Roboty już zwolniły połowę z nas z pracy

20.01.2019
Faktyczne bezrobocie we współczesnych gospodarkach wynosi 50-60 proc. Jest ono ukrywane poprzez tworzenie milionów fikcyjnych miejsc pracy, które nawet zdaniem wykonujących je osób nie przynoszą korzyści - pisze profesor David Graeber z London School of Economics w książce „Bullshit Jobs”.


5 stycznia 2015 r., w pierwszy dzień pracy po przerwie z świątecznej, gdy mieszkańcy Londynu udawali się do pracy, ujrzeli na mieście setki reklam, na których zamieszczone zostały cytaty z artykułu Davida Graebera. Chodzi o tekst opublikowany w sierpniu 2013 r. na łamach magazynu „Strike” a zatytułowany „O fenomenie bzdetnych prac” (ang. „On the Phenomenon of Bullshit Jobs”).

Co robić z wolnym czasem?

Graeber twierdzi w nim, że wie dlaczego przepowiednia Johna Maynarda Keynesa z 1930 r., o tym że do końca wieku będziemy pracować średnio 15 godzin tygodniowo (czyli trzy godziny dziennie), nie sprawdziła się. Keynes miał bowiem rację i obecnie gospodarki krajów rozwiniętych stać na to byśmy pracowali trzy godziny dziennie. Dlaczego zatem tak się nie dzieje ?

Otóż autor w publikacji (jej polski tytuł to „Bzdetne prace”) twierdzi, że to decyzja polityczna. Po prostu elity polityczno-gospodarcze obawiają się tego, co się stanie ze społeczeństwem, jeżeli nagle miliony ludzi będą miały mnóstwo czasu wolnego. Dlatego system jest tak skonstruowany, by trzymać ludzi w pracy nawet, jeżeli nie mają nic produktywnego do roboty.

Na poparcie swoich tez Graeber cytuje ankietę przeprowadzoną przez instytut badania opinii publicznej YouGov wśród Brytyjczyków. Na pytanie: czy twoja praca przynosi istotną, wymierną korzyść dla świata, 37 proc. odpowiedziało, że nie, a kolejne 13 proc. nie było pewne. Inaczej mówiąc, tylko połowa pracujących widzi sens w swojej pracy.

Później podobne badanie przeprowadzono w Holandii i wyniki były podobne: 40 proc. Holendrów nie widziało, by ich praca przynosiła jakiekolwiek korzyści. Oczywiście jest to subiektywna ocena pracujących, ale po napisaniu tekstu w internecie rozgorzała dyskusja, w czasie której mnóstwo osób podawało przykłady „bzdetnych prac” które wykonują, a które pozwalają nam zorientować się o co chodzi w tym fenomenie.

I tak na przykład autor cytuje historię niejakiego Kurta, który pracuje dla podwykonawcy podwykonawcy podwykonawcy niemieckiej armii (to nie pomyłka, podwykonawca ma swojego podwykonawcę, który ma swojego podwykonawcę). Bundeswera zleciła zarządzanie sprawami komputerów firmie, która wynajęła inną prywatną firmę do tego, by zajęła się logistyką w tym zleceniu, a tamta firma zatrudniła kolejnego prywaciarza by przejął od niej część związaną z zarządzaniem personelem.

Skutek prywatyzacji, która miała w założeniu poprawić efektywność jest taki, że kiedy na przykład żołnierz A chce przenieść się do innego pokoju na tym samym korytarzu, zamiast wziąć komputer i ruszyć tam, wypełnia formularz. Trafia on do prywatnej firmy komputerowej, gdzie jest czytany, zatwierdzany i przesyłany do innej prywatnej firmy zajmującej się logistyką, która także zatwierdza przenosiny i wysyła wniosek do prywatnej firmy zajmującej się zarządzaniem personelem.

Tam szef Kurta zleca mu asystowanie przy przenosinach. Kurt dostaje maila z poleceniem: ”Bądź w barakach B o godz. C”. Te baraki oddalone są zwykle o jakieś 100-500 km od jego miejsca urzędowania. Kurt wsiada w samochód, specjalnie wypożyczany na tę okazję (zarobek dla kolejnej prywatnej firmy) jedzie kilkaset kilometrów do miejsca pracy żołnierza, któremu zachciało się przenieść do sąsiedniego pokoju. Tam wypełnia formularz, odłącza komputer, pakuje go do pudełka, pieczętuje pudełko, daje je pracownikowi z firmy logistycznej, by przeniósł je dwa pokoje dalej, gdzie rozpieczętowuje je i rozpakowuje.

Następnie wypełnia kolejny formularz, dzwoni to swojej centrali i informuje ją, ile mu czasu zajęła praca. Tak więc, zamiast żołnierz wziąć komputer i przenieść go pięć metrów dalej, dwie osoby spędzają sześć godzin na podróży autem i wypełniają piętnaście stron formularzy. Kosztuje to niemieckich podatników 400 euro.

Zdaniem prof. Graebera to typowy przykład „bzdetnej pracy” – dlatego, że gdyby tej pracy nie było nie sprawiło by to różnicy, a nawet można powiedzieć, iż bez niej świat byłby lepszy. Akademik, uważa, że jeżeli sama osoba wykonująca daną pracę uważa ją za bezsensowną, to jest to najlepszy dowód, iż jest ona pozbawiona sensu.

Pracujący też się obijają?

Przykłady bezsensownych prac związanych z biurokracją są bardzo efektowne. Oto w 2016 r. pojawiła się informacja, że hiszpański urzędnik przez sześć lat pobierał pensję, nie przychodząc do pracy i nikt nie zwrócił uwagi, że go nie ma (choć trzeba przyznać że wykorzystał wolny od pracy czas bardzo produktywnie: stał się ekspertem od filozofii Barucha Spinozy).

Urzędnicy są łatwym celem poszukiwań „bzdetnych prac”. Ale na przykład kilka lat temu w Belgii przez 541 dni nie było rządu i państwo funkcjonowało nie gorzej, niż kiedy rząd był. Z kolei w momencie pisania tej książki do podobnego kryzysu doszło w firmie zarządzającej taksówkami Uber. W krótkim czasie w korporacji przestał pracować jej założyciel Travis Kalanick oraz szereg menadżerów najwyższego szczebla, znów bez zauważalnego wpływu na bieżącą działalność firmy.

Daje do myślenia także przykład z 1970 r. z Irlandii, gdzie przez sześć miesięcy strajkowali pracownicy banków. Wszyscy podejrzewali, że doprowadzi to do zapaści gospodarkę Irlandii. Tymczasem społeczeństwo łatwo poradziło sobie bez banków. Nadal wypisywano czeki, z tym, że nie zamieniano ich na gotówkę, tylko stanowiły one substytut pieniądza.

Dla porównania, gdy zastrajkowali pracownicy firm odbierających śmieci w Nowym Jorku, po dziesięciu dniach, władze miasta przystały na ich żądania, bo bez ich pracy nie dało się w mieście żyć. I tu Graeber zauważa, iż paradoksem współczesnych systemów gospodarczych jest to, że często ci którzy wykonują „bzdetne prace”, dostają dobre pieniądze i otaczani są szacunkiem, podczas gdy ci, których praca jest potrzebna czy wręcz niezbędna są słabo opłacani i poważani (oprócz pracowników firm sprzątających Graeber wymienia tu m.in. pielęgniarki).

Przeczytanie „Bullshit Jobs” zrobiło na mnie podobne wrażenie jak obejrzenie filmów Stanisława Barei w czasie schyłkowego PRL-u. Jednak większość z nas sądziła, że antidotum na barejowskie absurdy socjalizmu będzie kapitalizm. Tymczasem rzeczywistość pokazuje, że kapitalizm ma własne ułomności, równie sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem jak te z PRL-u. Książka Graebera to jednak nie tylko zauważenie problemu, ale jego szczegółowa analiza i odpowiedź na wiele pytań, które się mogą uważnemu czytelnikowi nasunąć.

Na przykład takie: jak to możliwe, że w kapitalizmie, gdzie firmy tak bardzo konkurują ze sobą jest możliwe takie marnotrawstwo, w postaci zatrudniania milionów ludzi, którzy nie wykonują produktywnej pracy? Otóż autor pokazuje na wykresach jak to na początku lat 70. XX wieku zerwana została w rozwiniętych państwach zależność między wzrostem produktywności a wzrostem płac tzn. na przykład w USA średnie realne płace są na podobnym poziomie jak prawie pół wieku temu.

Produktywność w tym czasie rosła. Nadwyżkę przejęli właściciele kapitału i to właśnie z tych pieniędzy zostały sfinansowane miliony bezproduktywnych miejsc pracy. Z tym, że nie była to koordynowana i planowana akcja, ale raczej wypadkowa dekad polityki prób i błędów. Graeber pokazuje także, że nawet ci, którzy na pierwszy rzut oka mają sensowną i produktywną pracę, nie powinni czuć się dużo lepiej, ponieważ z badań wynika, iż średnio tylko 39 proc. czasu pracy jest przeznaczany na wykonywanie właściwej roboty.

Doszło do tego, czego obawiano się już od XIX w.: maszyny i roboty faktycznie pozbawiły większość ludzi pracy i nikt nie ma pomysłu jak ten problem rozwiązać.

Biorąc pod uwagę to wszystko Graeber szacuje, że gdyby współczesne gospodarki państw rozwiniętych efektywnie zatrudniały pracowników, to bezrobocie powinno wynosić 50-60 proc., co oczywiście byłoby nie zaakceptowania. Tym bardziej, że we współczesnej kulturze wartość człowieka jest mierzona jego osiągnięciami zawodowymi, a ludzie bezrobotni nie są poważani. Stąd mniejszym złem wydaje się utrzymywanie milionów fikcyjnych miejsc pracy. Z książki profesora Graebera wynika więc, że doszło do tego, czego obawiano się już od XIX w.: maszyny i roboty faktycznie pozbawiły większość ludzi pracy i nikt nie ma pomysłu jak ten problem rozwiązać.

Już dawno nie trafiła w moje ręce tak dająca do myślenia książka jak „Bullshit Jobs”. Jest kwintesencją tego, czego szukam w książkach z gatunku non-fiction. Ciekawa, oryginalna, prowokacyjna, ale dobrze poparta argumentami teza. Do tego mnóstwo interesujących informacji z różnych dziedzin – sam Graeber jest profesorem antropologii – poprzetykanych nawiązaniami do klasyki literatury. Widać, że autor ma słabość do książek science-fiction, w publikacji omawia m.in. książki Stanisława Lema. Całość bardzo przyzwoicie napisana. Nic tylko czytać! Szczególnie jak ktoś ma dużo wolnego czasu w pracy.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły