• Bjørn Lomborg

PKB i CO2 to papużki nierozłączki

26.08.2014
Światowa gospodarka nie emituje dwutlenku węgla po to, by denerwować Ala Gore’a. CO2 to po prostu produkt uboczny wzrostu gospodarczego. Im bogatszy kraj, tym więcej emituje CO2. Tak było i tak jest. Zmiany klimatu to poważny problem, ale obecne sposoby na jego rozwiązanie bardziej szkodzą niż pomagają.

Bjørn Lomborg (CC By World Travel and Tourism Council)


Nie radzimy sobie ze zmianami klimatu. Zamiast dyskutować racjonalnie i w oparciu o fakty, panikujemy, marnując setki miliardów dolarów. Powód? Przyjęło się, że globalne ocieplenie wpływa negatywnie na wszystko, co dobre i potęguje wszystko, co złe. Tyle, że takie postawienie sprawy należy włożyć między bajki.

Globalne ocieplenie rzeczywiście będzie miało wiele negatywnych skutków: susze będą częstsze i dotkliwsze, ulewy i huragany będą silniejsze, a poziom wód w oceanach się podniesie. Jednak globalne ocieplenie będzie miało także efekty pozytywne: fale mrozów będą zjawiskiem rzadszym, wzrost CO2 w atmosferze będzie dla upraw rolniczych niczym życiodajny nawóz, obniżą się koszty ogrzewania. Co więc sprawia, że globalne ocieplenie jest realnym problemem?

To, że w długiej perspektywie jego koszty przeważą nad korzyściami.

Niemniej panika wynikająca z przekonania, że globalne ocieplenie jest największym moralnym, gospodarczym i społecznym wyzwaniem naszych czasów jest po prostu nieuzasadniona.

W żadnej mierze zmian klimatu nie można uznać za największe wyzwanie ludzkości. Wystarczy spojrzeć na prognozy i statystyki.

Do roku 2070, jak raportuje działający pod egidą ONZ Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu (IPCC), całkowity koszt skutków globalnego ocieplenia wyniesie w sumie od 0,2 do 2 proc. światowego PKB. Jednak, zaznacza IPCC, PKB globu wzrośnie jednocześnie o ok. 800 proc.

Rozwiązania, które omawia się dzisiaj (to także dane IPCC) będą nas kosztować co najmniej 3,4 proc. światowego PKB już do roku 2050, a do 2070 r. koszty te wzrosną do 6 proc. PKB. Wydawanie 6 proc. PKB na to, by uniknąć szkód na poziomie 2 proc. PKB nie wydaje się rozsądnym pomysłem, prawda?

Poszukiwanie mądrzejszych rozwiązań wymaga od nas ochłodzenia temperatury dyskusji.

>>czytaj też: Mało czasu na zablokowanie polityki klimatycznej

PKB i CO2 to papużki nierozłączki

Globalne ocieplenie jest spowodowane spalaniem paliw kopalnych. Emitują one dwutlenek węgla, który rozgrzewa planetę. Najbardziej oczywisty sposób na walkę z tym zjawiskiem to ograniczanie emisji dwutlenku węgla (CO2). Choć z pozoru wydaje się to niezwykle mądrym posunięciem, to okazuje się, że nie jest wcale takie łatwe w realizacji. Dowód? Poziom emisji CO2 mierzony globalnie nieustannie rośnie i tylko kilka razy w całej naszej historii ten stały trend został odwrócony w istotny statystycznie sposób.

Poziom emisji CO2 spadł w trakcie Wielkiego Kryzysu w 1930 r. oraz w trakcie drugiego kryzysu paliwowego w 1981 r. (był on spowodowany rewolucją w Iranie, późniejszą wojną irańsko-iracką i następującą po niej globalną recesją). CO2 było też emitowane na mniejszą skalę w czasie II Wojny Światowej i ostatniego kryzysu finansowego w 2009 r. Wniosek? Jedyne naprawdę skuteczne sposoby na redukcję emisji CO2 to wojny światowe i globalne kryzysy gospodarcze.

Niewielu chyba polityków chciałoby promować konieczność wojny światowej, czy wywoływania recesji, a już na pewno nikt z takim programem na sztandarach nie wygrałby wyborów.

Powyższe przykłady wskazują jasno na istotne powiązanie pomiędzy emisjami CO2 a wzrostem gospodarczym. W ciągu ostatnich 200 lat ów wzrost był możliwy głównie dlatego, że rósł dostęp do tanich i powszechnie dostępnych źródeł energii, czyli przede wszystkim do paliw kopalnych. To właśnie dostęp do nich umożliwił datowaną na 1800 r. rewolucję przemysłową w Wielkiej Brytanii. To one uczyniły możliwym postęp gospodarczy w stopniu, jaki nigdy wcześniej nie był udziałem człowieka. Końcem XIX w. praca ludzka stanowiła 94 proc. całej całego nakładu pracy w przemyśle Stanów Zjednoczonych. Obecnie to zaledwie 8 proc. Resztę wykonują za nas maszyny i komputery. Krótko mówiąc, świat nie emituje CO2, by denerwować Al’a Gore’a. CO2 to po prostu produkt uboczny wzrostu gospodarczego. Im bogatszy kraj, tym więcej emituje CO2. Tak było i tak jest. W ciągu ostatnich 20 lat największe gospodarki świata albo rozwijały się szybciej, emitując więcej CO2, albo rozwijały się wolniej, emitując mniej CO2.

Mimo to wielu aktywistów klimatycznych podobnie zresztą jak Komisarz Europejska ds. Zmian Klimatu Connie Hedegaard lubi podkreślać, że można redukować emisję i jednocześnie wciąż się rozwijać. To prawda, ale ten rozwój będzie wolniejszy. Taka jest cena mniejszych emisji CO2.

Politolog Roger Pielke Jr z University of Colorado w Boulder sformułował żelazną regułę polityki klimatycznej: jeśli program redukcji emisji koliduje z polityką wspierającą wzrost gospodarczy, to polityka prowzrostowa zawsze jest zwycięzcą takiego starcia. Pielke wskazuje, że – co potwierdzają doświadczenia wielu krajów – wysiłki, które mają na celu przekonanie opinii publicznej do krótkoterminowych wyrzeczeń na rzecz klimatu będą bezskuteczne, jeśli w powszechnej percepsji wyrzeczenia te będą wydawać się ludziom zbyt duże. Tak więc apele o ascetyzm i ofiarność zarówno w wymiarze gospodarczym, jak i politycznym niczego nie zmieniają.

Warto tutaj dodać to, o czym się nie mówi zbyt często. Oto państwa rozwijającego się świata – Chiny, Indie i reszta – udaremniają wszelkie proklimatyczne starania krajów Zachodu. Od momentu, gdy chińska gospodarka przyśpieszyła, rosły także chińskie emisje CO2, stając się coraz istotniejszym składnikiem emisji globalnych. W końcu, w 2006 r., przekroczyły poziom emisji amerykańskich. W ciągu ostatnich ośmiu lat poziom emitowanego przez Chiny dwutlenku węgla wzrósł jeszcze dwukrotnie podczas, gdy w USA spadł.

W ciągu ostatnich 30 lat gospodarczej przygody, napędzany brudnym węglem wzrost gospodarczy wyciągnął z biedy aż 680 mln Chińczyków. Nic dziwnego, że większość innych rozwijających się krajów zaczęła naśladować model chiński, a co za tym idzie zanieczyszczać środowisko w ten sam sposób. Chodzi tu głównie o Indie.

Chiński „sabotaż”

Wielu komentatorów zwraca uwagę na chiński smog i przewiduje, że Chińczycy będą w końcu zmuszeni do zrobienia porządku zarówno ze smogiem, jak i ze związanymi z nim emisjami CO2. To oczywiście prawda. Ale tylko częściowo. Chiny w końcu rozprawią się ze smogiem, dzięki instalacjom odsiarczającym, które instalują na kominach swoich elektrowni oraz dzięki lepszemu monitoringowi i optymalizacji zużycia brudnego węgla. Nie należy jednak mylić tego z redukcją emisji CO2. Chinom udało się znaleźć sposób na wzbogacenie się dzięki paliwom kopalnym i wspomniana żelazna reguła wyklucza wariant, w którym tego wzrostu się zrzekną.

Wielu pocieszało się, że Chiny oficialnie obiecały przecież ograniczenie intensywności emisji CO2 (czyli poziomu emisji na każdego wytworzonego dolara) aż o 40 – 45 proc. – i to już do 2020 r., przy czym 2005 r. miał służyć jako punktu odniesienia. Tyle, że tak naprawdę ze strony Chin to żadna obietnica. Z najnowszych danych Międzynarodowej Agencji Energetycznej wynika, że Chiny uzyskają taką redukcję (mowa dokładnie o 42,6 proc.) ot tak, nie robiąc zwyczajnie nic. Jak to możliwe? To proste. DO 2020 r. wzrośnie dwukrotnie chińskie PKB, a więc to, co wyglądać będzie na ograniczenie intensywności emisji CO2 będzie tylko mechaniczną zmianą w statystyce. Tak naprawdę poziom emisji CO2 w Chinach do 2020 r. podwoi się.

Mimo to, wielu ekspertów przekonanych jest, że Chiny nałożą wkrótce ograniczenia emisji CO2 na poszczególne sektory gospodarki. Niedawno Reuters cytował nawet doradcę chińskiego rządu, który takie kroki sugerował, a „The Guardian” oznajmił po tym szumnie, że „Chiny po raz pierwszy w historii ograniczą emisję CO2” Niestety, gdy sprawą zainteresował się „The New York Times”, ten sam chiński doradca powiedział dziennikarzom, że wcale nie wypowiadał się w imieniu rządu.
Gdy mówi się z ekscytacją o Chinach jako o „zielonym gigancie”, który pcha świat w stronę energii wiatrowej, warto pamiętać, że w bilansie energetycznym Chin stanowi ona zaledwie 0,22 proc., a z energią słoneczną jest jeszcze gorzej – to właściwie niemierzalne 0,008 proc.
Indie także nie rokują klimatycznych nadziei. Mają niemal tyle samo mieszkańców, co Chiny, ale o ile PKB per capita Chin wynosi 6 tys. dolarów, o tyle PKB per capita Indii to zaledwie 1,5 tys. dolarów. Indie są więc w wielu aspektach wciąż o 20 lat za Chinami i muszą nadganiać.

I tak, jak w przypadku Chin, tak w przypadku Indii oficjalnie obiecana przez to państwo redukcja intensywności emisji CO2 o 24 proc. do 2020 r. wydarzy się niemal automatycznie, ale też tylko „statystycznie”. W rzeczywistości Indie będą emitować o ponad 100 proc. więcej CO2 niż obecnie.

Na odwrót od paliw kopalnych nie ma co liczyć. Indie, podobnie jak Chiny, uzyskują zaledwie 0,27 całości energii z wiatru i 0,001 ze słońca. Przy czym – i tu ten kraj się od Chin różni – aż 25 proc. całej wykorzystywanej przez siebie energii Indie czerpią z odzysku, wykorzystując takie odnawialne jej źródła jak drewno, czy odchody. Energia z tych źródeł energii wykorzystywana jest głównie do gotowania i ogrzewania mieszkań. Jest jednak niebezpieczna – zanieczyszczone w trakcie jej produkcji powietrze zabija milion ludzi rocznie. Dlatego właśnie większość biednych Hindusów chce z takiej energii odnawialnej jak najszybciej zrezygnować.

Rozrzutne Niemcy

Wróćmy do krajów rozwiniętych. Szumnie deklarowane przez nie sukcesy także są wątpliwe.

Niemcy na przykład chwalą się często, że udało im się od 1990 r. zredukować emisje CO2 o 27 proc. Do 10 proc. tej redukcji przyczynił się upadek przemysłu w dawnej NRD, a redukcja pozostałych 17 proc. to zasługa heroicznego wysiłku Niemców, którzy ograniczali konsumpcję i na potęgę inwestowali w odnawialne źródła energii (OZE) takie, jak wiatr, słońce, czy biomasa. Obecnie źródła odnawialne to aż 11,7 proc. całego bilansu energetycznego Niemiec.

Koszt osiągnięcia takiego wyniku był jednak wysoki. I nie chodzi tu tylko o wątpliwe zalety estetyczne turbin wiatrowych i paneli słonecznych, a raczej o nierozsądnie wydawane miliardy dolarów. Na przykład dotacje przeznaczone na rozwój wiatrowych i słonecznych OZE osiągnęły w zeszłym roku rekordowy poziom 25 mld dolarów, czyli 0,6 proc. niemieckiego PKB, a dotacje na ogrzewanie biomasą wyniosły dwa miliardy dolarów. W sumie z budżetu Niemiec wydano w zeszłym roku 29 mld dolarów za energię, która mogłaby być wyprodukowana równie dobrze za 4 mld dolarów. Pamiętać też należy, że w 2011 r. Niemcy na inwestycje w OZE wydały 33 mld dolarów, a całkowity koszt zaplanowanych dotacji na same tylko panele słoneczne wyniesie aż 145 mld dolarów i to pomimo faktu, że energia słoneczna to zaledwie 0,7 proc. niemieckiego bilansu energetycznego.

Czy w związku z powyższym można się dziwić, że ceny energii w Niemczech szybko rosną? W końcu aż 25 proc. wszystkich rachunków za prąd jest przeznaczanych na inwestycje w energię odnawialną. W zeszłym roku ceny energii skoczyły o 10 proc., a to zgodnie z przewidywaniami Europejskiego Banku Centralnego obniży wzrost PKB Niemiec o 0,4 proc. Inaczej mówiąc, wzrost cen energii będzie kosztować ten kraj 15 mld dolarów rocznie.

Ale to nie koniec – makroekonomiczne modele wskazują, że straty gospodarcze związane z niemieckimi inwestycjami w OZE mogą być znacznie większe niż to wylicza EBC, ponieważ zwiększone koszty produkcji energii wpłyną negatywnie na koniunkturę w innych sektorach gospodarki. Większość modeli wskazuje, że całkowity koszt polityki promującej energię odnawialną w Niemczech to aż 58 mld dolarów rocznie.

Niestety, nawet te wielkie wydatki nie przełożą się na wielkie sukcesy. Na przykład 145 mld dolarów przeznaczone na panele słoneczne mają wedle obliczeń niemieckiego rządu w ciągu najbliższych 20 lat zredukować emisje CO2 o 12,8 megaton. Przekładając to na bardziej zrozumiały język: Niemcy wydadzą 145 mld dolarów, żeby odsunąć w czasie globalny wzrost temperatur o imponujące 37 godzin.
Innym krajem, który często wymienia się obok Niemiec jako przykłady sukcesu w ograniczaniu emisji CO2 jest Wielka Brytania. Co więcej, mimo ograniczenia emisji CO2, gospodarka Wielkiej Brytanii rośnie. Czyż to nie sukces?

>>więcej: Pora posprzątać po rewolucji energetycznej

To złudzenie. Wielka Brytania lubi się przechwalać, że zredukowała emisje w okresie od 1990 r. do 2010 r. o 14 proc. Tyle, że dotyczy to jedynie CO2 produkowanego na terenie Wielkiej Brytanii, a większość brytyjskich emisji CO2 pochodzi z importu, głównie z Chin. Jeśli więc wliczymy w bilans emisje importowane (i odliczymy emisje eksportowane), okaże się, że Wielka Brytania w ciągu ostatnich 20 lat zwiększyła poziom emisji CO2 o 18 proc.

Wmawia się nam też często, że Unia Europejska jako całość zdołała od 1990 r. obniżyć emisje CO2 aż o 16 proc. Jednak jest to prawdą tylko o tyle, o ile zignorujemy ukryte emisje związane z rosnącym importem dóbr z Chin i innych części świata. UE po prostu przesunęła swoje emisje CO2 za granicę, co w żadnym razie nie równa się ich ograniczeniu.

Mimo to UE stawia sobie jeszcze ambitniejsze cele – chce zredukować emisje o 20 proc. poniżej poziomu z 1990 r. i cel ten chce osiągnąć do 2020 r. Takie działania, jak jasno wynika z modeli ekonomicznych, będą kosztować Unię ok. 280 mld dolarów rocznie. A ich przewidywany efekt? Ograniczenie globalnego wzrostu temperatur o całe 0,05 stopnia Celsjusza.

Ucieczka od OZE

Odnawialne źródła energii takie jak słońce, czy wiatr sprzedaje się nam jako panacea na globalne ocieplenie, zapominając przy tym, że ostatnie 200 lat to przecież historia konsekwentnego porzucania przez ludzkość OZE na rzecz paliw kopalnych.

Dla przykładu: w 1971 r. aż 40 proc. chińskiej energii pochodziło z OZE, ale dynamiczny rozwój gospodarczy zredukował ten udział do mikroskopijnej wartości 0,23 proc. Afryka dla odmiany wciąż pozyskuje energię z OZE w aż 50 proc. I pozostaje biedna.

Jeśli chodzi o wykorzystanie biomasy – głównie drewna i odchodów – to tutaj globalnie od 1971 r. niewiele się zmienia. Wciąż jest ono dość wysokie i jest przyczyną ok. 4,3 mln zgonów.

Podobnie niezmienny w światowym bilansie energetycznym pozostaje udział wody – utrzymuje się na poziomie ok. 2 proc., przy czym energia geotermalna to 0,5 proc. Tak naprawdę tylko jedno wolne od CO2 źródło energii przeżywało w ostatnich dzięsięcioleciach rozkwit – energia nuklearna. Od lat 70 jej udział w bilansie energetycznym globu wzrósł z 0,5 do niemal 7 proc. w szczycie. (Obecnie to ok. 5 proc., bo atom nie jest już postrzegany przez rządy jako bezpieczny)

Dziwi mnie, że chociaż paliwa kopalne to aż 81 proc. globalnej energii, to jakąś nieprawdopodobną wagę przykłada się do technologii fotowoltaicznej, termalnej, wiatrowej, czy elektrowni pływowych, a przecież stanowią one mniej niż… 0,5 proc. wszystkich globalnych źródeł energii.

Koszt tych OZE jest znaczny. W ujęciu globalnym inwestycje w nie szacowane są na 359 mld dolarów rocznie, a to oznacza, że – jak szacuje Międzynarodowa Agencja Energetyczna – pompuje się w nie ok. 60 mld więcej pieniędzy niż są realnie warte. Efekt netto jednego roku subsydiowania energii słonecznej i wiatrowej to opóźnienie globalnego ocieplenia o… jeden dzień.

Co więcej OZE kosztują realnie znacznie więcej niż możnaby sądzić patrząc jedynie na wartość przeznaczanych na nie dotacji. Jest tak z dwóch powodów. Po pierwsze, słońce i wiatr potrzebują zapasowej mocy na czas, gdy słońce nie świeci, a wiatr nie wieje. To oznacza konieczność budowania równoległych elektrowni tradycyjnych, żeby móc zapewnić stabilność energetyczną. O dziwo, te dodatkowe koszty nie są obecnie kojarzone z OZE. Po drugie, wyższe ceny energii oznaczają wolniejszy rozwój gospodarczy.

Koniec końców osiągnięcie celów klimatycznych przez UE będzie dziesięciokrotnie bardziej kosztowne niż sugerowałaby to wartość dopłat bezpośrednich do OZE

Brookings Institute udowodnił niedawno, że obecnie najtańszym sposobem na ograniczenie emisji CO2 jest przerzucenie się z węgla na gaz naturalny. Gaz ów jest relatywnie tańszy, a elektrownie gazowe w porównaniu z węglowymi emitują aż o połowę mniej CO2 na kilowatogodzinę. Brookings oblicza, że gdybyśmy jednak zamiast gazowej wybrali energię słoneczną, to redukcja emisji będzie mniejsza i to nawet jeśli nałożymy jednocześnie wysokie podatki na emitentów dwutlenku węgla.

Inwestujmy w innowacje

Niektórzy twierdzą, że Trzeci Świat należy uzbroić w OZE. Może mają dobre intencje, ale to co najmniej nierozsądne. Najnowsze badania Centrum dla Globalnego Rozwoju mówią jasno – jeśli chcemy pomóc zelektryfikować świat za 10 mld dolarów, użyjmy do tego gazu, a wyciągniemy z ubóstwa 90 mln ludzi. Jeśli te 10 mld zainwestujemy w OZE, pomożemy zaledwie 20 mln ludzi, resztę pozostawiając samym sobie w ciemności i biedzie. Nic dziwnego więc, że Brookings Institute proponuje, by Zachód wymienił węgiel na gaz naturalny, a Centrum dla Globalnego Rozwoju – by energię gazową „zarazić” także Trzeci Świat.

Najlepszym dowodem na to, jak wiele można osiągnąć dzięki energii pochodzącej z gazu naturalnego są Stany Zjednoczone. Wystarczy spojrzeć na niezwykle szybką redukcję emisji CO2, która dokonuje się tam od 2008 r., czyli od wybuchu rewolucji łupkowej. W ciągu ostatnich sześciu lat ok. 20 proc. energii węglowej zostało w USA zastąpionych tańszą energią gazową, co w efekcie doprowadziło do redukcji emisji. Zawdzięczamy to procesowi szczelinowania, który pozwala wydobywać gaz naturalny taniej i większych ilościach.

Najnowsze badania wskazują, że gaz naturalny przełożył się w USA na ograniczenie emisji o 300 Mt CO2 rocznie. To naprawdę dużo zważywszy, że wszystkie turbiny wiatrowe i panele słoneczne świata razem wzięte redukują roczną emisję CO2 w najlepszym razie o 275 megaton rocznie. Gaz łupkowy w samym tylko USA obniżył więc poziom emisji CO2 bardziej niż wszystkie te turbiny i panele na świecie.

Porównajmy proklimatyczną skuteczność szczelinowania z planem Obamy, który zakłada stopniowe ograniczanie wykorzystania elektrowni węglowych. Poziom redukcji emisji C02, który w ciągu najbliższych 16 lat Obama chce uzyskać, został już osiągnięty w ponad 60 procentach dzięki rewolucji łupkowej – i to w ciągu 6 lat. Co więcej, szczelinowanie ma także tę zaletę, że w przeciwieństwie do OZE pozwala oszczędzać amerykańskim konsumentom ok. 125 mld dolarów rocznie. Te oszczędności przełożą się na dodatkowe 238 mld dolarów rocznie w amerykańskim PKB, a także na 2,1 dodatkowych miejsc pracy. Oczywiście, gaz łupkowy stawia przed nami także poważne wyzwania ekologiczne, ale można im sprostać projektując dobre regulacje.

W długiej perspektywie rozwiązaniem problemu zmian klimatu są inwestycje w innowacyjne technologie wytwarzania zielonej energii. Tak długo jednak, jak zielona energia jest droższa niż paliwa kopalne, zawsze będzie niszowa i dotowana przez bogate kraje dla własnego dobrego samopoczucia. Jeśli innowacja znacznie obniży jej koszty, wszyscy się na nią przestawią. Naturalnie i bez przymusu. Modele ekonomiczne pokazują, że w takim ujęciu zielona energia jest rzeczywiście najlepszym rozwiązaniem klimatycznym.

Bjørn Lomborg – duński ekonomista, jest adiunktem w Copenhagen Business School, założycielem ośrodka badawczego Copenhagen Consensus Center, który zajmuje się kwestiami ochrony środowiska. Jest znany z nieortodoksyjnych poglądów dotyczących walki ze zmianami klimatu. 

 


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test