Regulacje hamują rozwój

12.05.2016
Gdyby nie regulacje, amerykańska gospodarka byłaby dziś większa o 25 proc., czyli o około 4,5 bln dol. Sektor finansowy byłby efektywniejszy, a cały system bardziej konkurencyjny - uważają ekonomiści.

(Fot. shutterstock)


Dla zwolenników leseferyzmu twierdzenie, że regulacje hamują wzrost gospodarczy, to oczywista prawda. Czasem jest jednak trudna do wykazania, bowiem badanie dotyczy tego, do czego nie doszło. Niemniej jest możliwe i dwa opublikowane w ostatnim czasie przez amerykańskie think-tanki raporty pokazują wymierne i przeliczone na dolary straty, jakie gospodarce amerykańskiej przynoszą regulacje.

Pierwszy raport – wyliczający koszty regulacji dla całej gospodarki w perspektywie 35 lat – przygotowali dla Mercatus Center przy George Mason University ekonomiści, Bentley Coffey i Pietro Peretto z Duke University oraz Patrick McLaughlin z Mercatus Center.

Drugą pracę, sumującą wpływ ostatniej fali regulacji w sektorze finansowym, przedstawili ekonomiści David R.Burton i Norbert J. Michel na portalu fundacji Heritage.

Historycznie Stany Zjednoczone mają pośród rozwiniętych gospodarek najbardziej niestabilny system finansowy. Każdy kryzys kończył się wprowadzenie nowych regulacji, ale nie uchroniło to ani USA, ani świata przed kolejnymi tąpnięciami. Uczyniło natomiast system mniej konkurencyjnym.

Wzrost zależy od inwestycji

Wpływ regulacji na wzrost ekonomiczny jest szeroko badany. Najczęściej jednak są to badania wybranych sektorowo regulacji albo konkretnych przemysłów. Badanie Mercatus Center autorzy oparli na ekonomicznym modelu, który sprawdza, jaki wpływ mają regulacje na wybory inwestycyjne firm.Wzięli też wyniki finansowe 22 amerykańskich przemysłów z 35 lat (1977–2012) i odkryli, że zniekształcając wybory inwestycji wiodących do innowacji, regulacje zasadniczo spowolniły wzrost gospodarczy. Jak wyliczyli, średnio o 0,8 proc. rocznie.

Kiedy ustawodawcy wprowadzają regulacje, ekonomiści dokonują analizy prawdopodobnych kosztów i zysków. Jest to jednak analiza ograniczona do doraźnego efektu statystycznego. Coffey, Peretto i McLaughlin pokazują, że regulacje mają o wiele większy wpływ na gospodarkę, niż wskazują takie analizy, bowiem wzrost gospodarczy jest wielo- i różnokierunkowy.

Zachodzi także efekt prawa kumulacji – nagromadzenie regulacji prowadzi często do ich dublowania, niezgodności, a nawet sprzeczności, wiele się z czasem przestaje przystawać do rzeczywistości, a ich suma komplikuje process podejmowania decyzji w przedsiębiorstwie. Autorzy wzięli za podstawę endomoniczny model wzrostu gospodarczego, który zakłada, że wzrost zależy przede wszystkim od decyzji podejmowanych przez przedsiębiorstwa (osoby kierujące nimi), a w znacznie mniejszym stopniu od czynników zewnętrznych.

Według tego modelu po pierwsze wzrost gospodarczy zależy od inwestycji. Wzrost konkretnego sektora jest zdeterminowany inwestycjami w budowanie wiedzy na temat tego sektora czyli badania i rozwój (R&D) oraz w jaki sposób inwestycje prowadzą do innowacji i wzrostu produkcyjności. To oznacza, że interwencje regulacyjne mają znacznie większy wpływ na gospodarkę niż ten szacowany na podstawie sumy statystycznych kosztów przestrzegania regulacji.

Po drugie zaś kumulacyjny efekt regulacji polega na tym, że zgodnie z pkt. 1 konsekwencje te nie są linearne jak koszt przestrzegania regulacji, lecz dynamiczne. Fakt, że regulacje ograniczają wybór inwestycji, skutkuje utratą (niewytworzeniem) określonego kwantum wiedzy, a więc utratą możliwych innowacji i wzrostu produkcyjności. Nagromadzone regulacje z czasem zwielokrotniają negatywny efekt.

Analizując na bazie tego modelu dane z 22 gałęzi przemysłu, autorzy oszacowali, że gdyby regulacje zostały utrzymane na poziomie z roku 1980 roku, amerykańska gospodarka byłaby w 2012 roku o 25 proc. większa niż faktycznie była. PKB wynosił w 2012 roku 16,163 bln dol., a na głowę mieszkańca 51,5 tys. dol. Gdyby nie regulacje, liczby te sięgnęłyby odpowiednio około 20 bln dol. i 64 tys. dol. (w 2015 roku PKB wyniósł dopiero 17,4 bln, a per capita 54,6 tys. dol.).

Patrick McLaughlin dodał także niezależne porównanie ciężaru regulacji w USA do listy PKB krajów świata. 4 bln dol. to łączna suma PKB Włoch i Rosji. To o 0,5 bln więcej niż PKB Niemiec. Na liście McLauglina ciężar 4 bln dol. daje 4. miejsce (po PKB USA, Chinach i Japonii).

Destabilizacja sektora finansowego

Z kolei analiza opublikowana przez Heritage pokazuje, jak obecne regulacje destabilizują system finansowy w USA. Wpływ tych przyjętych po kryzysie w ramach ustawy Dodda–Franka – na nowo regulującej rynki finansowe – był analizowany wielokrotnie. Fundacja Heritage ocenia go jednak z szerszej perspektywy czasu i zakresu oddziaływania.

David R.Burton i Norbert J.Michel zaczynają od przypomnienia, że dla gospodarki USA instytucje finansowego pośrednictwa są kluczowe – podnoszą wzrost gospodarczy i dobrobyt poprzez zmniejszenie kosztów transakcji, wspomaganie tworzenia kapitału i jego efektywną alokację. „Jest zasadniczy powód, dla którego amerykańska gospodarka jest tak produktywna, jak jest” – piszą.

Finansowe pośrednictwo, czyli instytucje depozytów finansowych (banki i kasy oszczędnościowe, firmy ubezpieczeniowe, banki inwestycyjne) i firmy inwestycyjne takie jak fundusze wzajemne, ETF (exchange-traded funds) oraz fundusze venture capital świadczą usługi efektywnej alokacji kapitału dla inwestorów i kredytowania tych przedsiębiorstw, które potrzebują inwestycji. Bez ich pośrednictwa znalezienie kapitału potrzebnego dla uruchomienia albo prowadzenia przedsiębiorstw (lub kupna mieszkania itp.) byłoby o wiele trudniejsze i droższe. W 2014 roku sektor finansów i ubezpieczeń w USA wypracował wartość 1,3 bln dol., czyli 7,2 proc. PKB, zatrudniając 7 mln osób.

Z innego punktu widzenia – źle funkcjonujące instytucje pośrednictwa finansowego skutkują tym, że społeczeństwo ma mniejszy dostęp do dóbr i usług, mniej możliwości zatrudnienia i niższe dochody.

Bankructwa są konieczne

Burton i Michel nie krytykują jedynie regulacji wprowadzanych na mocy ustawy Dodda–Franka. Ich zdaniem utrudnianie funkcjonowania instytucji finansowych trwa postępująco od ponad 100 lat.

„Każdy przypadek paniki, kryzysu czy spadku koniunktury powodował wprowadzenie dodatkowych regulacji w imię zapobieżenia następnej katastrofie, a więc w celu, którego nigdy nie można osiągnąć” – piszą. Obecne regulacje są w punkcie kulminacyjnym, bowiem obliczone są na mikrozarządzanie ryzykiem indywidualnych osób, zabierając prawo do oceny tego ryzyka (czy warto inwestować?) z rąk inwestorów i oddając je regulatorom.

Zamiast tego regulacje powinny być skoncentrowane na karaniu i powstrzymywaniu oszustw. Powinny zatem ułatwiać jawność.

Autorzy raportu postulują system stworzony z uwzględnieniem następujących zasad:

– prywatne rynki lepiej alokują kapitał niż robi to rząd;

– rząd istnieje, aby chronić własność obywateli, zapobiegać oszustwom i pilnować egzekucji kontraktów; nie jest rolą rządu ochrona obywateli (i przedsiębiorstw) przed podejmowaniem złych decyzji w biznesie i inwestycjach czy przed pechem;

– wprowadzający regulacje rząd nie ma lepszej oceny inwestycji niż prywatna osoba inwestująca swoje pieniądze;

– amortyzowanie strat pochodzących z podjęcia ryzyka przez rząd zwiększa tendencję do podejmowania nieuzasadnionego ryzyka, destabilizuje system i zwiększa koncentrację sektora; faworyzuje także aktorów z politycznymi koneksjami i narzuca niesprawiedliwe obciążenie na podatników (którzy musza fundować przyrzeczoną przez rząd amortyzację strat).

W konkluzji autorzy piszą, że pozwolenie uczestnikom rynku, aby samodzielnie określali odpowiedni poziom zabezpieczenia kapitałowego, jest w utrzymaniu stabilności systemu finansowego równie zawodne jak pozwolenie regulatorom na wprowadzenie obowiązkowych ustawowo wymagań wysokości kapitału, na co mają dowody. Natomiast pozwolenie bankom, aby upadały tak jak inne przedsiębiorstwa, jest integralnie konieczne, aby utrzymać dyscyplinę w sektorze finansowym.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test