Polityka imigracyjna powinna brać pod uwagę opinię społeczeństwa

14.11.2019
Europejski kryzys migracyjny w latach 2015 – 2016 jest już przeszłością, ale pytanie o to, jak zaprojektować politykę imigracyjną, by uniknąć podobnych zdarzeń w przyszłości pozostaje otwarte. – Projektując ją, należy wziąć pod uwagę wartości i przekonania poszczególnych narodów UE. Nie można też zapominać, że negatywne skutki imigracji powinno się lokalnym społecznościom jakoś kompensować – przekonuje Michael C. Burda, amerykański ekonomista z Uniwersytetu Humboldta w Berlinie.

(Fot. PAP)


ObserwatorFinansowy.pl: Minęły już cztery lata od tzw. kryzysu migracyjnego, gdy do Europy nagle napłynęło niemal ponad 1,3 mln uchodźców. Czy możemy dzisiaj ocenić wpływ, jaki ta fala migracji miała na unijny rynek pracy?

Prof. Michael C. Burda: To zależy, o jakim kraju UE mówimy. Imigranci spoza UE osiedlili się głównie w Wielkiej Brytanii, Szwecji i w Niemczech. W tym ostatnim kraju mieszkam i pracuję już od wielu lat. Nagły napływ dużej liczby imigrantów to ryzyko, że będą stanowić ciężar finansowy dla państwa, jeśli nie znajdą pracy. Na szczęście, rynek pracy w Niemczech był jednak na zasób nowej siły roboczej całkiem dobrze przygotowany. Uratowała go elastyczność prawa pracy.

Elastyczność?

Tak. W latach 90. XX w. niemieckie regulacje krępowały rynek pracy i przyczyniały się do wysokiej, jak na tamte czasy stopy, bezrobocia. W latach 2003 – 2004 przeprowadzono jednak fundamentalne reformy, pozwalając zatrudniać ludzi na bardzo liberalnych warunkach płacowych, a także zmniejszono dostęp do zasiłków. Myślano wówczas o Niemcach z byłego NRD, którzy często mieli spore problemy ze znalezieniem pracy. Imigrantów, w tym dzisiejszym rozumieniu, w Niemczech nie było niemal wcale, poza diasporą turecką. Reformy umożliwiły nie tylko znalezienie pracy Niemcom, lecz także Polakom, dla których po akcesji do UE otworzył się niemiecki rynek. Gdy w 2015 r. do bram Europy zawitali ludzie z Syrii, czy państw afrykańskich – a pamiętajmy, że często pozbawieni byli jakichkolwiek kwalifikacji – niemiecki rynek miał dla nich sporo niskopłatnych miejsc pracy. Zamiast być ciężarem, zaczęli współtworzyć niemieckie PKB. Wypracowują już z niego razem z Turkami ok. 0,5 proc.

Czy to, że Niemcy niedawno wprowadzili płacę minimalną nie przeszkadzało w osadzeniu imigrantów na tamtejszym rynku pracy?

Niemiecka płaca minimalna jest w porównaniu do reszty Europy i po wzięciu pod uwagę siły nabywczej, bardzo niska, to zaledwie ok. 9 euro na godzinę. Nie przeszkadzała.

I większość imigrantów, którzy osiedlili się w Niemczech, dzisiaj pracuje?

Nie, większość nie. Ok. 20 – 30 proc. To spory sukces, porównując ten odsetek do np. Szwecji czy Wielkiej Brytanii, gdzie jest niższy.

30 proc. nie brzmi jak sukces.

Cóż, proszę pamiętać, że imigranci często wcale nie znają języka, nie mówiąc o innych barierach kulturowych, ich asymilacja jest bardzo trudna.

Szwecja przyciągnęła ich wysokim socjałem?

Częściowo na pewno tak. Rynek pracy jest tam mniej chłonny niż w Niemczech. Panuje tam silne uzwiązkowienie i trzeba być naprawdę produktywnym pracownikiem, żeby znaleźć zatrudnienie. Swoją drogą, w Szwecji czy w Danii hojny socjał dla imigrantów buduje duże napięcia społeczne.

Szwedzi powinni go ograniczyć?

Cóż, to mogłoby nie zmienić zbyt wiele. Co do zasady, istnieją trzy główne magnesy na imigrantów z ubogich krajów. Obok socjalu jest to zamożność państwa docelowego: ludzie emigrują do krajów bogatych i do tych, w których panuje prosperita, gdyż większe są szanse na znalezienie tam pracy. A Szwecja jest zamożna. Jeśli w Wielkiej Brytanii już wcześniej mieliśmy sporo Syryjczyków, to pojawią się nowi. W Szwecji jest podobnie. Ci już osiedleni pomagają swoim rodakom w znalezieniu dachu nad głową, pracy, radzeniu sobie z procedurami, urzędami. To bardzo silny efekt, który często jest determinowany np. wspólną historią. To dlatego do Francji emigrują Marokańczycy, Algierczycy, czy… Albańczycy. Co ciekawe, Francja jest przeciwna rozszerzeniu Unii Europejskiej o Albanię właśnie dlatego, że obawia się fali imigrantów z tego kraju, a Niemcy postulat rozszerzenia popierają, bo do nich Albańczycy się nie wybierają.

To jednak nie Francja – mimo tego, że już wcześniej gęsto imigrantami spoza UE zasiedlona – była głównym celem imigrantów napływających w 2015 r. Dlaczego?

Bo w międzyczasie wytworzyły się tam silne postawy antyimigranckie, co miało swój wyraz w rosnącym poparciu dla Frontu Narodowego. Imigranci po prostu bali się tam jechać.

Mówi pan, że niemiecki rynek pracy radzi sobie dobrze z imigrantami.

Relatywnie dobrze.

To dlaczego to właśnie Niemcy stały za pomysłem relokacji imigrantów, m.in. do Polski?

Tajemnica tkwi w słówku „relatywnie”. Niemcy także mają z imigrantami kłopoty, więc chcą – zgodnie zresztą z ogólnie przyjętą w Europie zasadą solidarności – je zniwelować, dzieląc je z innymi państwami.

Znacznie biedniejszymi. Polska, Czechy czy Słowacja mogą sobie z tym zadaniem nie poradzić finansowo.

„My jesteśmy jeszcze na dorobku”. Taki argument słyszę bardzo często i sądzę, że on wynika w dużej mierze z wytworzonego przed dwoma dekadami silnego przekonania o trudnej sytuacji na rynku pracy. Wówczas bezrobocie w Polsce sięgało 20 proc. i wspomnienie tego żyje do dzisiaj. Tyle, że dzisiaj wasz rynek pracy jest znacznie bardziej chłonny, macie nawet jej poważne deficyty w niektórych branżach. Chęć dzielenia się przez Niemcy problemem imigrantów wynika także z przewidywań tamtejszych ekonomistów. Wróżą oni recesję. Ma ona nadejść wkrótce i osłabi zdolność kraju do radzenia sobie z dodatkowymi zadaniami.

Cała Europa ma problem ze starzejącym się społeczeństwem i deficytem siły roboczej. Ekonomiści wskazują, że należy albo zwiększyć produktywność pracy, która właściwie stoi w miejscu, albo liczyć na imigrantów, że zrekompensują demograficzny ubytek. Jakie jest pańskie stanowisko?

Imigranci są bardzo ważni, ale znów wracam do problemu kwalifikacji. Muszą one odpowiadać wyzwaniom stojącym przed społeczeństwami UE. Imigranci mogą pomóc w zwiększeniu produktywność Europejczyków, jeśli uwolnią ich potencjał, zajmując się np. opieką nad ludźmi starszymi czy nad dziećmi. Tego rodzaju zajęcia wymagają znajomości języka, ale też kompetencji miękkich, takich, jak bycie troskliwym, opiekuńczym, wrażliwym, zapobiegliwym, itd. Takich kompetencji nie nabywa się na uniwersytecie, a dzięki np. wychowaniu. Wielu imigrantów nimi dysponuje. Tego rodzaju profesje są nie do zastąpienie przez roboty. Oczywiście Japończycy mają już robota do opieki nad seniorami, ale ja np. za nic w świecie nie chciałbym, żeby na starość zajmował się mną robot, a nie człowiek. Myślę, że w Europie takie rozwiązania nie mają przyszłości. Co do produktywności samych Europejczyków, to nie jest do końca tak, że stoi ona w miejscu. Dla przykładu niektóre polskie fabryki są już tak samo produktywne, jak niemieckie. W ciągu ostatnich dwóch dekad miał miejsce u was naprawdę niesamowity postęp pod tym względem.

Wspomniał pan, że nadmiar imigrantów może wywoływać społeczne napięcia pomiędzy nimi a ludnością lokalną. Rząd może je jakoś łagodzić?

Napięcia są zrozumiałe. W przypadku prac o niskich kwalifikacjach mamy do czynienia z wypychaniem lokalnych pracowników z rynku pracy. Jeśli na uprawie pomidorów w Teksasie ktoś zatrudni Meksykanina, pracę straci jakiś teksańczyk. Czy to znaczy, że należy zakazać zatrudniania Meksykanów? Nie. Można jednak tym, którzy pracę tracą zapewnić jakiś rodzaj ochrony. Jak? Opodatkowując właścicieli pola pomidorów i finansując z tych podatków np. szkolenia umożliwiające teksańczykom przekwalifikowanie się. Oczywiście, właściciele upraw zadowoleni nie będą, gdyż każdy kapitalista chciałby móc ściągać ludzi z zagranicy, którzy będą dla niego pracować za pół darmo, to zrozumiałe, a takie rozwiązania zmniejszają atrakcyjność tej strategii. Generalnie państwa Zachodu słabo sobie radziły z projektowaniem mechanizmów kompensacyjnych dla przegranych w procesie globalizacji. Gdy USA zaczęły w latach 90. XX w. handlować z Chinami, to owszem, dostaliśmy tanie produkty z Chin sprzedawane w Walmarcie, ale ci, którzy je produkowali wcześniej u nas, stracili pracę i musieli radzić sobie sami.

Jednak nawet tam, gdzie istnieją mechanizmy kompensacyjne, jak np. w Szwecji, a imigranci nie odbierają miejsc pracy „lokalsom”, pojawiają się napięcia społeczne.

Sądzę, że to naturalne i nie do przeskoczenia zjawisko. Jeśli w twoim kraju pojawia się ktoś obcy, kto rości sobie prawo do twoich zasobów, czujesz wewnętrzny bunt. Tu nie chodzi o żadną ksenofobię, nie chodzi o to, że ktoś nienawidzi imigrantów jako ludzi. Jeśliby mieszkańcy Luizjany wyemigrowali na Alaskę i otrzymali uprawnienia do części przychodów z tamtejszej ropy, to mieszkańcy Alaski by się słusznie oburzali. Chyba tylko Jezus by się w takiej sytuacji nie oburzał.

Nawet jeśli nałożymy dodatkowe podatki na firmy ściągające imigrantów, to czy to rozwiązanie będzie skuteczne? Są one znane z tego, że omijają konieczność płacenie nawet tych już nałożonych na nie danin. Polskie firmy zatrudniają Ukraińców wymyślają całkiem legalne sposoby na to, by nie płacić od ich pracy składek ubezpieczeniowych. Innymi słowy, czy realizm podatkowy nie każe patrzeć na pańską propozycję podejrzliwie?

Nie sądzę. We współczesnej gospodarce, opartej na rozwiązaniach cyfrowych, znacznie łatwiej niż kiedyś jest wynajdować firmy, które oszukują system podatkowy, a także identyfikować luki w prawie, pozwalające w sposób legalny ów system obchodzić.

Co powiedziałby pan na taką kombinację: całkowicie otwarte granice plus system kompensacji? To jest dobry kierunek dla polityki migracyjnej?

Odpowiedź jest skomplikowana. Jeśli chcielibyśmy ograniczyć imigrację do naszego kraju, musielibyśmy się zgodzić na koszty takiego rozwiązania. Dla przykładu Amerykanie są tutaj hipokrytami. Mówią: „nie chcemy Meksykanów!”, a zatrudniają ich jako pomoce domowe, do koszenia trawy wokół domu, albo do zbierania wspomnianych wcześniej pomidorów. Ograniczenie imigracji, przyniosłoby koszt w takiej postaci, że musieliby to robić sami. Jeśli naprawdę ktoś chce imigrację ograniczyć, powinien zadbać o to, żeby ludzie w krajach dostarczających imigrantów nie mieli powodu do emigracji. Sposób jest prosty: pomóżmy stworzyć w nich dobrze funkcjonujące gospodarki. Państwa Europy mają za sobą historię kolonizacji, która polegała na eksploatowaniu obcych zasobów, bez jednoczesnego budowania instytucji rynkowych. Być może nadszedł czas, by to naprawić. Niech Niemcy pomogą w rozwoju Togo czy Nigerii, ograniczając tam np. korupcję.

Pańscy przodkowie byli Polakami. Wyemigrowali do USA z Galicji. Ściągnęła ich za ocean amerykańska firma szukająca rąk do pracy. Dzisiaj jest pan jednym z czołowych akademików, pracując dla nauki w USA i w Niemczech. Wydaje się, że samo to powinno pana czynić zwolennikiem otwartych granic.

Ameryka była w XIX w. prawdziwym kotłem imigracyjnym. Każdy mógł tam przyjechać i zacząć od zera. Nieważne, czy byłeś Polakiem, Niemcem, Irlandczykiem, twoje szanse na starcie były mniej więcej podobne i faktycznie mogłeś liczyć na poprawę swojego bytu. Stąd wzięło się pojęcie „amerykańskiego snu”, dzisiaj już trochę anachroniczne. Niemniej USA to wciąż inna rzeczywistość niż Europa. Można powiedzieć, że Europa dostarczyła Stanom ludzi o największym apetycie na ryzyko i największych ambicjach, a na miejscu zostali ludzie o zupełnie innych wartościach, przywiązani do rodziny, do wspólnoty, do spokoju. Dzisiaj Europa chce równości, której w USA nie ma. Tam, żeby mieć dom i trzy samochody, naprawdę trzeba się napracować. I nie ma urlopów. To naprawdę ciężkie życie. Co więcej, nie zawsze będzie cię stać na ten dom, nawet jeśli będziesz ciężko pracował. Jeśli się urodziłeś w biednej rodzinie w centralnych stanach USA, masz mniejsze szanse na awans społeczny niż jeśli urodzileś się w biednej rodzinie w stanach zachodnich. I te szanse relatywnie w ciągu ostatnich dekad się pogorszyły. Napływ imigrantów na poziomie 1 proc. populacji USA rocznie tej sytuacji nie poprawia. Zmierzam do tego, że kwestia pt. „granice otwarte, albo zamknięte” powinna leżeć w gestii danych państw i nie tylko czynniki ekonomiczne powinny o tym decydować, ale też np. wyznawane przez dane społeczeństwo wartości. Polacy myślą o tych kwestiach inaczej niż Niemcy, a Niemcy inaczej niż Szwedzi czy Amerykanie.

Zatem jest pan za lokalizmem w kwestiach polityki imigracyjnej?

Tak, ale nie można iść z tym lokalizmem zbyt daleko. Chciałby pan żyć w kraju, w którym każde województwo ma osobną politykę imigracyjną? No, właśnie. Chciałbym jednak, by ludzie mieli więcej do powiedzenia, jeśli chodzi o to, kogo akceptują, a kogo nie w swojej społeczności. Pojawienie się przybyszów wpływa na otoczenie, zwłaszcza gdy budują swoją świątynie czy szpital. Niektórzy się na to zgodzą, a inni uznają za zagrożenie dla ich tożsamości. Historia Europy to historia konfliktów i podziałów, o tym zapominać nie można. Myślę, że takiej pełnej federalizacji nikt tu nie chce. Nawet np. zwolennicy wspólnej waluty nie zlikwidowali całkiem lokalnych banków centralnych, co byłoby wskazane, gdyby chcieli stworzyć unię z prawdziwego zdarzenia.

To, co pan mówi idzie na przekór oficjalnej filozofii UE, jeśli chodzi o politykę imigracyjną. Tutaj dąży się do wypracowania wspólnych rozwiązań.

Tak, ale złą ścieżką. Owe wspólne rozwiązania powinny być wspólne nie tylko na poziomie międzyrządowym, ale także między narodami. Innymi słowy, narody UE muszą czuć jakąś wspólnotę i mieć jakieś wspólne cele, żeby popierać wspólne polityki. I budowę takich wspólnych dziedzin można stymulować, np. ułatwiając obywatelom UE podróżowanie po niej, oddolne tworzenie wspólnych projektów, firm lub np. badań naukowych itd. Wtedy łatwiej będzie o zgodę, co do kształtu polityk imigracyjnych.

Michael C. Burda – amerykański ekonomista z Uniwersytetu Humboldta w Berlinie, specjalista rynku pracy oraz makroekonomista, zajmujący się regulacjami finansowymi

Rozmawiał: Sebastian Stodolak


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test