Prowincja pozostanie motorem rozwoju Chin

13.06.2011
W Polsce panuje przekonanie, że Chiny to wielki kraj, jednak o dość jednolitym charakterze i strukturze. Wprawdzie istnieje świadomość różnic w poziomie życia na wsi i w miastach, ale co innego o tym słyszeć, a co innego zobaczyć na własne oczy. Chiny to państwo wielu prędkości.

Gospodarka Chin rośnie dzięki zapleczu regionów wiejskich. (CC BY travelmeasia)


Na chińskiej wsi żyje ponad połowa mieszkańców kraju, czyli ok. 750 mln osób. Dochodzą do tego różnice gospodarcze między poszczególnymi regionami. Widać je wyraźnie zwłaszcza na linii wschód-zachód. W przypadku Chin, to regiony wschodnie dominują ekonomicznie nad zachodnimi. Zachód to 12 prowincji, regionów autonomicznych i powiatów liczących ok. 370 milionów ludzi. Przypada jednak nań ponad 70 proc. powierzchni kraju.

Różnice w poziomie rozwoju mają przyczyny geograficzne: zachód to pustynie, pasma górskie, suchy klimat. Chińscy eksperci ekonomiczni twierdzą jednak, że kontrast bierze się także z błędnej polityki, według której większość inwestycji finansowanych centralnie kierowano do rejonów wschodnich, pogłębiając istniejące już dysproporcje. Z wyliczeń wynika, że proporcjonalnie różnica ta wyniosła jak jeden do trzech, na korzyść wschodu kraju.

Skutkuje to m.in. tym, iż per capita PKB w regionach zachodnich jest o 45 proc. mniejszy aniżeli we wschodnich. Przekłada się to co oczywiste na zarobki, poziom życia i rozwój. Na zachodzie brakuje także znaczących inwestycji prywatnych. Kapitał płynie tam gdzie jest lepsza infrastruktura i warunki inwestowania. Wschód uważany jest za lepiej administrowany i dotknięty mniejszą korupcją. Ponadto ograniczone środki inwestycyjne na zachodzie, doprowadziły do niezdrowej konkurencji między większymi miastami o to, które ma się stać wiodącym centrum przemysłowym, finansowym czy technologicznym.

Lekiem na rozwojowe dysproporcje ma się stać wprowadzana stopniowo liberalna polityka fiskalna i podatkowa w zachodnich regionach i znoszenie ograniczeń w inwestycjach prywatnego kapitału. Nowa strategia ma sprawić aby zachodnie prowincje „dobiły” do czołówki. Na razie nic nie jest jednak w stanie powstrzymać migracji ludności za pracą ze wsi i biedniejszych regionów, do miast. Ludzi tych widać w chińskich metropoliach na każdym dosłownie kroku. Łatwo ich rozpoznać po wyglądzie i ogorzałych twarzach. W środkach komunikacji miejskiej budzą często irytację pasażerów, kiedy z całym swoim dobytkiem zapakowanym w wielkie worki, grupkami przemieszczają się w poszukiwaniu pracy lub przenoszą z jednej wielkiej budowy na drugą.

Liczbę ludzi migrujących w Chinach za pracą szacuje się na około 150 mln. Życie w mieście to pragnienie tak wszechobecne, iż wielu godzi się na egzystencję w biedzie i wykorzystywanie przez pracodawców. Średni ich miesięczny zarobek, o ile znajdą zajęcie, którym z racji braku kwalifikacji i wykształcenia są proste prace fizyczne, to około 200-300 dolarów, co nawet jak na chińskie warunki i koszty utrzymania nie jest dużo.

To i tak o wiele więcej aniżeli mogliby zarobić pozostając na wsi. Dodać trzeba, że ludzie ci nie mają żadnych socjalnych, czy zdrowotnych zabezpieczeń i najczęściej zatrudniani są na czarno. Choroba czy wypadek są jednoznaczne z utratą zajęcia i środków do życia. Ostatnio próbuje się problem jakoś opanować poprzez różne czasowe formy zalegalizowania ich pobytu i pracy lub zatrzymanie tych ludzi na wsi. Na przykład chiński Agricultural Development Bank opracował na wniosek władz, średnio i długoterminową politykę tanich kredytów i pożyczek kierowanych na chińską wieś, pozwalających zakup maszyn rolniczych i środków produkcji rolnej. Pomimo państwowego i bankowego wsparcia dla terenów wiejskich, jak na razie jest to kroplą w morzu potrzeb. Ponadto wszyscy zapatrzeni są w gospodarczy boom, który w miastach widać gołym okiem, a na prowincji nie.

Zachodni ekonomiści często pytają: jak długo jeszcze tania siła robocza, której setkami milionów dysponują Chiny, będzie nadal jednym z motorów wzrostu gospodarczego? Przypuszczalnie będzie jeszcze długo, dopóki gospodarcze różnice oraz różnice w dochodach między wsią a miastem nie zostaną złagodzone. Polska miara tych problemów z którymi też się borykamy, zupełnie nie przystaje do tutejszych realiów.

Trzeba zauważyć, że wraz z szybkim wzrostem zamożności mieszkańców miast, rośnie popyt na tanią siłę roboczą z interioru. Boom przeżywa chińska gastronomia, branża ochraniarska, proste usługi i inne. Ludzie tworzącej się tu klasy średniej w takich metropoliach jak Pekin, Szanghaj czy Chongqing (najludniejsze już miasto świata, liczące ok. 35 mln mieszkańców) gonią za pieniędzmi. Licząc z dojazdami, spędzają większość dnia w pracy. I dlatego tania siła robocza ze wsi będzie w miastach bardzo potrzebna. Ktoś musi sprzątać, zająć się domem, starszymi rodzicami, dziećmi itd.

Dlatego popyt na tanią siłę roboczą w Państwie Środka wydaje się mieć tendencję wzrostową. Ci, którym udało się znaleźć jakieś zajęcie w mieście, stają się także konsumentami, na których tak liczy tutejsza gospodarka. Jej włodarze mają świadomość, że opieranie wzrostu tylko i wyłącznie na eksporcie, kiedyś może się skończyć. Dlatego liczą, że przybysze z biedniejszych regionów Chin zasilą szeregi krajowych konsumentów.

O tym, że już tak się dzieje świadczy w ostatnich latach wzrost praktycznie wszystkich wskaźników konsumpcyjnych, od bijącej światowe rekordy liczby sprzedawanych nowych samochodów, poprzez sprzęt AGD, elektronikę a na odzieży i żywności kończąc. Tu jednak pojawiła się na horyzoncie inflacja, która liczona rok do roku wynosi średnio około 5 proc. Żywność zdrożała jeszcze bardziej. Wywołało to w Chinach poruszenie, bowiem w poprzednich 10 latach inflacja oscylowała w granicach 1 proc.

Autor jest dziennikarzem radiowym, mieszka w Chinach.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły