Praca bogaci kraj, jej nadmiar zubaża

08.07.2016
Zwykle mówi się o tym, ile gospodarka traci przez kolejne dni w roku wolne od pracy, ale brak wolnego może też gospodarce szkodzić. Zaniechane w 2015 r. przez Amerykanów wakacje kosztowały gospodarkę USA 223 mld dol.


Amerykanie mają wśród krajów rozwiniętych najmniej płatnych wolnych dni od pracy. Najwięcej mają ich Austriacy. Polacy odpoczywają tyle co Duńczycy. Brak wolnego może szkodzić gospodarce. Wedle nowych badań zaniechane w 2015 r. przez Amerykanów wakacje kosztowały gospodarkę USA 223 miliardy dolarów.

Wartość dla USA wykalkulowała tamtejsza firma badawcza Oxford Economics. Zlecenie otrzymała w ramach kampanii „Czas Wolny” (Project: Time Off) prowadzonej przez przemysł turystyczny USA. Analiza oparta została na danych rządowego Bureau of Labor Statistics (BLS) oraz na wynikach dużej ankiety przeprowadzonej przez GfK wśród pracowników z prawem do płatnego urlopu.

Amerykanie, naród wytopiony w tyglu, do którego wpadły wszelkie możliwe stereotypy narodowościowe i etniczne, stał się przez dwa stulecia bardzo robotny i w swej gotowości do pracy nie ustaje. Jeszcze przez ostatnie ćwierćwiecze XX stulecia płatny urlop wykorzystywany przez amerykańskich pracowników wynosił 20,3 dni średniorocznie. W 2015 r. liczba dni na urlopie spadła do 16,2 dni.

Zmiana była pełzająca, ale efekt na chwilę obecną jest piorunujący. Wymiar wykorzystanego urlopu spadł przez parę dekad z niemal trzech tygodni do niewiele ponad 2 tygodni rocznie. Wzrósł z kolei ostatnio odsetek pracowników z niewykorzystanym urlopem. Obecnie aż 55 proc. Amerykanów zostawia na lata następne lub traci część należnych im w danym roku dni wolnych od pracy.

Amerykański relikt urlopowy

A jak to w ogóle jest z urlopami w najpotężniejszym od 100 lat państwie świata? Zacznijmy od informacji szokującej. Według Światowej Organizacji Pracy (ILO), USA są w parze z Nową Gwineą-Papuą jedynymi państwami bez gwarantowanego płatnego urlopu macierzyńskiego. Nowej Gwinei można chyba wybaczyć, bo 85 proc. jej mieszkańców utrzymuje się z rolnictwa, uzyskując dochód pozwalający jedynie na egzystencję, ale Stany Zjednoczone…

Prawda jest taka, że szokuje to głównie, choć nie jedynie, Europejczyków wychowanych przez welfare state lub w warunkach totalnej już „opiekuńczości” (w tym dbałości o odpowiednią podaż „mięsa armatniego”) państw komunistycznych i quasi-komunistycznych, takich jak Polska. USA to nie tylko Nowy Jork i Los Angeles; w prowincjonalnej Ameryce dominuje przekonanie, że mąż może i powinien zarobić tyle, żeby żona została wreszcie w domu. Podejście z każdej prawie perspektywy niesłuszne i wsteczne, ale na wielkiej amerykańskiej prowincji – ciągle zakorzenione.

W myśl Family Medical Leave Act z 1993 r., część obywatelek USA ma prawa do bezpłatnego urlopu macierzyńskiego w wymiarze 12 tygodni, ale jest to przywilej zarezerwowany dla trochę więcej niż połowy populacji. Warunkiem skorzystania z bezpłatnego urlopu po urodzeniu dziecka jest praca w firmie prywatnej zatrudniającej 50 i więcej osób, w instytucji państwowej albo w szkole. Staż pracy musi wynosić co najmniej rok, a liczba godzin przepracowanych w ciągu roku musi być nie mniejsza niż 1250. W rezultacie z urlopu macierzyńskiego korzysta jakieś 12 proc. Amerykanek zatrudnionych w sektorze prywatnym. Tyle w kwestii macierzyńskiej.

USA wyróżniają się niekorzystnie także w kwestii uniwersalnego prawa do urlopu wypoczynkowego. Wyróżniają się w ten sposób, że takiego prawa tam nie ma i długo zapewne nie będzie. Stany Zjednoczone są zatem w bardzo dziwnym klubie, odkrytym przez Bank Światowy. Składa się on z USA, Liberii, Kiribati, Wysp Marshalla i Palau, a warunkiem członkostwa jest zero dni urlopu gwarantowanego ustawą. Urlop wypoczynkowy to w Stanach kwestia regulowana umowami o pracę.

Płatnym urlopem wypoczynkowym cieszą się przede wszystkim Amerykanie zatrudnieni przez duże i wielkie firmy. W mniejszych i zupełnie małych okresowy ubytek jednej nawet tylko osoby może oznaczać duży kłopot, a zatrudnienie rezerwy kadrowej na okoliczność urlopów może być za dużym obciążeniem finansowym.

W rezultacie, z płatnych urlopów wypoczynkowych korzysta w amerykańskim sektorze prywatnym jedynie 77 proc. zatrudnionych. Przeciętnie, po jednym roku pracy mają 10 dni urlopu, po pięciu latach – 14 dni, po dziesięciu – 17 dni i po dwudziestu – 19 dni. Jeśli dokonać stratyfikacji pod względem wysokości zarobków, to w pierwszym decylu osób najgorzej zarabiających z płatnego urlopu korzysta jedynie 36 proc. pracowników, a w ostatnim decylu Amerykanów z najwyższymi wynagrodzeniami urlop płatny ma 93 proc. pracujących.

Tło dla dalszych prezentacji nie będzie wystarczająco wyraziste bez porównania z innymi, najlepiej jeśli będą to członkowie OECD. Tabela przedstawia sprowadzone do wspólnego mianownika wymiary minimalnych ustawowych okresów urlopowych przysługujących pracownikom z wybranych państw OECD oraz liczbę dni ustawowo wolnych od pracy.

Dane z zestawienia nie uwzględniają różnych przywilejów i ekscesów urlopowych. Z nadmiarowych urlopów korzystają zazwyczaj osoby z klasy średniej, a ich wolne opłacają (też zazwyczaj) ciężko pracujący i najgorzej uposażeni, z których najłatwiej ściągnąć podatki.

Rządy Austrii, Belgii, Danii, Grecji i Szwecji nałożyły np. na pracodawców obowiązek wypłacania wyższych wynagrodzeń za czas spędzony na wakacjach. Australia zapewnia niektórym pracownikom zmianowym dodatkowy tydzień płatnego urlopu.

Francuzi, poza tym, że harują ponad siły aż przez 35 godzin w tygodniu, to mają prawo do bezpłatnego urlopu na aktywność społeczną, w tym 9 dni na reprezentowanie stowarzyszenia oraz 6 miesięcy na prowadzone za granicą projekty z kategorii „solidarności międzynarodowej”. Któryś rząd francuski przeprowadził też przez parlament ustawę o częściowo płatnym urlopie na trwający mniej niż rok „trening indywidualny”. Władze szwedzkie żądają z kolei od pracodawców oferowania płatnych urlopów dla pracowników wykonujących w tym czasie obowiązki związkowe, co znamy także w Polsce.

Miliony niewykorzystanych urlopów

Tyle tła międzynarodowego dostarczonego przez klub demokratycznych państw bogatych i intensywnie aspirujących. Wracamy za Atlantyk. W wielkościach bezwzględnych liczba dni niewykorzystanego przez Amerykanów urlopu wyniosła w 2015 r. 658 milionów, z czego przepadły im bezpowrotnie aż 222 miliony dni urlopowych, których nie można było przerolować na następny rok i za które nie przysługiwał ekwiwalent pieniężny. W obrazowym ujęciu statystyczny pracownik amerykański stracił w 2015 r. aż dwa dni urlopu z pensum przysługującego mu w umowie o pracę.

Powodem tyrania zamiast odpoczywania były najczęściej zaniechania osobiste. Wywieść to można z danych BLS o bezrobociu w zestawieniu z informacjami o wykorzystaniu urlopów w USA. W 1982 r. dostępne już były obydwa szeregi danych, a był to także rok niemal największego bezrobocia za naszego życia. Wynosiło ono wówczas 9,7 proc. podczas gdy średnia dni spędzonych na wakacjach liczyła wówczas 20,9 dni rocznie, wobec 16,2 dni dzisiaj.

Ankieta potwierdza domniemanie o samoumartwianiu się jankesów przez pracę. Katie Denis z Project: Time Off twierdzi, że głównym winowajcą są smartfony, Internet i wszelkie inne technologie wzmacniające więzi pracownika z miejscem pracy. Stała łączność z pracodawcą i przełożonym sprawia, że wielka część zatrudnionych czuje się niezbędną częścią organizacji w której pracuje, a to bardzo utrudnia decyzje o przerwaniu zajęć w trywialnym celu wypoczynkowym. W odpowiedziach udzielanych ankieterom dało się też bez żadnego trudu wyróżnić tłumaczenia, że chęć do brania urlopu maleje na wyobrażenie sterty dokumentów do obrobienia po powrocie z wakacji (37 proc. wskazań), z przekonania, że „tylko ja jestem w stanie sobie z tym poradzić” (35 proc.), ale także dlatego, że „nie stać mnie na wakacje” (33 proc.).

Wniosek, że urlop to dobry wynalazek korzystny dla ludzi nie budzi żadnych zastrzeżeń. Jeśli objąć wzrokiem całe spektrum, czyli podejść do gospodarki holistycznie, to odchodzi również ochota od prób negowania korzystnego wpływu urlopów na gospodarkę. Wprawdzie człowiek na wakacjach nie wytwarza przypadającej nań cząstki PKB, ale wypoczęty mniej choruje i jest sprawniejszy, więc mniej korzysta z opieki opłacanej z podatków i jest prawdopodobnie wydajniejszy. Per saldo, z urlopami jest zatem nie tylko ciekawiej i radośniej, ale także pomyślniej w rozumieniu makrogospodarczym.

Kierownicy to szkodnicy

Jeśli wniosek ten jest prawidłowy, albo bliski prawdy, to ludziom i gospodarce bardzo szkodzą kierownicy. Aż 80 proc. przepytanych Amerykanów na posadzie stwierdziło, że wzięliby zapewne więcej urlopu, gdyby czuli w tym względzie pełne poparcie i zachętę ze strony bezpośrednich przełożonych. Ponad połowa uznała, że nie doświadcza takich postaw tak ze strony szefów, jak i kolegów z pracy

Finansowy wymiar niewykorzystywanych w Ameryce urlopów oceniony został z perspektywy dochodów utraconych przez tamtejszy biznes turystyczny i rozrywkowy, ale także np. ogrodniczy (narzędzia, nasiona, sadzonki), czy budowlano-remontowy (remonty i malowania domów). Wyszacowana kwota to 223 mld dolarów straty w 2015 r. Tyle zyskałaby gospodarka gdyby Amerykanie wykorzystali cały urlop przysługujący im za ubiegły rok.

W innym ujęciu: jeśli tamtejsze „pracusie” wzięłyby cały przysługujący im urlop to w gospodarce amerykańskiej powstałoby 1,6 mln nowych miejsc pracy, które zostałyby powołane w celu zaspokojenia zwiększonych potrzeb wypoczynkowych oraz innych form wykorzystania czasu wolnego od pracy zarobkowej. W miejscach tych powstałby w USA dodatkowy dochód w wysokości 65 mld dolarów.

Tu zaczynać się miały dwa-trzy akapity porównujące amerykańskie realia urlopowe z polskimi. Nie ma ich, bo zabrakło danych. Poszukiwania w GUS nie dały rezultatów, ponieważ nikt nie wpadł na to, żeby zbierać takie informacje albo uznano, że są niepotrzebne lub ingerują w prawo Polaków do prywatności.

Zauważyć zatem trzeba na koniec z rozbawieniem, że amerykańska jaskinia neoliberalizmu, od którego podobno kroczek już tylko do nazizmu lub czegoś straszniejszego jeszcze bardziej, dorobiła się statystyki państwowej (i prywatnej) na poziomie, którego etatystyczna Europa szukać będzie jeszcze długie lata. Śmieszniej będzie jeszcze bardziej gdy przypomnieć złośliwie, że słowo „statystyka” bierze się od angielskiego „state”, czyli w tłumaczeniu – od państwa.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test