Powolny wzrost będzie nową normą

27.01.2015
Amerykanie są przyzwyczajeni do stałego wzrostu gospodarczego – PKB Stanów Zjednoczonych rósł średnio około 2 proc. rocznie przez ostatnie 100 lat. Coraz więcej ekonomistów uważa, że ten trend jest niemożliwy do utrzymania. Będzie dużo wolniej.

Prezydent USA Barack Obama. (CC By Nc SA Barack ObamaFlickr)


5 proc. wzrostu, jaki amerykańska gospodarka uzyskała w III kwartale, 4,6 proc. w II kwartale 2014 r. i ponad 3,2 proc. za cały rok wraz z rosnącym zatrudnieniem (najniższe od 2008 roku bezrobocie, 5,6 proc.) i konsumpcją przekraczającą wartość PKB każdego innego kraju (za 2014 rok ma przekroczyć 11,5 bln dol., które Amerykanie wydali w roku 2013), to wyniki pozwalające na stwierdzenie, że gospodarka USA jest w najlepszej formie od 10 lat. Potwierdzają to rosnące inwestycje biznesu (choć jeszcze nie na poziomie z 2007 roku), a także wzrost indywidualnych dochodów (o 4,2 proc.) i rekordowo niski poziom niespłacalności indywidualnych pożyczek (według Amerykańskiego Stowarzyszenia Bankierów 1,51 proc. przy średniej 2,3 proc. w ostatnich 15 latach).

Wygląda też na to, że USA znów przejęły ster globalnej ekonomii. Według szacunków Międzynarodowego Funduszu Walutowego w 2015 r. Ameryka dołoży do wzrostu światowego produktu brutto 18 proc., a inne kraje wysoko uprzemysłowione razem wzięte wniosą 7 proc.

Amerykańscy ekonomiści nie są jednak zadowoleni. Spodziewali się bowiem bardziej przełomowych rezultatów. Takich, które pozwoliłyby zdecydowanie stwierdzić, że gospodarka jest na drodze stałego wzrostu. Odniesieniem są dane historyczne: następujący niemal po każdej recesji w przeszłości (33 od lat 50. XIX w.) wzrost był dużo wyższy niż ubiegłoroczne – i tak najwyższe od roku 2008 – wskaźniki. Na przykład po recesji z przełomu lat 1981/1982 trzy kolejne kwartały przyniosły średnio 8-proc. wzrost (III i IV kw. 1982 r. i I kw. 1983 r.), a w II kwartale 1983 roku odnotowano 9,4 proc. W tym kontekście obecny wzrost gospodarczy wygląda na powolny, a coraz więcej ekspertów skłania się ku opinii, że to nowa norma.

Ocena obecnych wyników gospodarczych w dużym stopniu zależy od politycznego punktu widzenia. Konserwatyści widzą je nie tylko jako potwierdzenie, że amerykańska gospodarka wyszła z recesji, ale że ostatecznie otrząsnęła się z antywzrostowej polityki prezydenta Baracka Obamy. I nie sposób zaprzeczyć, że krótkoterminowe lub cykliczne czynniki, podobnie jak doraźne posunięcia w polityce gospodarczej, monetarnej i socjalnej, odcisnęły się na wynikach. Stymulacja fiskalna Rezerwy Federalnej może istotnie była niewystarczająca, a polityka monetarna zbyt restrykcyjna i – tak jak niepewność co do skali i zakresu nowych regulacji (Dodda–Franka) – paraliżowała funkcjonowanie rynków i instytucji finansowych, a ochrona bezrobotnych i powszechne ubezpieczenia zdrowotne dla wszystkich (Obamacare) także obciążyły gospodarkę, czyli spowolniły jej wzrost. Rzecz jednak w tym, że spowolnienie zaczęło się już 40 lat temu.

Produktywność w krajach rozwiniętych zaczęła zwalniać już w latach 70. XX w. Ekonomiści nie przedstawili wówczas jednej teorii, dając jedynie odpowiedzi szczegółowe, iż ówczesne spowolnienie było skutkiem zwyżkujących cen ropy naftowej, inflacji, nowych regulacji w ochronie środowiska, zdrowia i bezpieczeństwa. Ceny ropy dekadę później spadły, wiele regulacji zniknęło jako nieadekwatne, a spowolnienie wciąż postępowało. Dziś ekonomiści oceniają, że spowolnienie jest skutkiem wielkich zmian demograficznych.

Brink Lindsey, ekonomista z CATO Institute, wskazuje cztery konwencjonalne elementy wzrostu, jakie bierze się pod uwagę przy ocenie wzrostu PKB. To wzrost uczestniczącej siły roboczej lub przepracowane rocznie godziny per capita, jakości pracy (czyli poziom wykształcenia i zawodowych umiejętności zatrudnionych), tzw. pogłębianie kapitału (wzrost wartości kapitału zainwestowanego per capita i wzrost tzw. sumy produktywności, czyli wartość produkcji na jednostkę pracy i kapitału.

XX wiek się nie powtórzy

Te cztery komponenty przez cały XX w. były w USA płynne, ale zawsze gorsze wyniki jednego były rekompensowane przez któryś z pozostałych. W XXI stuleciu ten model wzajemnego uzupełniania się upadł, albowiem wyniki wszystkich czterech komponentów spadły jednocześnie, a obecne uwarunkowania amerykańskiej gospodarki nie sprzyjają temu, aby któryś z komponentów zdecydowanie się poprawił.

Liczba godzin przepracowanych w przeszłości rosła, bo rósł udział kobiet w aktywnej i opłacanej sile roboczej. Od 2000 roku ten trend się odwrócił – wielkość siły roboczej maleje. McKinsey Global Institute w raporcie z 2011 roku wskazywał, że wzrost siły roboczej przyczynił się do wzrostu PKB rocznie średnio o 1,9 proc. w latach 60., 2 proc. w latach 70., 1,7 proc. w latach 80. i 1,6 proc. w latach 90. XX w. Dekada 2000–2010 była dramatycznie odmienna – ten sam wskaźnik wynosił średnio 0,4 proc., a przewidywania mówią, że w obecnej dekadzie będzie to średnio 0,5 proc.

Wykształcenie i kwalifikacje siły roboczej rosły w XX wieku dzięki upowszechnieniu edukacji, w ostatnich latach natomiast tendencja zdobywania wykształcenia również maleje – stopa procentowa ukończenia szkoły średniej jest dziś niższa, niż była w latach 70. XX w., a trend wzrostu liczby absolwentów koledżu od 1980 r. osłabł. Również wskaźnik inwestycji w fizyczny kapitał spada, od dekad ciągnięty przez spadający poziom oszczędności.

Innymi słowy wzrost siły roboczej w XX w. był jednorazowym fenomenem w historii ludzkości i nie jest łatwy – czy nawet możliwy – do powtórzenia. Podobnie z wykształceniem. Liczba lat, które pracownik musi spędzić w szkole, aby poprawiło to wzrost produktywności, jest ograniczona. Matematyka tymczasem mówi, że aby poprawić wzrost gospodarczy, siła robocza musiałaby rosnąć szybciej niż cała populacja, tak jak było w wieku XX. Eksperci McKinsey obliczyli, że aby utrzymać tempo wzrostu amerykańskiego PKB produktywność per capita musiałaby się poprawić o około 34 proc. Demograficzne dane mówią, że nie ma szans na taki wzrost. Jedyną szansą, jaką widzą ekonomiści w tej sytuacji, byłaby kolejna rewolucja w postępie ludzkości, która zmieniłaby te zależności. Wzrost gospodarczy zawisł więc na innowacyjności. Ta jednak także spowolniła.

Zamiast mostów innowacje

Poglądy dwóch ekonomistów są tu charakterystyczne. Tyler Cowen w wydanej przed trzema laty książce „The Great Stagnation” i Robert J. Gordon w artykule dla National Bureau of Economic Research z sierpnia 2012 r. twierdzą, że nie mamy jako ludzkość nowych pomysłów na to, jak poprawić consumer welfare. A potrzebne byłyby takie na miarę elektryczności, silnika spalinowego, supermarketów i odkrycia przestawiania molekuł, które zaowocowało przemysłami petrochemicznym, farmaceutycznym i plastikami. Gordon uważa rozwój komunikacji (w tym telefonii, filmu, radia i telewizji i rewolucję IT) za kroki półmilowe, mniej trasformatywne w porównaniu z rewolucją przemysłową. Nie ma też nadziei, że IT przyniesie coś więcej. Cowen odwrotnie – twierdzi, że spowodowany technologią półprzewodników, która ciągnie amerykańską gospodarkę od 1973 roku, postęp rewolucji IT może na dłuższą metę przynieść ożywienie produktywności. Warto jednak zwrócić uwagę na wskazania, np. Dale’a Jorgensona z Harvard University czy Karla Smitha z University of North Karolina, iż innowacyjność także zależy od demografii.

Niski wzrost populacji (spadek wskaźnika urodzin w krajach wysoko uprzemysłowionych w ostatnich latach wskazuje m.in. OECD) niesie niebezpieczeństwo naruszenia cyklu podejmowania ryzyka i innowacyjności. Rosnąca populacja tworzy strefę buforową dla ryzykownych inwestycji kapitałowych, razem z nią rośną bowiem także wielkość siły roboczej i inwestycje kapitałowe. Istnieje więc bezpieczniejsze zaplecze dla ewentualnych strat, kiedy innowacja będzie chybiona, a więc inwestycja stracona. Niski wzrost gospodarczy produkuje niski kapitał, który lokuje się raczej w gwarantującym dochód odnawianiu istniejących technologii, maszyn lub procesów niż w ryzykowne innowacje. Rosnąca populacja, czyli rosnąca siła robocza, potrzebuje nowych inwestycji i przyjmie nawet tymczasem mniej efektywne – bo innowacyjne – modele biznesu czy produkcji.

W taki sposób rosnąca populacja dostarcza ochrony ceny nawet niepomyślnych innowacji, a więc zmniejsza ryzyko innowacji. Wobec zmniejszającej się siły roboczej jedyną możliwością pomocy wydaje się mająca na celu ochronę innowacyjności polityka państwa. Zamiast nawoływać do łożenia na infrastrukturę – mówi część ekonomistów – warto ponieść koszty ochrony innowacji. W przeciwnym razie powolny wzrost gospodarczy będzie nową normą.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test