a w 2007 roku, jak się szacuje, ponownie osiągnęły rekordowy poziom z początków XX w.). To samo dotyczy Wielkiej Brytanii, Kanady i Australii. W latach 1914–1950 nierówności dochodowe w tych krajach mocno zmalały, podobnie jak we Francji, Niemczech, Japonii i Szwecji. Obecnie jednak rozkład dochodów w tej ostatniej grupie krajów jest o wiele bardziej egalitarny niż 100 lat temu, w okresie szczytowej nierówności.

Ekonomiści, zwłaszcza amerykańscy, skupiają się na kilku przyczynach zwiększenia nierówności. Po pierwsze istnieje zróżnicowanie płac między tzw. pracownikami wykwalifikowanymi oraz niewykwalifikowanymi, których klasyfikuje się zgodnie z ich osiągnięciami edukacyjnymi. Często zatem ustalenie wyższych płac ma odzwierciedlać ekonomiczną wartość kwalifikacji potrzebnych w gospodarce, która coraz bardziej polega na technice. Problem w tym, jak podnieść kwalifikacje pracowników.

Drugą przyczyną nierówności są wysokie wynagrodzenia kierownictw przedsiębiorstw oraz pracowników branży finansowej. Po kryzysie z 2008 roku wielu obserwatorów żywi zrozumiałe wątpliwości wobec stwierdzeń, że to wynagrodzenie jest rekompensatą za działalność społecznie użyteczną.

Po trzecie w wielu zawodach działa zasada „zwycięzca bierze wszystko”. Jeśli społeczność potrafi ustalić, kto jest najlepszym dentystą w mieście albo najlepszym piłkarzem na świecie, to stosunkowo małe różnice w umiejętnościach powodują o wiele większe niż kiedyś różnice w dochodach. Występuje wreszcie zjawisko „kojarzenia selektywnego”: bardzo utalentowani profesjonaliści żenią się teraz z bardzo utalentowanymi profesjonalistkami w swoich dziedzinach.

Kapitał czy praca

Piketty nie zajmuje się żadną z tych przyczyn, choć wszystkie one odnoszą się do dochodów z pracy (płac i innych wynagrodzeń). Skupia się natomiast na tym, co uważa za charakterystyczną dla XXI w. tendencję do nierówności majątkowych, do których prowadzi stałe gromadzenie oszczędności przez zamożniejszych: wraz z narosłymi odsetkami są one następnie przekazywane kolejnym pokoleniom.

To prawda, że w latach 1975–2007 kapitałowa część dochodów (odsetki, dywidendy i zyski kapitałowe) w głównych krajach zamożnych stopniowo rosła, a udział pracy (płace inne wynagrodzenia) spadał; dalsze utrzymywanie się tej tendencji wspierałoby hipotezę Piketty’ego. Zasługuje on zresztą na uznanie za to, iż wskazuje na brak podstaw, na których można by oprzeć założenie, że udział dochodów z kapitału musi nieodzownie powrócić do długoterminowej stałej. Stopy procentowe są jednak w ostatnich latach na rekordowo niskim poziomie – dosłownie zerowe, tymczasem w książce Piketty’ego absolutnie najważniejsze jest twierdzenie, że w długim okresie stopa procentowa musi być o wiele wyższa od tempa wzrostu gospodarczego.

Znaczy to, że wizja Piketty’ego jest mocno osadzona w naprawdę długim okresie: chodzi w niej o tendencje obejmujące stulecie, a nie o trwające dekadę fluktuacje. Na przykład ostatni globalny kryzys finansowy przyniósł skutki niezgodne z jego ultradłogofalową hipotezą: przytaczane przez Piketty’ego analizy wyraźnie pokazują, że w latach 2008–2009 w efekcie załamania cen aktywów nastąpiło wyraźnie zmniejszenie zarówno nierówności, jak i udziału dochodów z kapitału. W jego perspektywie analitycznej jest to jednak tylko historyczne drgnięcie.

Istota książki polega na przedstawieniu zmian zachodzących przez trzy stulecia: wzrostu nierówności w wieku XIX, ich spadku w wieku XX oraz przewidywanego powrotu do historycznie wysokiego poziomu w wieku XXI. Piketty przekonująco dowodzi – nie tylko za pomocą statystyk, lecz także odniesień do Honoriusza Balzaka oraz Jane Austen – że pierwszy wzrost nierówności we Francji i Wielkiej Brytanii nastąpił głównie w latach 1800–1860 i przybrał formę akumulacji kapitału. Mała grupa bogatych rentierów żyła z odsetek: reszta musiała zarabiać na życie.

Na zamieszczonych przez Piketty’ego wykresach najbardziej dramatycznie wygląda jednak drugi ruch, czyli gwałtowny spadek nierówności w okresie 1914–1950. Można to przypisać zarówno destrukcji kapitału na skutek dwóch wojen światowych, krachu giełdowego w 1929 roku oraz inflacji, jak i historycznemu zwrotowi ku większemu państwu i progresywnemu opodatkowaniu.

W zebranych przez Piketty’ego danych jest zadziwiająco mało dowodów na to, że trzeci ruch – czyli ponowny wzrost nierówności, który zaczął się około 1980 roku – wynika ze zwrotu od pracy do kapitału. W Wielkiej Brytanii i Francji udział dochodów z kapitału nadal jest o wiele niższy niż w 1860 roku. Następujący od lat 70. XX w. wzrost różnych mierników nierówności ma więcej wspólnego z przemieszczeniami wewnątrz udziału pracy w dochodach (między różnymi kategoriami dochodu z pracy) niż z majątkiem. Bo dzisiejsi bogacze – inaczej niż ci z epoki Balzaka i Austen – pracują.

Hipoteza Piketty’ego jest zatem bardziej przewidywaniem na przyszłość niż wyjaśnieniem przeszłości czy analizą najnowszego trendu. Jest to przepowiednia, że stopy procentowe wzrosną zdecydowanie powyżej tempa wzrostu gospodarczego, że będzie następować akumulacja kapitału i że bogaci jeszcze się wzbogacą (raczej w efekcie dziedziczenia i dochodu z kapitału niż dzięki dziwacznie ustalanym wynagrodzeniom i opcjom na akcje). Mimo bowiem imponującej liczby danych historycznych u Piketty’ego, jego przewidywanie opiera się głównie na rozumowaniu a priori: na skutek kumulowania oszczędności rozkład dochodów musi dążyć ku nierówności.

Zadziała demokracja

Bez trudu można jednak znaleźć aprioryczne uzasadnienie prognozy, że jeśli luka między bogatymi i biednymi będzie nadal będzie rosła, to wyłonią się przeciwdziałające jej siły. Jedną z nich jest demokracja. Przecież rozprzestrzenienie się progresywnych podatków w XX w. nastąpiło po ekscesach Belle Epoque.

Parę lat temu w Stanach Zjednoczonych zmniejszono federalne podatki od dochodów kapitałowych i zlikwidowano podatek od nieruchomości. Skorzystał na tym jedynie 1 proc. najbogatszych. Posunięcia te powszechnie uznano za pokaz siły bogatych. Wyobraźmy sobie jednak, że w przyszłości przyjdzie nam żyć w świecie Piketty’ego, w którym dziedziczenie majątków oraz dochody niepochodzące z pracy powodują gigantyczną nierówność dochodową. Czy tej 99-proc. większości wciąż dałoby się wmawiać, żeby głosowała wbrew własnym interesom?

©Project Syndicate, 2014

www.project-syndicate.org

 


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test