Plotki o śmierci Gazpromu są przesadzone

12.09.2015
Mimo problemów firmy o bankructwie Gazpromu nie ma co mówić – uważa Konstantin Simonow, rosyjski ekspert ds. energetyki. Jego zdaniem firma poradzi sobie z realizacją projektów, rozbudowując połączenia z Niemcami i Chinami.

Konstantin Simonow


ObserwatorFinansowy.pl: Czy pogarszająca się sytuacja ekonomiczna Chin może zaszkodzić planom Gazpromu budowy gazociągu Siła Syberii 1?

Konstantin Simonow: By to się stało, musiałby dojść do krachu chińskiej gospodarki. „Siła Syberii 1” jest projektem szczególnym nie dlatego, że Rosja jako jedyna ma dostarczać gaz do Chin, bo robią to również Australia, Turkmenistan czy Birma. Nowy gazociąg ma dotrzeć w rejony, gdzie gaz nie dociera w ogóle. Przewidziane w kontrakcie 300 mld m sześc. gazu (w ciągu 30 lat – przyp. red) nie jest aż tak kosmiczną objętością, z której Chiny byłyby zmuszone zrezygnować.

Również prognozy co do katastrofalnego stanu chińskiej gospodarki są przesadzone. Doszło tam wprawdzie do krachu na giełdzie, jednak chiński parkiet – inaczej niż w USA czy Europie – nie jest tak silnie przywiązany do sektora realnego. W dodatku i tak obserwujemy wzrost gospodarczy – w 2014 r. 7 proc., w 2015 około 5 proc. To gwarantuje, że Siła Syberii 1 jednak powstanie.

Cena gazu powiązana jest z ceną ropy – czy projekt w ogóle będzie można uznać za dochodowy, jeśli ta jeszcze drastycznie spadnie?

Pojawiają się takie spekulacje w prasie zachodniej, jednak sprawa nie w tym, ile ropa będzie kosztować w najbliższym czasie, tylko w momencie rozpoczęcia dostaw, czyli – jak prognozuję – w 2020 r. Według mnie wiele świadczy o tym, że nie będzie ona bardzo tania. Co więcej, obserwowany spadek cen ropy tradycyjnie powoduje w Rosji spadek wartości rubla wobec innych walut. Taniejący rubel jest wygodny dla eksporterów i powoduje również potanienie całego projektu. Mimo chińskich nacisków Gazprom wynegocjował, że do budowy będą używane jedynie rosyjskie materiały i urządzenia. Stało się więc inaczej niż w przypadku Gazociągu Centralnoazjatyckiego (z Turkmenistanu do Chin – przyp. red.), który został zbudowany wyłącznie z chińskich materiałów.

Dlaczego Chińczycy przeciągają podpisanie umowy w sprawie budowy gazociągu prowadzącego z zachodniej Syberii? Chodzi Siłę Syberii 2 niegdyś nazywanego Ałtajem.

W tym przypadku perspektyw są gorsze, bo do tej części Chin (Region Autonomiczny Sinciang-Ujgur na zachodzie Chin – przyp. red.) dociera już gaz z Azji Środkowej i surowca tam nie brakuje. Cały sens tego gazociągu miałby polegać na tym, że Chińczycy znajdą sposób, by dostarczyć rosyjski gaz dalej na wschód kraju. O ile w przypadku Siły Syberii 1 dostarczamy gaz od razu do odbiorców, o tyle w przypadku „Siły Syberii 2” Rosja dostarczy gaz na 40-km. odcinek rosyjsko-chińskiej granicy między Mongolią i Kazachstanem, a strona chińska będzie musiała coś z nim zrobić i dlatego stara się wynegocjować jak najlepsze warunki.

Co z gazociągiem South Stream? Miał omijać Ukrainę i dostarczać gaz do Europy południowo-wschodniej, a w rezultacie skończył swój bieg w Turcji. I co dalej?

Gazprom był na Zachodzie krytykowany za pomysły omijania Ukrainy i faktycznie również dla firmy jest to wariant droższy. Taniej wykorzystywać już istniejący gazociąg niż budować nowy. Choć w Europie panuje odmienne zdanie, Rosja uważa, że Ukraina jest krajem stwarzającym problemy w tranzycie i nie ma w tym jakiejś zemsty za ostatnie półtora roku czy chęci zaszkodzenia jej gospodarce. Te problemy występowały podczas rządów wszystkich ekip, w tym uważanego z prorosyjskiego Wiktora Janukowycza.

Idea budowania alternatywnych dróg dostaw pojawiła się na długo przed drugim, a nawet pierwszym Majdanem. W Brukseli temat jest niesłusznie uważany za sprawę polityczną, choć przecież budowa każdej dodatkowej rury powoduje zwiększenie bezpieczeństwa energetycznego UE i Unia powinna powiedzieć „dziękuję”, skoro Rosja jest gotowa wkładać swoje pieniądze w budowę infrastruktury na terytorium Europy.

Jeśli nie chodzi o politykę, to dlaczego Gazprom woli położyć swoje rury na terytorium Turcji zamiast dogadać się z Ukrainą? Turcja ma być bardziej godna zaufania od Ukrainy?

Rosja usiłowała położyć rury bezpośrednio do Bułgarii (na dnie Morza Czarnego – przyp. red.) i to wywołało dość nerwową reakcje Unii. Projekt został porzucony. Co do Turcji, to rzeczywiście takie pytanie ma sens, tylko że sama Europa uważa ją za kraj godny zaufania i sama inwestuje, np. w częściowo porzucony Nabucco czy TANAP, który jest nadal budowany z przeznaczeniem do transportu gazu z Azerbejdżanu, czy kaspijski gazociąg, który ma prowadzić z Turkmenistanu przez Turcję. Skoro Europejczycy nie boją się Turcji, Rosja uznała, że też nie ma powodu. Ja jestem bardziej sceptyczny co do Turcji, szczególnie że w ciągu ostatnich miesięcy sytuacja bardzo się zmieniła. Na początku proponowano Turcji przeniesienie projektu South Stream w pełnym zakresie jego mocy przesyłowych. Gazociąg miał mieć w założeniu cztery nitki i moc 64 mld m sześc. rocznie, z czego 50 mld m sześc. tranzytem, jednak w 2014 r. w związku z postawą Turcji ten plan upadł.

A jakie problemy stwarza Turcja?

Po pierwsze przeciągała pół roku zatwierdzenie tekstu umowy międzyrządowej, który dopiero co został przesłany do Rosji. W tym czasie jednak doszło do tureckiego kryzysu politycznego – po wyborach nie można wyłonić rządu. I teraz nie wiadomo, co będzie dalej z umową. Po drugie Turcja zaczęła domagać się obniżki ceny na gaz. A największy problem to oficjalne oświadczenie ministra energetyki Turcji, który zaproponował, by Turcja nie tylko przesyłała rosyjski gaz, lecz by go także sprzedawała dalej. I na to nie było zgody Rosji – tym bardziej, że kiedyś tego samego domagała się Ukraina.

Turcja jednak sama sobie zaszkodziła, bo Rosja znalazła inny wariant, czyli budowę kolejnych nitek Nord Streamu. W czerwcu podpisano memorandum i znaleziono pierwszych parterów: E.ON, ONW, BASF, Stell. Obecnie rozmawia się o rozszerzeniu tego grona. Projekt materializuje się i chodzą plotki, że w we wrześniu zostaną podpisane pierwsze umowy. W efekcie South Stream schudnie dwukrotnie, do dwóch nitek. Jedna będzie przeznaczona do obsługi Turcji, druga zostanie wykorzystana do dostarczania gazu do na Bałkany. Zamiast przesyłać 50 mld m sześc. Turcja będzie przesyłać jedynie 15 mld m sześc. Dwie nitki zostaną więc przerzucone na północ. Równocześnie trwa rozbudowa gazociągu Opal, który dostarczy gaz do Czech. Planowane jest stworzenie korytarza prowadzącego przez Austrię do kluczowego importera – północnych Włoch

Mimo różnych prognoz Ukraina poradziła sobie bez dostaw od Gazpromu.

Nie poradziłaby sobie jednak w zimie siebie bez rosyjskiego gazu, nadal jest zmuszona do bezpośrednich zakupów od Gazpromu. Alternatywne źródła gazu poprzez rewersy (w Słowacji, Węgrzech i Polsce – przyp. red.) przesyłają ten sam rosyjski gaz. Węgrzy i Słowacy biorą ostatnio z Gazociągu Północnego każdą ilość surowca i wysyłają na Ukrainę.

A Rosja nie może temu przeszkodzić…

Ja w odróżnieniu od menadżerów Gazpromu nie podchodzę do tej sytuacji nerwowo, bo dla Rosji najważniejsze jest zachowywanie ogólnej wielkości dostaw do Europy. Jeżeli Ukraina nie chce kupować gazu bezpośrednio od Rosji, niech robi to przez pośredników. Zbliża się kolejna zima, wtedy rośnie popyt na gaz i bez bezpośrednich dostaw z Rosji Ukraina sobie nie poradzi.

Potwierdzi Pan jednak, że dostawy bezpośrednie na Ukrainę spadły dziesięciokrotnie, Gazprom został efektywnie wypchnięty z rynku i spadł na trzecie miejsce wśród dostawców? Do tego oferuje wyższe ceny niż europejscy pośrednicy.

Przyczynił się do tego katastrofalny spadek produkcji przemysłowej i rewersy, jednak przesyłają one rosyjski gaz. Co do ceny gazu, to trudno powiedzieć, że Gazprom sprzedaje go drożej niż inni. Ukraiński minister energetyki ostatnio stwierdził, że dostawy rewersem są troszkę droższe niż dostawy od Gazpromu. Owszem, czasem bywa, że gdy zachodni dostawcy mają za dużo gazu, Ukrainie bardziej opłaca się go kupować od nich niż od Rosjan, jednak wedle moich ocen ogólnie w 2015 r. rewers kosztował Ukrainę drożej niż gaz od Gazpromu.

A kiedy Ukraina przestanie być krajem tranzytowym?

Ten proces postępuje – w 1990 r. przez Ukrainę przechodziło 98 proc. tranzytu, a w 2015 r. mamy do czynienia z około 40 proc. I Ukraina sama siebie karze, pozbawiając się statusu kraju tranzytowego. A co do konkretów, to znamy datę, a nawet dokładną godzinę wygaśnięcia wszelkiego tranzytu przez Ukrainę. To 1 stycznia 2019 r., godz. 10 rano. Ukraińskie ropociągi staną się od tego momentu zapasową drogą dostaw, np. w sytuacji problemów z Turcją. Być może wtedy Rosja wróci do rozmów o tranzycie poprzez Ukrainę, jednak na razie nic nie wskazuje, że tranzyt będzie kontynuowany.

Czy nowe pole naftowe odkryte u wybrzeży Egiptu przez włoską firmę Eni to gwoźdź do trumny Gazpromu?

Nie obawiam się takiego scenariusza, bo nieraz odkrywano takie złoża i z satysfakcją mówiono, że to koniec rosyjskich producentów gazu. Kilka lat temu Włosi znaleźli podobnie gigantyczne złoża gazu w Mozambiku. 10 lat minęło i surowiec nadal nie jest wydobywany. Podobnie było z gazem z izraelskiego szelfu – licencje wydano, pojawiła się amerykańska firma Noble, jednak zaczęły się problemy. Nie mówię, że w Egipcie nie znaleziono poważnego źródła surowca, ale poczekajmy parę lat na efekty.

Kapitalizacja Gazpromu w ciągu sześciu lat spadła o 300 mld dol., w 2014 roku dochód spadł o 86 proc. Czy firma jest bankrutem, jak pisze prasa zachodnia?

Rzeczywiście kapitalizacja rynkowa firmy radykalnie spadła i niegdyś zapowiadane plany doprowadzenia wartości firmy do poziomu 1 biliona dol. przestałby być realne. Jeżeli chodzi o bankructwo, to odwołałbym się do wykorzystywanego w światowej praktyce przejrzystego wskaźnika będącego stosunkiem wielkości długu do EBITDA (zysk przedsiębiorstwa przed potrąceniem odsetek od zaciągniętych kredytów, podatków oraz amortyzacji – przyp. red.). Obecnie ten współczynnik wynosi 0,8, czyli jest bardzo niski. Tymczasem w kryzysowym 2008 r. dla wielu rosyjskich firm wynosił on nawet ponad 8. Oczywiście są duże problemy, jednak jeżeli popatrzeć na prostą księgowość, firma nie jest bankrutem.

A jakie to problemy?

Gazprom ma problemy z konkurencją wewnętrzną i nie jest to tylko jego kłopot, tylko ogólny problem naszej polityki państwowej. U nas nie ma zrozumienia, jak wygląda rynek gazu i np. Rosnieft zwiększa wydobycie, choć w kraju nie ma deficytu, przez co firmy zaczynają ze sobą walczyć.

Jest pan zwolennikiem zachowania monopolu Gazpromu.

Rzecz w tym, że gdy zaczyna się u nas reformować monopol, to ceny na wytwarzane przez niego produkty na rynku wewnętrznym rosną zamiast maleć. Inna sprawa to plany likwidacji eksportowanego monopolu Gazpromu. Zachodnim odbiorcom ten pomysł pewnie się spodoba, jednak z punktu widzenia państwa jako sprzedawcy nie widzę w tym sensu w sytuacji, gdy po uruchomieniu Bowanienkowskiego pola naftowego na Jamale (w 2012 r. – przyp. autora) nie mamy problemu z wydobyciem gazu – jest to największe, wprowadzone do eksploatacji złoże od 20 lat. I tu jest główny problem Gazpromu, który był latami krytykowany, że nie zajmuje się zwiększaniem wydobycia. Dziś dysponuje rezerwami mocy wydobycia w wysokości 180 mld m sześc. rocznie i nie ma co zrobić z tym gazem. I nie wspominam tu o tzw. Wschodnim Programie Gazowym – czajandinskim polu gazowym (zapowiadany start wydobycia w 2017 r. – przyp. autora).

A może Gazprom ma kłopoty ze zbytem gazu, bo przez wiele krajów jest uznawany za polityczne narzędzie Kremla? Gazprom był wykorzystywany do politycznych rozgrywek nie tylko wobec Polski czy Ukrainy, lecz także Białorusi – najbardziej oddanego sojusznika Rosji w regionie…

To fakt, że najmniej nas lubią w krajach bałtyckich i Polsce. Owszem, było wiele wojen handlowych, np. jeszcze przed kontrsankcjami wprowadziliśmy wobec krajów bałtyckich embargo na import produktów mlecznych, szprotów itp. Mimo to nigdy nie odłączyliśmy im od gazu, nawet nie groziliśmy tym. Podobnie było z Gruzją, nawet podczas wojny w 2008 r. kontynuowaliśmy dostawy gazu.

Jednak z już z bratnią Białorusią postępowaliście inaczej. Dochodziło do zakręcania kurka.

No ale w efekcie tych wojen gazowych Białoruś za sprzedany odcinek swojego gazociągu otrzymała bardzo dobrą cenę (5 mld dol.) i bardzo preferencyjną cenę na gaz, a do tego 30 proc tranzytu idzie przez Białoruś. Czy straciła od tego suwerenność? Nie, wręcz przeciwnie – Łukaszenka stał się bardziej samodzielny.

Jest też kwestia ceny, Polsce i krajom bałtyckim Gazprom sprzedaje gaz o wiele drożej niż Niemcom.

Bo mamy z Niemcami specjalne stosunki – to dla Gazpromu rynek nr 1 w Europie, a do tego tamtejsze firmy są akcjonariuszami rosyjskich pól naftowych i Nord Streamu.

Rozmawiał Jakub Biernat

Konstantin Simonow – założyciel i generalny dyrektor Fundacji Narodowego Bezpieczeństwa Energetycznego. Prorektor Uniwersytetu Finansowego przy rosyjskiej Radzie Ministrów. Doktor nauk politycznych, specjalista ds. energetyki, polityki niepublicznej, struktury władzy wykonawczej w Rosji. Autor książek o przemyśle naftowym i gazowym.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test