Poprawianie kwalifikacji sposobem na bezrobocie

23.07.2010
W czerwcu stopa bezrobocia w Polsce wyniosła 11,6 proc., była o 0,3 pkt. proc. niższa niż w maju – podał GUS. Bez pracy pozostaje 1,8 mln osób. Prof. Urszula Sztanderska uważa, że bezrobocie można by obniżyć. Warunek -  należy zmienić system pośrednictwa pracy.  Daje przykłady rynków, gdzie urzędy pośrednictwa są partnerami dla pracodawców i pracobiorców. To np. Dania, Francja i Niemcy.

Prof. Urszula Sztanderska, specjalista rynku pracy


„Obserwator Finansowy”: Czy nasz system pośrednictwa pracy spełnia swą funkcję?

Urszula Sztanderska: Naszym urzędom bardzo daleko do tego, jak działa pośrednictwo pracy w Danii czy Francji, gdzie informacja o osobie poszukującej pracy jest bardzo wszechstronna. Pracodawca, który zgłasza ofertę pracy, może liczyć, że urząd będzie selekcjonował poszukujących pracy pod kątem postawionych przez niego wymagań. U nas to się dzieje incydentalnie. W polskich urzędach po prostu informuje się o pracy w dość ogólnie brzmiących ogłoszeniach. Poza tym w pośrednictwie odgrywają rolę  względy socjalne. Wysyła się do firm bezrobotnego, który już  długo jest bez pracy, choć często jego kwalifikacje nie odpowiadają potrzebom pracodawcy. Natomiast we Francji każdy poszukujący pracy na pewnym etapie trafia do doradcy, który nie tylko wie, jak ocenić jego kompetencje i co by potencjalnie mógł robić, ale także dobrze zna rynek pracy i wie, których kompetencji rozwój ma sens.

Gdy się odniesiemy do polskich realiów, to nasi doradcy nie znają naszych rynków pracy. Znają co najwyżej oferty zgłaszane do urzędów, a te dotyczą  bardzo niewielkiej części pracy oferowanej na rynku. Dzieje się  tak dlatego, że pracodawcy nie mają zaufania do urzędów pracy. Niedawno przeprowadzałam na potrzeby PKPP Lewiatan badania pracodawców czterech branż – energetycznej, budowlanej, odzieżowej i IT. Zgodnie mówili, że urząd pracy w niczym im nie jest pomocny. Korzystają z niego jako z ostatniej deski ratunku, kiedy mają  deficyt kandydatów, ale nie wierzą, że w ten sposób pozyskają wartościowego pracownika.

Ponadto nie ma pełnej, dostępnej statystyki lokalnych rynków pracy. I koło się zamyka. By zwiększyć  skuteczność pośrednictwa  urzędy pracy musiałyby przejąć na siebie rolę bardzo aktywnych graczy na lokalnym rynku i starać się o to, aby obie strony były zaspokojone w swoich oczekiwaniach.

To możliwe?

Na przykład w Niemczech oddzielona jest funkcja pomocy bezrobotnym, w tym pomocy socjalnej, od funkcji pośrednictwa pracy. To powoduje, że względy socjalne nie odgrywają  roli w samym pośrednictwie. W naszych urzędach brak oddzielenia powoduje mieszanie zadań socjalnych i stricte ekonomicznych.

Pośrednictwo pracy przede wszystkim powinno być efektywne, czyli nastawione na dopasowanie bezrobotnego z pracodawcą. Natomiast czym innym jest przygotowanie bezrobotnego do podjęcia pracy i jeszcze czymś innym pomoc społeczna.

Ważny element to przygotowanie osób poszukujących pracy do wykonywania innych zajęć niż wcześniej. Tymczasem system kształcenia osób dorosłych w Polsce rozwija się  dwoma, raczej  mało efektywnymi kanałami. Pierwszym jest pomoc bezrobotnym oferowana przez urzędy pracy w postaci różnych szkoleń i staży. Czyli zwykle trzeba być najpierw bezrobotnym, aby tę pomoc uzyskać, albo być zagrożonym bezrobociem w ocenie pracodawcy i zwykle takie zagrożenie musi wystąpić na większą skalę. Takie obwarowanie sprawia, że jak ktoś tam trafia, to zwykle jest już bezrobotnym przez jakiś czas, a urzędy pracy na ogół nie oferują pomocy edukacyjnej wcześniej niż po pół roku. Moim zdaniem taka osoba już przez jakiś czas się zdezaktywizowała i dostaje pomoc zbyt późno.

Kwestia druga – kto tę pomoc dostaje? W ustawie jest zapis dotyczący grup szczególnie zagrożonych bezrobociem. Nie wyklucza się innych, specyficznych lokalnie grup, niemniej uwaga jest skierowana na osoby o cechach wymienionych w ustawie,  które nota bene obejmują znaczną część społeczeństwa. Jacek Liwiński kilka lat temu zrobił badanie dotyczące efektywności szkoleń prowadzonych przez urzędy pracy. Bardzo wyraźnie wynikało z niego, że szkolenia są najefektywniejsze w grupach niepromowanych przez ustawę. Tu też jest problem – nie ma żadnego przyzwoitego mechanizmu weryfikowania efektywności szkoleń oferowanych w urzędach pracy.

Jeżeli połączy się  powyższe spostrzeżenia, to wychodzi na to, że trzeba być najpierw bezrobotnym, żeby dostać pomoc, ponadto szkolenie dostaje częściej ten, który o nie zabiega lub który pasuje do ustawowych kryteriów, a nie ten, który by sobie bez nich nie poradził. Wreszcie, struktura szkoleń jest czasami zupełnie zadziwiająca. Dwa lata temu przeglądałam statystyki, z których wynikało, że mamy bardzo dużo szkoleń  w zakresie kosmetyki i manicure. Czyli w każdej wsi i małym miasteczku miejscem zatrudnienia kobiet mogłyby być salony kosmetyczne. To chyba nie jest prawdopodobne.

A szkolenia współfinansowane przez Unię Europejską w ramach Europejskiego Funduszu Społecznego?

Część tych pieniędzy trafiła do pracodawców, którzy w ten sposób zmniejszyli deficyt kompetencji swoich pracowników. To jest bardzo potrzebne, ale to nie jest związane z przemieszczaniem się pracowników między firmami. Inna część tych środków była przeznaczona na programy monitorowanych zwolnień z dużych i znaczących firm, jak Stocznia Szczecińska. Dla nich uruchamiano monitorowanie zwolnionych, obserwowano, jakie mają  kompetencje i szanse na rynku pracy, i im dawano szkolenie, jeśli wydawało się to potrzebne. Te programy były bardzo skuteczne.

Metody monitorowania zwolnień  powinny być rozciągnięte na małe firmy. Ale dostęp do poradnictwa i szkoleń powinien istnieć również dla pojedynczych osób, które tracą pracę albo widzą szanse na zarabianie więcej w firmach bardziej produktywnych. Dla takich ludzi po prostu środków nie ma.

Przy okazji warto wspomnieć,  że w Polsce miała powstać rządowa strategia kształcenia ustawicznego i ciągle się nie pojawia. Nie zdecydowano, jakie jest prawo dorosłego Polaka do skorzystania ze środków publicznych jeżeli chce, musi albo powinien zmienić swoje kompetencje zawodowe. W tej chwili główny ciężar takiego kształcenia spada na daną osobę albo na jej pracodawcę. W dużych firmach przeznacza się na ten cel całkiem przyzwoite środki, ale mali pracodawcy, którzy odpowiadają za większość zatrudnienia w Polsce, mają pilniejsze potrzeby.

To jest bardzo poważny problem, którego tak łatwo nie można rozwiązać, a rozwiązania wymaga, bo to się wiąże z poczuciem bezpieczeństwa na rynku pracy, z przekonaniem, że jeśli nawet stracę pracę, to nauczę  się czegoś innego i pójdę pracować gdzie indziej. Natomiast w Polsce wiele osób całą karierę spędza w jednej–dwu firmach. Toteż panicznie boi się utraty pracy, bo i na pomoc ze strony służb publicznych nie może specjalnie liczyć.  Takim osobom, znajdującym się w sytuacji utraty pracy, wydaje się, że ratunkiem jest jak najwcześniejsza emerytura albo renta, albo – w ostateczności – pomoc społeczna. Rodzi się nacisk na świadczenia, z konieczności niskie, i wszyscy stają się przegrani – pracownicy, bo jednak pracy nie mają i ich dochody obniżają się, pracodawcy, bo bezskutecznie poszukują dobrze wykwalifikowanych pracowników, i państwo jako całość, bo ugina się pod ciężarem świadczeń, bo mniejsze jest w nim zatrudnienie i mniejsze szanse zwiększania produktywności, a to podstawa dobrobytu nas wszystkich.

Rozmawiał: Krzysztof Nędzyński

Urszula Sztanderska jest profesorem na Wydziale Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego. Specjalizuje się w zagadnieniach rynku pracy.

`


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test