Polska z największym w OECD i Europie wzrostem PKB na mieszkańca

22.03.2017
Między rokiem 1990, kiedy na dobre pożegnaliśmy się z gospodarką sterowaną ręcznie, a 2015 PKB na jednego mieszkańca Polski wzrósł 7,3 raza – z 1731 dol. (w ówczesnych cenach bieżących) do 12,5 tys. dol. W tempie tego wzrostu pobiliśmy „na głowę” wszystkie państwa OECD i calutkiej Europy.


Polska zajmuje 13. miejsce w autorskim zestawieniu globalnym, opartym na danych Banku Światowego. Jeśli ograniczyć się do państw tworzących grupę OECD oraz europejskich, to zaraz za Polską, ale ze wzrostem trochę mniej dynamicznym jest Słowacja, cztery miejsca dalej – Chile, a dopiero na 36. miejscu Czechy, gdzie dochód per capita zdołano powiększyć czteroipółkrotnie.

Niektóre państwa dzielące z Polską przez półwiecze rolę satelity ZSRR, lecz znacznie dłużej żyjące mirażem drogi innej niż zwyczajny kapitalizm z jego zaletami i wadami (Bułgaria) lub przejadające względny „dorobek” gulaszowego komunizmu (Węgry) wyszły na swym kunktatorstwie jak najgorzej. Straciły czas, zasoby, energię ludzi, dokonując znacznie mniej niż Polska. W Bułgarii PKB per capita wzrósł zaledwie trzykrotnie, a na Węgrzech niewiele bardziej (3,7).

Państwa nadbałtyckie dorównałyby lub byłyby nawet skuteczniejsze w pomnażaniu dochodów niż Polska, ale niepodległy byt zaczęły parę lat później. Bank Światowy dysponuje ich danymi dopiero od 1995 r.

Jak zwykle, pojawiają się w takich zestawieniach ekscesy. Liderem globalnym została Gwinea Równikowa, maleńka, ale bardzo krwawa dyktatura we wschodnim rogu Zatoki Gwinejskiej. 20 lat temu popłynęła tam ropa. W
wielkościach bezwzględnych nie wydobywa się jej tam dużo, bo 1,1 mld baryłek rocznie, ale per capita daje to 900 baryłek, a więc o 100 baryłek na głowę mieszkańca więcej niż w Arabii Saudyjskiej. Nic dziwnego, że PKB na statystycznego mieszkańca wzrosło tam prawie 50 razy, z tym, że zyski trafiają wyłącznie do dyktatora i jego kliki.

Nierówności nierównościom nierówne, z bogactwem jest podobnie

Nawiasem mówiąc, byłoby pożyteczniej, gdyby Oxfam przestał oszałamiać ludzi farmazonami o 8 krezusach majętniejszych jakoby od biedniejszej połowy świata, a oszacował dysproporcje dochodowe i majątkowe w dziesiątkach tyranii, dyktatur, oligarchii i wszelkich innych reżimów panoszących się ciągle jak świat długi i szeroki.

Fenomen nr 1 Chiny, nr 2 Wietnam

Fenomenem dynamizmu gospodarczego, wyzwalania rezerw i pracowitości są Chiny, ze wzrostem ponad 25-krotnym – pominąwszy wybryk gwinejski, bezsprzeczny lider tego zestawienia. Zaraz za Chinami jest Wietnam, kraj i ludzie również godni podziwu za determinację z jaką nadrabiają czas stracony na wojnach. Jeśli jednak w przypadku Chin byłby to może wniosek pochopny, to Wietnam rozwijałby się zapewne jeszcze szybciej, gdyby zdjęto tam gorset rządzącej nim nadal partii komunistycznej.

Inne państwa ścisłej czołówki klasyfikacji globalnej potwierdzają regułę, że dorabianie się może (ale nie musi) być szybsze, gdy zaczynać od dna na poziomie czasem bliskim zera. W 1990 r. produkt krajowy brutto Wietnamu per capita wynosił 98 dolarów, w Laosie i Nikaragui 200 dolarów i nieco więcej, w Nigerii ponad 300 dolarów, a więc też bardzo mało. Przykłady Gwinei Równikowej i Nigerii (ropa), Surinamu, czyli d. Gujany Holenderskiej (boksyty) oraz Turkmenistanu (gaz) już teraz potwierdzają też jednak jak nieustępliwa jest klątwa surowcowa, w przypadku której m.in. ropa naftowa staje się ekskrementem diabła.

Obciążeniem niezwykle trudnym do dźwigania są długi. Bardzo mocno zadłużone państwa biedne, tzw. HIPC (heavily indebted poor countries) powiększyły swoje PKB jako grupa średnio zaledwie 2,4 razy, z ok. 360 dolarów w 1990 r. do ok. 870 dolarów na głowę mieszkańca obecnie. Już samo zadłużenie świadczy o braku kapitałów jako podstawy wzrostu, a środki na inwestycje stają się jeszcze mniejsze wskutek obsługi zadłużenia.

Zgodnie z powszechnym doświadczeniem, zdobywanie wysokiej góry najlżejsze jest u jej podnóża i trochę dalej, więc do wierzchołka docierają wyłącznie najsilniejsi wspinacze będący w stanie pokonać najtrudniejsze partie szlaku. W państwach o wysokich dochodach, w grupie OECD, w strefie euro i w Unii Europejskiej tempo wzrostu było przez ostatnie ćwierćwiecze niemal identyczne, a produkt na głowę wzrósł w okresie 1990-2015 „tylko” dwukrotnie. Dystans między państwami o niskich i wysokich dochodach nie skrócił się ani na jotę i proporcja wynosi, jak wynosiła, 1 do 64.

Dwa państwa cofnęły się, wytwarzając dziś mniej niż w 1990 r. Jedno z nich to Zimbabwe, gdzie grabiono na potęgę zagrabione. Doprowadziło to kraj i niejakiego Mugabe na strony powszechnej historii gospodarczej świata, co zawdzięczają inflacji tak wysokiej, że braknie zer do jej zapisu.

W przypadku Iraku wojny i endemiczny chaos po ich zakończeniu sprawiły, że w 1990 r. PKB przypadającego na jednego Irakijczyka (10,3 tys. dol.) było 6 razy większe niż w Polsce, a dziś jest 2,5 razy mniejsze.

Przed Polską bardzo długa droga

W zawodach na tempo byliśmy dotychczas bardzo dobrzy, w konkurencjach „siłowych” nasze wyniki plasują nas w gronie średniaków z ariergardy przeciętniaków.

W 2015 r. nasz produkt krajowy miał wartość 1 790 mld zł. W 2016 r. wzrósł o 2,8 proc., czyli o 50 miliardów złotych, osiągając 1 840 mld zł. Jeden punkt procentowy wzrostu rocznego przekłada się dziś na 16 -17 miliardów PKB mniej lub więcej, ale równowartość 0,1 pp. też każdy chętnie by przygarnął.

Gdybyśmy chcieli dojść dogonić kiedyś Niemców, to przy średniej różnicy tempa wzrostu jak 4 proc. do 1,5 proc. na naszą korzyść, odrabianie różnicy w wysokości PKB przypadającego na statystycznego Polaka i Niemca potrwa nie mniej niż aż pół wieku.

Licząc w cenach bieżących, w Niemczech produkt per capita jest teraz trzy razy i jedną trzecią większy niż w Polsce (41 331 dolarów do 12 555 dolarów). Jeśli założyć, że liczby ludności oraz ceny pozostają w obu krajach niezmienne, to w 2067 roku na jednego Polaka przypadać będzie ponad 89 tys. dolarów produktu, a na jednego Niemca 87 tysięcy, więc dwa tysiące mniej. Jakże łatwo snuje się marzenia, nieprawdaż?

Z jakich powodów potrzebny pościg

Pominąwszy miliardy po przecinku, PKB Stanów Zjednoczonych to 18 bilionów dolarów, czyli 18 tysięcy miliardów. Na zdrowie Amerykanie przeznaczają z tego 17,1 proc. (2014 r., Bank Światowy), czyli nieco ponad 3 bln rocznie. W Polsce wydajemy na ochronę zdrowia ze środków publicznych i z kieszeni prywatnych 6,4 proc. PKB, co daje niecałe 120 mld złotych lub mniej niż 30 mld dolarów rocznie.

W USA wydają zatem w wielkościach bezwzględnych 100 razy więcej niż my jesteśmy w stanie. Porównanie to pozbawione jest wspólnej bazy (np. per capita), więc służy wyłącznie zobrazowaniu różnicy potencjałów na tej samej zasadzie, na jakiej jakże lepiej poradzi sobie z ciężko chorym pacjentem wielki szpital z zaprawionym personelem niż całkiem nawet porządna przychodnia.

W USA wydają na zdrowie w wielkościach bezwzględnych 100 razy więcej niż my jesteśmy w stanie.

W kategorii per capita, w 2014 r. w Polsce na zdrowie poszło na osobę 910 dolarów, w USA 9403 dolary i w Niemczech 5411 dolarów. Porównanie ze Stanami nie ma większego sensu, bo w dość zgodnej opinii samych Amerykanów i ekspertów międzynarodowych poziom wydatków na zdrowie jest tam bardzo mocno zawyżony i to nie tyle z chciwości i bezwzględności, co także za przyczyną niespotykanej gdzie indziej w świecie ochrony prawnej, a także efektów szybkiego wdrażania każdej udanej nowej metody, maszyny czy całej technologii.

Bez wdawania się w szczegóły założyć można w miarę bezpiecznie, że dla jako takich porównań z Europą amerykańskie koszty per capita należało by zmniejszyć o połowę, zatem znacznie lepszym punktem odniesienia są dla nas Niemcy.

W wielkościach bezwzględnych wydatki na zdrowie wzrosły w Polsce w okresie 1995-2014 czteroipółkrotnie, tj. ze 197 dolarów na głowę mieszkańca do 910 dolarów. Jest to wzrost nominalny, nieoczyszczony ze skutków wzrostu cen, więc rzeczywisty wzrost był dużo, dużo mniejszy. Dla skonfrontowania odczuć indywidualnych odwołać się można do „kalkulatora inflacji” uruchomionego na stronach Ministerstwa Finansów. Jest wprawdzie pewien problem, bo urządzenie to kalkuluje w złotych, a Bank Światowy przeliczył złote na dolary, ale ponieważ nie jesteśmy na egzaminie i przyświeca nam cel wyłącznie poglądowy, to mniejsza o to.

Zgodnie ze wskazaniami kalkulatora inflacji, 910 dolarów z 2014 r. (wydawanych w Polsce) miałoby w 1995 r. wartość zaledwie 321 dolarów, a więc realny wzrost wydatków wyniósł był przez 20 lat ledwo 63 proc. Odczucie Polaków, że na lepsze zmieniło się w ochronie zdrowia za mało, wydaje się słuszne.

W Niemczech nominalny wzrost wydatków na zdrowie był podobny do polskiego wzrostu realnego, bo wyniósł tam w tym samy okresie 1995-2014 bardzo skromne 73 proc. Niech to jednak nie będzie dla nas pocieszenie, bo w samym 1995 r. różnica poziomu wydatków na zdrowie w ujęciu per capita była niemal szesnastokrotna na naszą (ogromną) niekorzyść. Inaczej mówiąc, Niemcy już 20 lat temu korzystali z dobrej ochrony zdrowia, więc postęp w tej dziedzinie siłą rzeczy musi być tam wolniejszy.

Niemcy wydają na zdrowie o 1 punkt procentowy mniej niż Polska, bo udział tych wydatków w PKB wynosi po zachodniej stronie Odry 5,4 proc. Gdyby zatem sprowadzić te wielkości do wspólnego mianownika, zamrozić dane dotyczące liczby mieszkańców, kursów walutowych i cen na dzisiejszym poziomie, założyć, że udział wydatków na zdrowie będzie stale na poziomie 6,4 proc. w obu państwach, a różnica wzrostu gospodarczego będzie jak 4 proc. vs. 1,5 proc. średniorocznie na korzyść Polski, to zrównania wydatków zdrowotnych per capita dzisiejsze polskie noworodki doczekałyby w samym niemal końcu XXI wieku, czyli mając 80 wiosen.

Udział spożycia indywidualnego w PKB, a więc to wszystko co wydajemy na utrzymanie swoje i naszych rodzin, wynosi jakieś 60 proc. Jeden punkt procentowy PKB mniej lub więcej to ok. 10 mld zł mniej lub więcej do wydania przez Polaków w ciągu roku. W skali dość dużego i ludnego kraju, ani to bardzo dużo, ani mało, bo tylko 270 zł rocznie na osobę, ale starać się o takie pieniądze bardzo warto.

Stwarzanie warunków do rozwoju kraju i społeczeństwa, a wraz z nim do wzrostu gospodarki, to potrzeba najżywotniejsza z żywotnych, choć brzmi nam niestety w uszach jak wyświechtane hasło. Starać i bić się powinniśmy o każdy ułamek i ułameczek wzrostu, bo na laurach mogą sobie zasiąść Niemcy, Holendrzy, Francuzi, Japończycy, czy Jankesi, a jak już tak bardzo chcą, to także Grecy. Naszych laurów miejsce nie pod siedzeniem, lecz na głowie.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test