• Prof. Stanisława Golinowska, UJ

Recepta na rozwój: ustawiczne kształcenie

03.12.2009
W 2009 r. mieliśmy wiele szczęścia; kryzys potraktował nas łagodnie. Jednak wyzwania, przed jakimi stoimy, są niezwykle poważne. Rynek pracy zmienia się, wymuszając także bardziej efektywną politykę edukacyjną. Starzenie się populacji z kolei wymusi więcej solidaryzmu.

Na koniec roku, ale także przy okazji wyciągania wniosków pro domo sua z mijającego globalnego kryzysu finansowego warto z pewnością mówić o tym, co nas boli najbardziej, czyli o rynku pracy.

A boli nas najbardziej dlatego, że wskaźnik pracujących, czyli stosunek zatrudnionych do ludności w wieku aktywności zawodowej, 15-64 lata, jak to się przyjmuje w statystyce, jest u nas bardzo niski. Przez lata był najgorszy w Europie. Na przełomie dekad mieliśmy niewiele ponad 50 proc. pracujących wśród ludności w wieku aktywności zawodowej, ale od kilku lat wskaźnik się poprawia, dochodząc powoli do 60 proc. Niemniej wciąż wiele nam brakuje do postulowanych przez Strategię Lizbońską 70 proc.

Nasz wzrost gospodarczy był dotąd dynamiczny. Rozwijaliśmy się stosunkowo szybko, ale trochę na zasadzie jobless growth, czyli bez znaczącego wzrostu zatrudnienia, co dla kraju bogatego dotychczas w zasoby pracy było wielkim problemem, szczególnie w poprzedniej dekadzie. Efektem braku pracy w kraju był exodus wielkiej fali młodych ludzi za granicę. Teraz pod względem demograficznym sytuacja się zmienia, bo weszliśmy w fazę niżu demograficznego młodzieży. Od 2010 r. na rynek pracy będzie trafiało coraz mniej młodych osób. To już widać na studiach, gdzie kandydatów jest mniej i będzie coraz mniej aż do 2024 r. Jednocześnie z rynku pracy zaczęli wychodzić ci, którzy urodzili się w latach 1947-1956, w okresie powojennego baby boomu. Będziemy więc mieli jednocześnie wyż emerytów.

Można by powiedzieć, że w momencie kryzysu sytuacja ze spadającą podażą pracy jest nam nawet na rękę, bo malejący dopływ na rynek i duży wypływ z niego zmniejsza zagrożenie bezrobociem. Jednak jest to niedobre z punktu widzenia rozwoju gospodarki oraz finansów publicznych, ponieważ kurczy się zasób ludności płacącej podatki i składki – a potrzeby osób przechodzących w znacznie większej liczbie na emeryturę trzeba przecież sfinansować.

Uczeń  i student na wagę złota

Nowa sytuacja demograficzna zmusza nas do radykalnej zmiany polityki edukacyjnej. Musimy nauczyć się szanować młode zasoby ludzkie, a dotychczas tego nie robiliśmy. Każdy uczeń czy student jest teraz na wagę złota. Uczeń – to znaczy ktoś, kto już wpływa na przyszły rynek pracy, bo albo zdobywa, albo nie zdobywa kwalifikacji na nim potrzebnych.

W polityce edukacyjnej przez ostatnich kilkanaście lat lekceważyliśmy potrzeby rynku pracy – masowe ogólne wykształcenie i ewentualnie jakieś studia, a potem młodzi ludzie mieli radzić sobie sami. Zakładano, że pracodawcy ich doszkolą. To się nie sprawdziło. Polityki świadomego nieukierunkowywania edukacji na potrzeby rynku pracy nie powinniśmy dalej uprawiać. W warunkach zmniejszającego się dopływu młodzieży polityka edukacyjna wymaga wyższej efektywności. Nie stać nas na marnotrawienie potencjału demograficznego. Trzeba skończyć z masowym kształceniem młodzieży na kierunkach, po których w Polsce (i w Europie) brakuje zatrudnienia, i w sposób nie dający realnych umiejętności i kwalifikacji.

Posiadanie dyplomu wielu polskich uczelni nie gwarantuje sprawdzonych kwalifikacji. Absolwenci takich szkół i uczelni wyjeżdżali dotychczas za granicę do pracy poniżej swoich nie tylko formalnych, ale i rzeczywistych kwalifikacji, często do pracy nadmiernej i bardzo ciężkiej. Chcieli jakiegokolwiek zatrudnienia i zaspokojenia rozbudzonych aspiracji dochodowych.

W ostatnim roku było mniej tych wyjazdów, bo mniej było wchodzących na rynek pracy, a kryzys w Europie Zachodniej spowodował, że mniejsze było ssanie ze strony tamtejszych rynków pracy. Wciąż jednak jest tak, że choć dla osób o niższych kwalifikacjach mamy już w kraju zatrudnienie, to dla kształconych na wyższych uczelniach nadal występuje niedostosowanie popytu na pracę do kierunków kształcenia. Konieczna jest więc bardzo poważna reforma studiów, oferująca młodym ludziom kształcenie w kierunkach związanych z obecnymi i przyszłymi potrzebami gospodarki. Nie można dalej prowadzić tej uprawianej przez lata polityki, obliczanej na przetrzymanie populacji na studiach „tego i owego”, jak to określa się w debacie prowadzonej przez „Gazetę Wyborczą” .

Zatrzymać  młodych w kraju

Z oceny naszej sytuacji demograficznej obecnie i w nadchodzącej przyszłości należy wyciągnąć także wnioski dotyczące polityki zatrzymywania młodych Polaków w kraju. To bowiem nie tylko kwestia miejsc pracy, ale w ogóle warunków do życia.

Młodzi ludzie potrzebują odpowiedniej infrastruktury, żeby dotrzeć do pracy, zakładać rodziny, mieć dzieci. Ważne są dla nich szybkie i bezpieczne dojazdy, przedszkola, sieć szkół, dostęp do dobrej opieki medycznej i tak dalej. W badaniach na temat powodów decyzji o wyjeździe zagranicę, część młodych respondentów mówi na przykład, że warunki życia w Polsce są nie do zniesienia w porównaniu choćby z nieodległym Berlinem. Więc jadą do Berlina.

Jeśli chcemy ich w kraju zatrzymać, to musimy nastawić się na poważne rozwiązywanie problemów infrastrukturalnych, które dotąd są zaniedbywane.

Ratunek w imigracji?

Niektórzy lekceważą nasze trudności demograficzne, mówiąc „a co tam, sprowadzimy ludzi z zagranicy”. Istotnie, wchodzimy w taką fazę rozwoju, w której występuje potrzeba sprowadzenia zagranicznej siły roboczej. Inne kraje zachodnie przez to już przeszły lub przechodzą. Jednak koszty imigracji są bardzo wysokie.

Nie zdajemy sobie sprawy z tego, ile kosztuje integracja cudzoziemców w warunkach pełnego respektowania praw ludzkich i pracowniczych oraz obowiązywania europejskiej strategii inkluzji. Nawet bogate i bardziej socjalne kraje, jak Francja czy Holandia, mają z tym duże kłopoty. Zupełnie nie jesteśmy przygotowani do przyjmowania imigrantów na większą skalę: ani infrastrukturalnie, ani regulacyjnie, ani mentalnie. Niektóre nasze doświadczenia już teraz pokazują problem w sposób drastyczny – weźmy przykład azylantów (ostatnio relatywnie często udzielamy uchodźcom azylu), którzy niedawno chcieli pociągiem opuścić Polskę, aby oprotestować warunki, jakie im oferujemy.

A jakie warunki oferują nasi pracodawcy, zatrudniający cudzoziemską siłę roboczą? Ktoś może powiedzieć, że także polscy emigranci w wysoce cywilizowanych krajach Europy Zachodniej trafiali do obozów pracy. Tylko że jest to droga przestępcza, na powielaniu której niewiele się zyska, a straci wiele na wizerunku i realnym efekcie migracyjnym.

Trzeba ponadto zauważyć, że imigracja jest rozwiązaniem krótkookresowym. Zasoby pracy na świecie są ograniczone; coraz więcej regionów świata i krajów wchodzi w proces starzenia się. Także najludniejszy kraj globu – Chiny – prowadząc od lat politykę jednego dziecka w rodzinie, wchodzi w poważne trudności natury demograficznej.

Różne doświadczenia z kryzysem

Jako kraj o względnie dużym rynku wewnętrznym i skromnym udziale eksportu w gospodarce nie straciliśmy na kryzysie tak wiele jak inne kraje, bardziej otwarte na wymianę międzynarodową. Nasze względne zapóźnienie okazało się korzystne w sytuacji globalnego kryzysu. Znacznie bardziej ucierpiał w tym czasie czołowy europejski eksporter, czyli Niemcy, podobnie jak nastawione na eksport Węgry czy mniejsze kraje – Łotwa i Estonia.

Gdy oceniamy, że w naszym kraju relatywnie dobrze radzimy sobie ze skutkami globalnego kryzysu finansowego, nie powinniśmy zapomnieć, że zagrożenie kryzysem i bezrobociem byłoby znacznie większe, gdyby nie kapitały, jakie uzyskujemy w ramach funduszy strukturalnych UE. Najbardziej widać to na przykładzie boomu inwestycyjnego w budownictwie. Wskaźniki wzrostu produkcji budowlanej sięgają nawet 10 proc., co jest prawdziwym ewenementem w latach kryzysu! I dokonało się to właściwie bez wzrostu kredytów – bo kredyty dla firm wzrosły zaledwie o 1 proc., czyli prawie nic. Musieliśmy oczywiście zainwestować pewną część środków publicznych w ramach tzw. wkładu własnego. To dodatkowo zwiększa napięcia w sektorze publicznym, ale efekt mnożnikowy jest znaczny. Dla dalszego wzrostu produkcji w sektorze budowlanym potrzebny jest wzrost zatrudnienia, a już brakuje pracowników i sprowadzenie ich z zagranicy staje się coraz bardziej realne. Ale tak jest przede wszystkim w budownictwie, bo jeśli chodzi o przemysł przetwórczy, to raczej nie mamy w nim sukcesów.

Warto także dostrzec, że w sektorze małych i średnich przedsiębiorstw, który stanowi o ponad 80 proc. miejsc pracy, kryzys sprzyja ich zdrowej selekcji, zmuszając wiele mniejszych firm do bardziej efektywnego działania, większej mobilizacji, intensywnej pracy, dostosowania produkcji do faktycznie istniejącego na rynku popytu. Były też jednak takie firmy, które padły i oczywiście szkoda ich, bo to były miejsca pracy dla wielu osób bardzo ich potrzebujących.

W czasie kryzysu nie sprawdził się natomiast sektor koncernów zagranicznych, który zmniejszając koszty pracy, zmniejszał produkcję, i to niejednokrotnie niezależnie od warunków w Polsce. Nawet jeśli w polskiej filii wszystko szło dobrze, to musiała ona uczestniczyć w ratowaniu części koncernu czy nawet centrali w innych krajach. Z tego nasi pracownicy nie są zadowoleni, bo mają poczucie zawodu.

Te spostrzeżenia pochodzą z branży informatycznej, gdzie jest zwykle duża przestrzeń do dobrze wynagradzanej inicjatywności. Jej ograniczenie frustruje. Podobne zjawiska obserwuje się w innych sektorach. Następuje centralizacja decyzji, ograniczana jest autonomia polskich oddziałów wielkich korporacji.

Europa zmienia podejście do polityki podaży pracy

W sumie – w 2009 r. mieliśmy wiele szczęścia. Kryzys potraktował nas łagodnie. To nie powinno jednak uśpić naszej czujności. Wyzwania, przed jakimi stoimy, są niezwykle poważne. Starzenie się populacji wymusi więcej solidaryzmu, którego ciągle jeszcze nie lubimy. Rozwijamy się przy dużych nierównościach i nie chcemy słyszeć, że nierówności z szerzej widzianymi skutkami i w dłuższej perspektywie są nieefektywne.

W starych krajach Unii Europejskiej, proporcjonalnie bardziej dotkniętych przez kryzys, większym problemem stało się bezrobocie, ale zachód kontynentu wypracował sobie bardzo rozwinięte narzędzia aktywnej polityki rynku pracy. Pieniądze na ten cel często pochodzą z ubezpieczenia na wypadek bezrobocia, jak np. w Niemczech. Utrata zatrudnienia nie jest dla pracownika wielkim dramatem. Ma zasiłek oraz warunki do tego, aby czas bezrobocia wykorzystać na przygotowanie się do kolejnego zatrudnienia, niekoniecznie w tej samej firmie czy zawodzie. Popieranie czy przyzwalanie na zwolnienia, bankructwa i restrukturyzacje idzie w parze z zapewnieniem bezpieczeństwa socjalnego pracownikowi tracącemu pracę.

To jest polityka, którą w Europie nazywa się flexicurity. Z jednej strony pracownicy mają pewien parasol bezpieczeństwa, ale z drugiej – rynek pracy jest elastyczny. Rządy i pracodawcy nieraz bardzo ostro negocjują w tej sprawie ze związkami zawodowymi, żeby nie przeszkadzały w zwalnianiu pracowników, a w zamian państwo bierze na siebie troskę o tych ludzi, ułatwiając dostosowanie się do zmian na rynku pracy.

W ramach aktywnej polityki rynku pracy zapewnia się głównie szkolenia, ale prowadzi się także inne działania, które pozwalają – jak to się mówi w Europie – przywrócić employability, czyli „zatrudnialność”. Gdy na przykład okazuje się, że ze zdrowiem zwolnionego pracownika jest nie najlepiej, wykorzystuje się ten czas na jego podleczenie czy rehabilitację. To służy temu, aby ludzi zagrożonych bezrobociem nie „wypychać” z rynku pracy. Przeciwnie. Chodzi o przetrzymanie pracownika zagrożonego dłuższym bezrobociem na rynku pracy, szkoląc go, rehabilitując czy pomagając w przeprowadzce, aby nie przeszedł wcześniej na emeryturę, zwiększając liczbę ludności biernej zawodowo. Dąży się do tego, aby był gotów wrócić na rynek pracy, gdy tylko sytuacja się zmieni i popyt na pracę będzie większy, a bezrobotny lepiej doń przygotowany. Taka polityka wymaga zindywidualizowanego podejścia i jest kosztowna. Czyż jednak wcześniejsze emerytury i renty nie kosztują więcej i to w znacznie dłuższym okresie?

Okres kryzysu powinien pozwolić starej Europie na takie zrestrukturyzowanie zatrudnienia, żeby dostosować się do nowego popytu na pracę, a także rozwinąć instytucje, które będą stale pomagać w dostosowywaniu i podnoszeniu kwalifikacji pracowników. Od pewnego czasu zwraca się szczególną uwagę na rozwój systemu kształcenia przez całe życie (lifelong learning). Europejski program w tej dziedzinie zakłada, że w 2020 r. co najmniej 15 proc. dorosłych osób (w wieku 25 – 64 lata) będzie uczestniczyć w takiej edukacji.

W Polsce uczestnictwo w kształceniu ustawicznym stanowi zaledwie 4 proc. Trzeba jednak zauważyć pewien ruch w tej dziedzinie. Rynek szkoleń – i to nie tylko dla firm, ale jako instrument prowadzenia aktywnej polityki rynku pracy przez samorządy terytorialne – jest bardzo dynamiczny. Jednak jego zakres i jakość są ciągle niedostateczne, a dostępność dla wielu grup pracowniczych – ograniczona. Brakuje szkoleń bardziej nowoczesnych, atrakcyjnie prowadzonych i dobrze dostosowanych do potrzeb konkretnego rynku pracy. Dzięki rozwojowi kształcenia ustawicznego koncepcję flexicurity i u nas można by systematycznie wprowadzać. Przestałaby być tylko egzotyczną nowinką, lecz stawała się realnym sposobem na długotrwałe i wysokiej jakości zatrudnienie.

Nowe rodzaje pracy i nowe zawody

W związku z ogromnymi przekształceniami struktury demograficznej rodzi się znaczny popyt na rozmaite usługi: z jednej strony – w obsłudze starzejącej się populacji, a z drugiej – w usługach dla pracujących, pozwalając im efektywniej godzić życie rodzinne z zawodowym oraz inwestować w zdrowe starzenie się. W Komisji Europejskiej ten rodzaj usług nazwano usługami społecznymi interesu ogólnego (social services for general interest), akcentując rozwój kształcenia przygotowującego do ich wykonywania: medycznego, fizjoterapeutycznego, psychologicznego, pedagogicznego czy socjalnego. Popytu na takie usługi nie będzie już można zaspokoić dzięki głównie imigranckiej sile roboczej. Polskie pielęgniarki na przykład nie będą już w takiej skali wyjeżdżać do Niemiec czy do Wielkiej Brytanii, gdy w starzejącej się Polsce będzie utrzymywało się wysokie zapotrzebowanie na ich lepiej opłacane usługi.

Zresztą w związku z podobnymi trendami demograficznymi także w innych krajach Europy Środkowej i Wschodniej trudno będzie o pielęgniarki i opiekunki z Ukrainy czy z innych krajów regionu.

Rozwijać się będą  także szkoły średnie czy pomaturalne do kształcenia w tych usługowych zawodach, bo do ich wykonywania nie są niezbędne studia wyższe. Na przykład popularny w wielu krajach staje się zawód  zwany health worker – pracownik zdrowia i opieki, będący czymś pośrednim między zawodem pielęgniarki a pracownika socjalnego – do opieki nad osobami starszymi czy niedołężnymi. Nota bene szkoda, że nie zrestrukturyzowano dla kształcenia tego typu pracownika naszych liceów pielęgniarskich, zamiast je likwidować.

Profesor Stanisława Golinowska – ekonomistka, pracownik Instytutu Zdrowia Publicznego Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego, wiceprzewodnicząca Fundacji CASE, autorka wielu publikacji naukowych dotyczących podziału dochodu, efektywności polityki socjalnej i rynku pracy.

Artykuły powiązane


Tagi

Popularne artykuły

test