• Radosław Pyffel

Polska – Chiny: siedem asymetrii

02.02.2015
Żeby z Chinami współpracować, trzeba je zrozumieć. I choć sukces w relacjach gospodarczych zależy od obu stron, być może bardziej nawet od chińskiej, warto się skoncentrować na działaniach po naszej stronie. Od tego sukcesu będzie bowiem zależeć pozycja Polski w XXI wieku.

Premier Ewa Kopacz na szczyt do Chin nie pojechała. Dopóki nie zmieni się nastawienie nie zniknie impas w relacjach biznesowych. (CC By NC ND KPRM)


Nieobecność premier Ewy Kopacz na grudniowym szczycie Chiny – Europa Środkowa w Belgradzie okazała się poważnym dysonansem w dotychczas harmonijnie rozwijających się relacjach polsko-chińskich. Oczywiście sama obecność zapewne wiele by nie zmieniła, jednak Polska to największy kraj regionu, który został przez Pekin mianowany liderem inicjatywy 16 +1, więc choćby z czystej kurtuazji wypadało się na tym szczycie pojawić. W naszych relacjach z Chinami nakłada się na siebie siedem asymetrii: nierównych kompetencji, czasu, perspektyw i priorytetów, oczekiwań, kultury politycznej (wiedzy, stylu komunikacji), wielkości i handlu ( nierównowaga w imporcie i eksporcie). Sukces zależałby więc od tego, na ile udałoby nam się te asymetrie zminimalizować, czy być może nawet całkowicie wyeliminować. W niektórych przypadkach może być to łatwiejsze (np. urealnienie oczekiwań, zwiększenie wiedzy o chińskim partnerze), w innych w zasadzie niemożliwe – nie możemy zmienić naszego położenia geograficznego czy dysproporcji rozmiaru.

Asymetria kompetencji

Rząd w Chinach dysponuje o wiele większymi kompetencjami niż rząd w Polsce. Możemy być pewni, że jeśli chińskim politykom naprawdę zależy na dotrzymaniu jakichś planów czy zobowiązań, to prędzej czy później będą w stanie je wyegzekwować, podczas gdy nasi politycy, ministrowie czy urzędnicy wysokiego szczebla mogą jedynie inspirować, namawiać, reprezentować i tworzyć sprzyjający klimat, a to wszystko i tak dopóty, dopóki utrzymują się na politycznej karuzeli (a zdarza się, że dość szybko z niej wypadają). Problem polega więc na tym, że ci, którzy mają realną władzę, spotykają się z tymi, którzy tak dużej władzy nie mają i w dodatku często muszą walczyć o to, żeby ją utrzymać. Tym samym trudno po stronie polskiej o jakieś wiążące ustalenia czy długofalowe strategie gospodarcze. Oczywiście także w Chinach biznes coraz bardziej uniezależnia się od polityki, jednak w dużej mierze te dwie sfery przenikają się ze sobą, co w azjatyckiej kulturze politycznej jest uznawane za całkowicie naturalne.

Tymczasem w Polsce polityka jest a priori oddzielona od biznesu, a związki z polityków z biznesem są podejrzane i przedstawiane jako patologia. Inna jest też struktura biznesu w obu krajach. W przeciwieństwie do Chin, w Polsce praktycznie nie ma wielkich graczy. 98 proc. firm to małe i średnie przedsiębiorstwa. W efekcie polski rząd nie jest w stanie załatwić tym firmom na poziomie politycznym w Chinach czegokolwiek, tak jak od lat 90. XX w. robią to dla swoich wielkich koncernów np. Niemcy czy Francuzi (czy tak, jak to robią to dla swoich wielkich graczy politycy chińscy, którzy podróżują z nimi po całym świecie). Polski minister czy polityk (w przeciwieństwie do chińskiego) nie ma praktycznie żadnego wpływu na działalność polskich przedsiębiorstw za granicą. To dwa odrębne światy, które spotykają się tylko wtedy, gdy polski (drobny lub średni) przedsiębiorca zgubi paszport i szuka pomocy w konsulacie. Jak zatem zminimalizować asymetrię kompetencji, w której rząd chiński ma bezpośrednie przełożenie na biznes, a polski często jedynie symboliczny? Częściej łączyć w polskiej polityce wobec Chin biznes z polityką.

Pierwszy sukces, który może być inspirującym przykładem, to cofnięcie niekorzystnego podatku nałożonego w Chinach na wrocławską Selenę. Podatek ten, z którego zwolnione były miejscowe firmy, praktycznie pozbawiał ją konkurencyjności na tym rynku. Po żmudnych i długich mediacjach i negocjacjach, w które zaangażowała się strona polska (w tym nawet osobiście prezydent Bronisław Komorowski), udało się ten podatek cofnąć. Należy przy każdej okazji zabierać w polityczne podróże delegacje biznesowe, tak jak robili to i robią to mistrzowie Europy Niemcy. Nie mogą być to jednak wycieczki, w czasie których przypadkowo wybrane firmy próbują szukać biznesowych partnerów (co jest skazane na niepowodzenie). Władza w Azji cieszy się szacunkiem i patronuje biznesowi, dlatego takie wizyty powinny być wykorzystane jako element budowania prestiżu polskich firm, co uwiarygodnia je w oczach chińskich partnerów. W ich trakcie można podpisywać przygotowane wcześniej kontrakty czy porozumienia, robić wspólne grupowe zdjęcia, a dopiero potem rozjeżdżać się we wszystkie strony Chin i kontynuować – już szczegółowe – rozmowy z miejscowymi partnerami. Konieczne jest także powołanie specjalnego koordynatora ds. relacji z Chinami (zrobiły to Węgry) o mocnej pozycji politycznej i szerokich kompetencjach, który planowałby całościową politykę wobec Chin i łączył działania poszczególnych ministerstw i biznesu.

Asymetria czasu

W Chinach planuje się w perspektywie dekady lub jeszcze dłuższej, a w Polsce w najlepszym razie do kolejnych wyborów. O tym, co będzie możliwe w przyszłym roku, prawdopodobnie dowiemy się dopiero… jesienią tego roku. Tymczasem w Chinach istnieje już plan, a priorytety określone są do roku 2022 (jak będzie z ich realizacją, to się jeszcze okaże, ale jak głosi chińska „Sztuka wojny”, nawet błędny czy niedoskonały plan jest lepszy od jego braku). Czas na pobożne życzenia. Aby zminimalizować asymetrię czasu, należałoby także opracować długofalowy (z pewnością wykraczający poza kadencję parlamentarną) plan, określić priorytety i to, co chcemy osiągnąć relacjach z Chinami. Trzeba by, dokonując oczywiście niezbędnych i wymuszonych rozwojem sytuacji taktycznych korekt, bezwzględnie się tego planu trzymać niezależnie od zmian politycznych. W sprawach Chin, czy szerzej – świata pozaeuropejskiego, do którego najprawdopodobniej będzie należał XXI w., powinien powstać taki sam ponadpartyjny konsensus wymieniających się u władzy głównych sił politycznych, jak kiedyś wobec integracji z NATO i UE.

Asymetria perspektyw i priorytetów

Chiny cierpliwie budują swoje przyczółki na wszystkich kontynentach. Nie tylko publicyści, lecz coraz częściej – tak jak ostatnio w Ameryce Łacińskiej – politycy mówią wprost o Chińskim Wieku i nowej epoce, w której dominacja Zachodu będzie zdecydowanie mniej widoczna, a być może w ogóle nie przetrwa. Tymczasem z polskiej perspektywy Fukuyamowskiego „końca historii” świat od upadku Muru Berlińskiego właściwie się nie zmienił. W 2012 roku ówczesny minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski w czasie swojej wizyty w Pekinie delikatnie sugerował, że The Rise of China może być tylko epizodem, powątpiewając, czy mamy do czynienia z trwałą zmianą. Jest oczywiste, że ze względu na nasze położenie priorytetem jest i powinien dla nas pozostać Zachód z Unią Europejską, jednak przegapiając zachodzące w świecie zmiany, sprawiamy, że kolejne pokolenia mogą mieć spory problem, by nadrobić stracony czas.

Ze względu na dokonującą się obecnie „deglobalizację” polskiej perspektywy Chińczycy spotykają się u nas z daleko posuniętą obojętnością, a często wręcz z protekcjonalnością i całkowitym brakiem zrozumienia. Aby zlikwidować tę asymetrię należałoby wykonać ogromną pracę – być może podobną do tej, jaką wykonano po 1989 roku, integrując Polskę z Zachodem – zmieniając świadomość polskich elit i opinii publicznej. To rola mediów, organizacji pozarządowych, fundacji i stowarzyszeń. Bez współpracy z partnerem chińskim niewiele uda się zrobić. Problem w tym, że chiński model przewiduje przede wszystkim współpracę poprzez kanały oficjalne i rządowe, co jest silnie zakorzenione w tamtejszej kulturze, w której współpraca z organizacjami obywatelskimi, na Zachodzie w wielu przypadkach często dużo bardziej wpływowymi niż administracja, jest odbierana jako nietaktowne pomijanie rządu, a nie jako dopełnienie kanału oficjalnego.

W Polsce sama administracja i rząd odzwierciedlają stan świadomości polskich elit i opinii publicznej – stan świadomości, który sprawia, że premier Kopacz uznaje szczyt Chiny – Europa Środkowa za mało istotny i się na nim nie pojawia. Dopóki to się nie zmieni, skutkiem będą tego typu decyzje i de facto impas w relacjach. Większa wiedza o Chinach nie tylko zmieniłaby „lokalną” czy „deglobalizacyjną” perspektywę, która jest istotną przeszkodą, zredukowałoby też nadmierne, często nierealistyczne oczekiwania lub liczne – często nieuzasadnione i wynikające ze stereotypów – lęki. Jedne i drugie dały o sobie mocno znać np. przy budowie autostrady A2 w postaci przekonania, że Chińczycy wykonają tę pracę za „miskę ryżu”, albo że zaleje nas „tania chińska siła robocza”.

Asymetria oczekiwań

Nie zaleje nas również fala chińskich inwestycji, a to dlatego, że Chińczycy poszukują nowych technologii, surowców, węzłów logistycznych i nowych rynków zbytu. Interesuje ich rynek zamówień publicznych (budowa infrastruktury, energetyka), a także przejmowanie już istniejących zakładów lub zakupy globalnych marek. Polska w związku z tym raczej nie jest w stanie wiele im zaoferować, a nadzieje, że Chińczycy zainwestują miliony dolarów i zbudują od podstaw nowe fabryki, raczej się nie spełnią. Pewną szansą jest budowa łączącego Europę z Chinami kolejowego Jedwabnego Szlaku 2.0, którego Polska ma szansę stać się istotnym elementem. Jednak jak na razie linia kolejowa z Łodzi do Zachodnich Chin jest deficytowa i nieopłacalna.

Najlepszą ilustracją tych odmiennych nadziei i oczekiwań stała się inicjatywa 16+1, w której Polska miała stać się nieformalnym liderem. Propozycja ta została jednak odebrana jako nieklarowna i niezbyt atrakcyjna, bo priorytetem pozostaje UE, a Polska nie ma ambicji podejmowania przywództwa w regionie i w grupie 16 krajów znalazły się kraje byłej Jugosławii czy Albania, z którymi nie łączy nas prawie nic poza faktem, iż w XX w. były to również państwa socjalistyczne. Nie ma lepszego sposobu na zmniejszenie asymetrii oczekiwań niż rozmowy (doskonale robi to PAIiIZ) i usprawnienie komunikacji.

Dlatego oprócz spotkań oficjalnych, na których spotykają się decydenci i urzędnicy wysokiego szczebla, powinno się odbywać jak najwięcej spotkań dziennikarzy, artystów, naukowców, przedsiębiorców, których celem byłoby w pierwszej kolejności nawiązywanie kontaktów i znajomości, poznawanie realiów w obu krajach, komunikowanie własnych potrzeb i oczekiwań i w na koniec wypracowywanie wspólnych projektów na wielu polach, z korzyścią dla obu stron. Należy tu wziąć przykład ze strony chińskiej, która działa długofalowo i nie rezygnuje w starciu z chwilowymi niepowodzeniami. Wypracowanie skutecznej komunikacji będzie na pewno czasochłonne, ale – jeśli nie zabraknie cierpliwości – przyczyni się do wypracowania skutecznego i satysfakcjonującego obie strony modelu.

Asymetria kultury politycznej i stylu komunikacji

Wspomniana wyżej asymetria oczekiwań łączy się z różnicami w sposobie ich komunikowania, a także samej idei, koncepcji współpracy i tego, jak powinna być ona przedstawiana, innymi słowy różnicami w kulturze politycznej Jeśli strona chińska uznaje za stosowne wysyłanie komunikatów do świata zewnętrznego czy opinii publicznej, to są to komunikaty o „harmonijnej współpracy”, „przyjaźni między obydwoma krajami i narodami, która będzie kontynuowana” itd. Celem tych zawsze dobrze brzmiących i bardzo ogólnych deklaracji jest budowa dobrego klimatu i atmosfery zaufania. Konkrety pojawiają się na spotkaniach kuluarowych, wypracowują je i wiedzą o nich decydenci. Rozgłos uznawany jest z reguły za zbędny i niepotrzebny.

To zupełnie odwrotnie niż w polskim stylu komunikacji. U nas ogólniki, zwłaszcza dobrze brzmiące, nie budują atmosfery harmonii i zaufania. Bywa, że irytują, bywa, że śmieszą, wzbudzają podejrzliwość, a często kojarzą się z czasami socjalistycznymi i nakładają na stereotyp Chin jako państwa wciąż maoistowskiego i komunistycznego. Nie sprawdza się też w polskich realiach zasada pozostawaniu w cieniu i działania bez rozgłosu. Żyjemy w czasach, gdy PR jest wszystkim, bo od niego zależą słupki poparcia, a więc władza. Rządzący przez cały czas skupiają się na zadowalaniu wyborców prawdziwymi lub wymyślonymi sukcesami, z których każdy jest oceniany pod kątem jego PR-owej użyteczności. Tymczasem negocjacje z lekarzami czy górnikami wzbudzają o wiele większe emocje niż te ze światowym mocarstwem numer dwa, które same zresztą samo woli unikać rozgłosu.

Szanse na sukces, który będzie można politycznie zdyskontować, są więc bardzo niewielkie. Możliwości zminimalizowania tej asymetrii upatrywałbym w zmieniających się realiach zewnętrznych, które wymuszą kontakty z partnerami azjatyckimi. Tymi sprzyjającymi okolicznościami są: osłabienie tradycyjnych rynków eksportowych, jaką dla Polski były kraje UE, a także konflikt na Ukrainie. Spowodują one konieczność poszukiwania nowych rynków eksportowych. Taka wizja była zresztą myślą przewodnią exposé nowego szefa MSZ Grzegorza Schetyny, który upatrywał w nim szansy na dalszy rozwój Polski.

O wszystkim zdecydować może i wszystko zmienić jeden sukces, który do tej pory nie nadszedł. Jeśli będzie to sukces spektakularny, działający na wyobraźnię, stanie się inspirujący i zachęci nie tylko przedsiębiorców, lecz również polityków. Azja to nowy początek, a w takim przypadku o spektakularne sukcesy o wiele łatwiej niż w polityce europejskiej czy w relacjach z Rosją. Aby zmniejszyć asymetrię odmiennych stylów komunikacji, w której kluczowe są PR i rozgłos, musiałaby uspokoić się sytuacja wewnętrzna w Polsce. Jeśli bowiem premier (ktokolwiek nim będzie) częściej niż z premierami Japonii czy Chin będzie rozmawiał z lekarzami i górnikami, opowieści o rozwijaniu relacji z azjatyckimi potęgami nie tylko nie będą atrakcyjne, lecz wręcz spotkają się z falą demagogicznej krytyki (jak np. zarzuty posła Andrzeja Rozenka pod adresem wicepremiera Janusza Piechocińskiego, iż ten pojechał z polskimi biznesmenami do Indii zamiast być na Śląsku). Także strona chińska coraz lepiej rozumie znaczenie PR-u, zwłaszcza w świecie zachodnim. Historycznie Chiny przez tysiąclecia były mistrzami dobrego wizerunku i jest kwestią czasu, kiedy zostanie przełamana ta psychologiczna bariera, która nakazuję skromność, a przechwalanie się uważa za niestosowne.

Asymetria rozmiaru

Naturalną tendencją w polskiej polityce wobec Chin, jest dążenie do „partnerskich relacji”. Przy tak dużej i oczywistej różnicy potencjałów i rozmiaru to sprawa dość karkołomna. Sprawia ona, że np. w projektach miast partnerskich chińskie odpowiedniki są często kilkunastokrotnie większe niż polskie, a naszym województwom przypisuje się chińskie prowincje wielkości europejskich krajów. Tak dobrani partnerzy zupełnie do siebie nie pasują. Warszawa to co prawda stolica, ale odpowiada raczej lokalnemu ośrodkowi i średniej wielkości chińskiemu miastu, podczas gdy Pekin to licząca kilkanaście milionów globalna metropolia z kilkunastoma liniami metra, zmagająca się z zupełnie innymi problemami. Skutkiem podejścia 1:1 jest tzw. dyplomacja wycieczkowa, w której przedstawiciele polskich miast i województw udają się do Chin, by na miejscu zorientować się, że istnieje niewielka płaszczyzna porozumienia z kilkudziesięciokrotnie większymi partnerami. Drugą tendencją są próby niwelowania różnicy potencjałów poprzez łączenie się w przeróżne bloki, jak Grupa Wyszehradzka czy wręcz UE).

Można oczywiście zorganizować wspólną wystawę czy konferencję z krajami V4, ale często są one rywalami np. w pozyskiwaniu chińskich inwestycji. Taka współpraca może więc być jedynie taktyczna. Unia Europejska to oczywiście potężna struktura, której wsparcie w relacjach z Chinami może pomóc, jednak nie ma ona niestety jednolitej polityki zagranicznej, także wobec Chin. Tu każdy i tak zdany jest na siebie. Unia nie wyręczy nas w tej sprawie. Ponieważ ani przyjmowanie perspektywy 1:1, ani łączenie się w większe struktury nie jest do końca skuteczne i nie wyczerpuje potencjału, jaki istnieje w relacjach polsko-chińskich, trzeba pogodzić się z tym, że dążenie do równoprawnych relacji (czyli na zasadzie 1:1) z krajem wielkości Europy nie ma sensu i należy szukać formuły, która realistycznie uwzględni różnicę potencjałów, zamiast próbować ją negować bądź niwelować.

Dwa najważniejsze cele Polski w relacjach z Chinami to otwarcie chińskiego rynku spożywczego dla polskich produktów i utrzymanie połączenia kolejowego, co mogłoby uczynić z Polski istotny element Jedwabnego Szlaku 2.0. Może więc należałoby skupić się na rozwoju relacji z jedną z zachodnich prowincji (do których szlak ma docierać)? Może warto objąć Syczuan priorytetem i w pierwszej kolejności tam organizować imprezy promujące Polskę, programy kulturalne, festiwale filmowe, sympozja, seminaria itd.? Tam szukać partnerów nie tylko dla miast z regionu łódzkiego (który ma podpisaną umowę z tą liczącą kilkadziesiąt milionów mieszkańców chińską prowincją), ale z całej Polski. Oczywiście priorytet dla zachodu Chin nie oznaczałby nieobecności w Chinach wschodnich, bogatszych i lepiej rozwiniętych. Skoncentrowanie niewielkiego polskiego potencjału na obszarze jednej chińskiej prowincji mogłoby jednak wspomóc najważniejszy dla Polski projekt logistyczny (jak na razie deficytowy), a także wyrobić dobrą pozycję na zachodzie Chin, który nie jest tak oblegany jak bogaty wschód.

Asymetria eksportu i importu

Najbardziej znaną asymetrią w relacjach Polski z Chinami jest ogromna dysproporcja w handlu wynosząca mniej więcej 1:10 (około 2 mld dol. polskiego eksportu i 22 mld dol. importu z Chin). Wraz z bogaceniem się społeczeństwa chińskiego, wzrostem wartości juana i odchodzenia od gospodarki proeksportowej w Chinach asymetria ta powinna się zmniejszać. Wszystkie te procesy już następują. W ich wyniku Chińczycy zaczną więcej kupować za granicą. Problemem jest tylko to, aby znaleźć odpowiednie produkty. Obecny polski eksport do Chin to w dużej mierze surowce, w tym miedź.

Oczywiście wielokrotnie już podejmowano na poziomie politycznym próby zmniejszania deficytu handlowego, jednak strona chińska – poniekąd słusznie – wskazywała na to, że sama nie może tego zrobić, a piłeczka jest po stronie polskiego biznesu, który powinien zaoferować produkty, które okażą się atrakcyjne dla chińskich konsumentów. Jednakże podpisanie strategicznego partnerstwa z Chinami w grudniu 2011 roku mogłoby być dodatkowym argumentem dla większego otwarcia rynku chińskiego na niektóre produkty. Innymi słowy konieczna byłaby życzliwość strony chińskiej, a później wytypowanie (najlepiej wspólnie) grupy produktów, w których Polska uzyskałaby specjalny status.

Problem w tym, że o podobnych działaniach myślą (i je podejmują) dyplomacje gospodarcze co najmniej kilkudziesięciu innych krajów świata, które również chciałyby uzyskać preferencyjny status i większy dostęp do chińskiego rynku, choćby tylko w kilku branżach. Choć ta propozycja wydaje się mało realna, warto by przy zaangażowaniu polskich i chińskich ośrodków opracować listę preferencyjnie traktowanych branż, w których Chiny mogłyby importować z Polski, i potencjalnych nisz. Na ogromnym chińskim rynku nawet niewielka nisza może dorównywać wielkością całemu rynkowi polskiemu w bardziej popularnych produktach.

Niepojawienie się premier Ewy Kopacz na szczycie Chiny – Europa Środkowa oczywiście nie przekreśla przyszłych relacji polsko-chińskich (chociaż może być interpretowane jako ostentacyjny brak zainteresowania). Opisane siedem asymetrii na pewno nie zostałoby zmniejszone czy wyeliminowane, gdyby premier w Belgradzie jednak się pojawiła. Nie zwiększyły się także z powodu jej nieobecności. Nadal pozostają one największym wyzwaniem dla relacji polsko-chińskich w najbliższej dekadzie. Od tego, jak sobie z tym wyzwaniem poradzimy, zależą nie tylko stosunki polsko-chińskie, lecz również – jak patetycznie by to nie brzmiało – (gospodarczy) los Polski w XXI w.

Autor jest prezesem think-tanku Centrum Studiów Polska Azja; autor kilku książek poświęconych Chinom, wykładowca przedmiotów związanych z Chinami i Azją. Studiował na Uniwersytecie Sun Yat Sena w Kantonie i Uniwersytecie Pekińskim.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test