Rewolucja przemysłowa 4.0 po niemiecku

22.07.2016
Polskie władze przedstawiły niedawno program czwartej rewolucji przemysłowej, która ma umożliwić skokowy rozwój Polski. Najwyższy czas, bo podobne plany realizowane są już w Niemczech i innych krajach. Na rewolucyjnych zmianach nie wszyscy jednak zyskają.

Branża chemiczna jest jedną z sześciu, od których rozwoju zależy sukces gospodarki Niemiec (CC0 pixabay)


„Pracownik umieszcza zderzak w odpowiednim miejscu montowanego samochodu i dotykając robota, daje mu impuls do działania. Ten cofa nieco ramię i sprawdza za pomocą wmontowanej kamery, czy pozycja zderzaka jest prawidłowa. Jeśli tak, podjeżdża bliżej karoserii. Pracownik jeszcze raz sprawdza pozycję i daje robotowi znak, by przykręcać śruby” – tak koncern Forda opisuje swoją najnowszą technologię montażu modelu Fiesta wykorzystywaną w zakładach w Kolonii.

To pierwsza fabryka firmy, gdzie stosowana jest taka formuła współpracy człowieka i maszyny. Koncern podkreśla nie tylko wydajność pracy robotów (na razie czterech), ale również ich bezpieczeństwo: nie mają żadnych kantów, a najlżejsze dotknięcie robota sprawia, że się on wycofuje. Inaczej niż przy dotychczasowych systemach produkcji nie potrzeba już siatek zabezpieczających automaty ani dodatkowej odzieży ochronnej dla robotników. >>więcej: Automaty nie zastąpią wszystkich pracowników

Kiedy sto lat temu Henry Ford wprowadził do swoich zakładów produkcję taśmową, oznaczało to przełom w światowej gospodarce i drugą rewolucję przemysłową. Czyżby koncern Forda znów stał na czele rewolucji? Niekoniecznie.

Niemcy chcą być liderem zmian

Hasło Przemysł 4.0 (Industrie 4.0, w polskiej wersji też jako Gospodarka 4.0) pojawiło się w Niemczech kilka lat temu. Była to marketingowa odpowiedź na międzynarodowe pojęcie Internet of Things (IoT), względnie Industrial Internet of Things (IIoT) i odnosiło się do inicjatywy rządu w Berlinie, znanej jako tzw. Projekt Przyszłości.

W ten sposób władze chciały wyrazić, że po erze pary, taśmy produkcyjnej oraz elektroniki i IT nadeszła czwarta rewolucja przemysłowa. To czas inteligentnych fabryk (smart factories), gdzie produkty i procesy są ze sobą skomunikowane, dzięki czemu możliwe jest wytworzenie większej wartości dodanej. Świat fizyczny przenika się tu ze światem wirtualnym i powstają tzw. systemy cyfrowo-fizyczne (cyber-physical system, CPS).

Eksperci oceniają, że sukces Przemysłu 4.0 w Niemczech zależy od wprowadzenia najnowszych technologii w sześciu branżach gospodarki: w przemysłach maszynowym, elektrotechnicznym, motoryzacyjnym, chemicznych oraz rolnictwie i branży IT.

Niemcom zależy, by być liderem w tym nowym świecie. „Niemcy są silne pod względem klasycznych kompetencji przemysłowych. Dotyczy to zarówno dużych, jak i mniejszych firm. Teraz te kompetencje ostro walczą z umiejętnościami firm wywodzących się z internetu. Stawką tej bitwy jest to, kto przejmie kontrolę nad procesem tworzenia wartości. Kto będzie lepiej potrafił wykorzystać zarządzanie danymi, big data, by zaoferować klientom nowe produkty? Czy będą to klasyczne przedsiębiorstwa produkcyjne, czy raczej internetowe firmy, które będą wykorzystywać tradycyjne zakłady jako swoje zewnętrzne warsztaty? Niemcy mają szansę wygrać tę walkę i przewodzić konkurencji” – mówiła niedawno Angela Merkel na kongresie Centralnego Związku Przemysłu Elektrotechnicznego (ZVEI).

Mimo bojowej retoryki kanclerz przyznała równocześnie, że powodzenie niemieckich firm wcale nie jest pewne. I miała rację.

Eksperci oceniają, że sukces Przemysłu 4.0 w Niemczech zależy od wprowadzenia najnowszych technologii w sześciu branżach gospodarki: w przemysłach maszynowym, elektrotechnicznym, motoryzacyjnym, chemicznych oraz rolnictwie i branży IT. Według raportu przygotowanego w 2014 roku przez izbę telekomunikacyjną BITKOM i prestiżowy Instytut Frauenhofera dodatkowy potencjał wartości dodanej w tych dziedzinach wynosi łącznie 78 mld euro do roku 2025.

Dwa lata temu rząd w Berlinie opublikował nową wersję Strategii Hightech dla Niemiec (pierwsza powstała już w 2006 roku). Poza standardową identyfikacją priorytetów działań, planem wsparcia dla współpracy biznesu z nauką i pomocą dla startupów dokument zapowiadał dialog partnerów z gospodarki, polityki i organizacji społecznych. Ten punkt jest realizowany poprzez instytucję pod nazwą Platform Industrie 4.0.

Dzięki temu ministerstwa nauki oraz gospodarki otrzymują postulaty bezpośrednio od zainteresowanych środowisk; dotyczą one m.in. rozbudowy sieci internetu szerokopasmowego i telefonii LTE oraz korekt w przyznawaniu dotacji (obecnie dominuje finansowanie projektów związanych z produkcją i logistyką). Ten dialog dotyczy także spraw, które nie łączą się bezpośrednio z kosztami, tj. niemieckich i europejskich regulacji, edukacji publicznej oraz wprowadzenia elementów dotyczących gospodarki cyfrowej do szkolnego kształcenia dzieci i młodzieży.

Nie tylko szanse, ale też zagrożenia

W ostatnich latach nie było w Niemczech wiele innych tematów, o których dyskutowano by intensywniej niż o Przemyśle 4.0. Często nie w kontekście szans na zwiększenie przewag konkurencyjnych, lecz zagrożeń dla bezpieczeństwa danych, prywatności i szpiegostwa przemysłowego.

„Dziś niemieckie firmy inwestują 14 proc. swoich wydatków badawczych na kwestie związane z Przemysłem 4.0. To podwójnie za mało. Po pierwsze dlatego, że przedsiębiorstwa z USA przeznaczają na to dwa razy więcej. Po drugie zaś niemieccy menedżerowie spodziewają się, że nowe technologie przyniosą im wzrosty obrotów na poziomie 20 proc., co świadczy o niedoinwestowaniu w tej dziedzinie” – komentował Detlef Kayser z niemieckiego oddziału McKinsey przy okazji prezentacji raportu przygotowanego przez tę firmę konsultingową.

Relatywnie niskie wydatki w tej dziedzinie to w części wynik tradycyjnie bardzo ostrożnego podejścia niemieckich przedsiębiorców do inwestycji w nowe przedsięwzięcia. Z tego powodu technologiczne startupy w Niemczech mają znacznie trudniejszy niż w USA dostęp do kapitału, który raczej stara się unikać niesprawdzone projekty.

„Niemcy przewodzą w przemyśle i w dziedzinie rozwiązań dla przemysłu. Jednak nasze słabości w dziedzinie technologii informacyjno-komunikacyjnych (ICT) i gospodarki cyfrowej są zbyt duże byśmy mogli spać spokojnie. By utrzymać obecny poziom dobrobytu także dla następnych pokoleń, musimy przesunąć się na czoło światowej rewolucji cyfrowej” – mówił Ulrich Grillo, prezes Federalnego Związku Niemieckiego Przemysłu (BDI) w wywiadzie dla dziennika Handelsblatt.

W tej i wielu podobnych wypowiedziach da się usłyszeć obawy niemieckiego biznesu, że w nowej globalnej rzeczywistości gospodarczej może się on stać podwykonawcą dla przebojowych przedsiębiorców z USA i ich nowatorskich przedsięwzięć z dziedziny digital economy.

Tak naprawdę do tego również odnosiły się słowa Angeli Merkel, kiedy mówiła o bitwie, którą musi teraz toczyć niemiecka gospodarka.

Działania władz federalnych i regionalnych na rzecz firm z dziedziny nowych technologii są znacznie bardziej intensywne niż w USA.

Być może Niemcy zbyt krytycznie oceniają swoje miejsce w cyfrowej gospodarce. Znacznie wyprzedzają przecież inne kraje europejskie, a wobec Stanów Zjednoczonych również nie znajdują się na przegranej pozycji. „USA posiadają bardzo silny sektor ICT. Wątpliwe jest jednak, by branża przetwórcza była odpowiednio znacząca, by profitować z rozwoju” – piszą analitycy Handelsblatt Research Institut w opublikowanym w zeszłym miesiąc temu raporcie o Przemyśle 4.0.

Poza tym działania władz federalnych i regionalnych na rzecz firm z dziedziny nowych technologii są znacznie bardziej intensywne niż w USA. Ale może to wynik połączenia German Angst, jak Amerykanie lubią mówić o niemieckich lękach i ambicji Niemców, by być niekwestionowanych liderem w tej dziedzinie?

>>czytaj też: Niemcy krytykują wolny rynek, gdy ich firmy przegrywają z polskimi

Automaty podniosą opłacalność produkcji

Starania Niemców, by nadrabiać dystans wobec Amerykanów, Japończyków i Chińczyków widoczne były podczas czerwcowych targów Automatica. To największe spotkanie producentów robotów przemysłowych i systemów zautomatyzowanych, która co dwa lata odbywa się w Monachium. Wśród ponad 800 wystawców aż dwie trzecie stanowiły niemieckie firmy i instytucje (z Polski było ich osiem, a z Rosji sześć).

W 2015 roku producenci sprzedali na całym świecie prawie 240 tys. jednostek, co oznaczało wzrost o 8 proc. do poprzedniego roku i było najlepszym wynikiem w historii (za International Federation of Robotics). Najnowszy trend to tzw. coboty, czyli kooperujące roboty, które mogą wyjść poza klatkę, widzą, poruszają się samodzielnie i mają zdolność do współpracy z ludźmi. Są one coraz tańsze i podobnie jak automatyczne technologie mogą być już pod względem ceny dostępne także dla małych i średnich firm. W 2015 roku w Niemczech sprzedano tych urządzeń i systemów na rekordową łączną kwotę ponad 12 mld euro.

Dzięki inteligentnym maszynom producenci mogą wytwarzać zindywidualizowane produkty w małych ilościach po konkurencyjnej cenie. Niemieckie firmy chcą korzystać z tej nowej sytuacji zarówno jako producenci, jak i użytkownicy tych technologii.

„Pierwsze 500 par butów do biegania pomoże nam rozpocząć komercyjną produkcję na wielką skalę. Dzięki temu konsumenci będą mogli na miejscu otrzymywać to, czego oczekują, szybciej niż kiedykolwiek wcześniej” ­- poinformował Gerd Manz, wiceprezes ds. innowacji w koncernie Adidas.

Było to parę miesięcy temu przy okazji ogłoszenia budowy speedfactory, prototypowej fabryki firmy, gdzie buty będą produkowane wyłącznie przez roboty. Powstaje ona niedaleko Norymbergi, zaledwie godzinę jazdy samochodem z centrali koncernu w Herzegonaurach.

W tym roku ma powstać tam wspomniane 500 par, których nie będzie można kupić i które są niczym wobec 300 mln par, jakie koncern wyprodukował w zeszłym roku. Dlaczego więc to takie ważne? Szefowie Adidasa podkreślają szczególnie fakt, że jeśli eksperyment się powiedzie, klienci w Europie nie będą już musieli czekać tygodniami na dostawę obuwia z fabryk z Azji. Najnowsze modele będą mogły być dostępne natychmiast, a poza tym klienci będą mogli projektować własne wzory butów.

To jednak daleko nie wszystko, co ma znaczenie w projekcie Adidasa. Adidasy made in Germany będą dowodem na to, że produkcja przemysłowa w Europie znów może się opłacać, a przewaga kosztowa krajów, gdzie płaci się niskie pensje robotnikom, traci na znaczeniu. Nic więc dziwnego, że inicjatywa niemieckiego koncernu była komentowanego nie tylko w branżowych mediach i nie tylko w Europie.

Dla Wietnamu, Filipin i innych krajów, gdzie jedną trzecią lub nawet więcej zatrudnionych stanowią pracownicy niewykwalifikowani, speedfactory i szerzej Przemysł 4.0 mogą oznaczać bolesne zmiany. Czym będą chciały przyciągnąć wielkich inwestorów? To także ważne pytanie Europy Środkowo-Wschodniej. Szok może być tym większy, że technologie rozwijają się szybciej niż władze i społeczeństwa są w stanie się do nich dostosować. Smart factories będą przecież budowali nie tylko nie tylko niemieccy wytwórcy sprzętu sportowego.

Jak podaje International Federation of Robotics, do 2018 roku pracę podejmie około 1,3 mln robotów przemysłowych. Oznacza to, że koszty pracy stracą na znaczeniu jako czynnik decyzji inwestycyjnych, a Niemcy i inne kraje najbardziej rozwinięte na nowo stają się atrakcyjne dla inwestycji w produkcję. Dla Polski to również znak, ze nasza wersja czwartej rewolucji przemysłowej nie może dłużej czekać na realizację.

>>czytaj więcej: Przyszłość gospodarki zależy od tego, do kogo będą należały roboty


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test