Rodzina Orbana

18.01.2014
W paru kręgach w Polsce przyjęło się hasło: „będzie jeszcze Budapeszt w Warszawie”. Premier Viktor Orban i jego polityka są bronieni, nawet przez niektórych przedstawicieli naszych władz. Lektura "Węgierskiej Ośmiornicy" może bulwersować, ale każe otworzyć oczy.


Przebojem wydawniczym była niedawno biografia, a raczej hagiografia węgierskiego przywódcy pióra Igora Janke, która, a jakże, szybko została przełożona  na węgierski i tam też cieszyła się sporym wzięciem. Tuż przez Bożym Narodzeniem wyszła zaś na Węgrzech książka, której tytuł mówi sam za siebie. Magyar polip. Węgierska Ośmiornica. Podtytuł jest jeszcze bardziej dosadny: „Pokomunistyczne państwo mafijne”. Siłą sprawczą tego przedsięwzięcia i redaktorem tomu jest liberał Bálint Magyar, poprzednio minister oświaty w rządach koalicji pod wodzą socjalistów, który tym samym po długiej politycznej karierze powrócił do wcześniej uprawianego zawodu socjologa.

Nadziemie

Magyar już w 2001 r., pod koniec pierwszej kadencji rządów Orbana, postawił tezę, że Węgry znalazły się w rękach Ośmiornicy, czyli „zorganizowanego nadziemia” (szervezett felvilág), słusznie kojarzonego ze zorganizowanym podziemiem, tyle że o odmiennym znaku. Jego zdaniem, zło idzie od góry. Teraz w książce mocno tę tezę rozwinął w rozległym eseju, dającym kościec nowego tomu, a także wzmocnił stawiane tezy.

Pisze jednoznacznie: „To, co u nas pojawiało się w okresie 1998-2002 [pierwszych rządów Orbana – przyp. autora], a po 2010 r. osiągnęło pełnię rozwoju, należy raczej kojarzyć z procesami zachodzącymi w większości państw poradzieckich… Na Węgrzech jednakże nie wolno mówić o wypaczonej czy okrojonej demokracji lub jej deficycie, bo to nadal byłaby demokracja, jeśli nawet pomniejszona. Ten system, który określamy państwem mafijnym, w ogóle nie zamyka się w ramach zwyczajowej analizy dzielącej państwa na demokracje i dyktatury… To, w czym dziś żyjemy, to pokomunistyczne państwo mafijne”, którego istota polega na tym, że doszło w jego ramach do połączenia władzy politycznej ze wzbogacaniem się rządzących i wyniesienia tych procesów do miana najważniejszej polityki państwa.

Autorowi wtóruje we Wstępie znany pisarz György Konrád, niegdyś prezes światowego Pen Clubu, który podkreśla, iż „obecny system władzy na Węgrzech jest bezprecedensowy, nie stanowi jakiejś kopii, ani chorobliwej odmiany liberalnej demokracji, lecz jest raczej zaprzeczeniem tej ostatniej; to realizacja zupełnie odmiennej koncepcji, to nie wypadek na drodze, lecz zupełnie odmienny cel podróży”.

Ojciec Chrzestny

Następnie 21 innych autorów, w większości pracowników naukowych o liberalnych poglądach (w tym dalszych dwóch ministrów w poprzednich rządach) na swój sposób definiuje, jak ta nowa węgierska rzeczywistość wygląda.

Tekst będzie czymś więcej niż tylko recenzją książki, bo warto ją poznać, a dostępna jest tylko po węgiersku. Choć tom jest bardziej wszechstronny i wielowarstwowy przyjrzyjmy się tylko aspektom gospodarczym.

W gospodarce najbardziej bowiem widać sedno tego systemu – uważają autorzy. Komuniści kiedyś nacjonalizowali majątek i zabierali go innym. Obecna władza na Węgrzech też centralizuje i przejmuje majątek, ale zarazem go rozdaje – swojej klienteli. Innymi słowy, zabiera się majątek poprzednim właścicielom i rozdaje swoim, czego najbardziej spektakularnym przykładem była ubiegłoroczna akcja budowy „narodowych sklepów tytoniowych”. Równocześnie robi się z tych nowych właścicieli swoich zakładników. Jak? Na tej samej zasadzie, jak kiedyś w  znanym dowcipie, kiedy to Stalin zagroził Krupskiej, że jeśli nie będzie się należycie zachowywała, to ktoś inny w jej miejsce zostanie wskazany jako wdowa po Leninie…

Obecna węgierska specyfika polega na tym, że w ramach proklamowanego przez premiera Orbana „systemu narodowej współpracy” dochodzi nie tylko do zjawiska znanego w literaturze międzynarodowej jako state capture, a więc zawłaszczania państwa, ale równolegle dochodzi także do oligarch capture, czyli kreowania nowej klienteli, całkowicie podporządkowanej woli Ojca Chrzestnego i Ojca Rodziny, jakim stał się Orban. Kiedyś rządził on tak własną Partią Obywatelską – Fideszem, w ramach której jeden mówił, reszta klaskała, a teraz w ten sam sposób zarządza państwem – kupując lojalność. Albowiem hasło, o którym tak głośno trąbi państwowa propaganda, postulująca budowę „nowej narodowej klasy średniej” to w istocie „kształtowanie podporządkowanej centrum warstwy wasalnej, o ograniczonej wolności intelektualnej, rynkowej i gospodarczej”.

Magnaci

Jak to wygląda w praktyce? Kilku autorów opisuje losy trzech najgłośniejszych na Węgrzech oligarchów, szefa Związku Państwowych Kas Oszczędnościowych (OTSZ) Sándora Demjána, prezesa banku OTP, odpowiednika naszego PKO, a zarazem szefa państwowego związku piłki nożnej Sándora Csányiego oraz magnata medialnego Gábora Szélesa. Przed 2010 r. wszyscy oni otwarcie wspierali Fidesz i jego szefa. Po 2010 r.  stopniowo lecz zauważalnie tracili wpływy i majątki, na rzecz nowej oligarchii budowanej tak wokół najbliższej rodziny premiera jak i kręgu zaufanych przyjaciół (tajemnicą poliszynela jest duży majątek tak żony, jak też ojca premiera, co w tomie szczegółowo dokumentuje András Becker w tekście „Orbán S.A.”, z którego wynika też, że właścicielem wielu firm i bogatym człowiekiem jest również jedyny jak dotąd zięć Orbána).

Jednym z najbogatszych ludzi na Węgrzech jest Lajos Simicska, kolega premiera jeszcze z gimnazjum (1976-79), który przez lata budował wokół Fideszu imperium biznesowe. Po 2010 r. zarówno jego rola, jak też majątek, nawet trudny do udokumentowania, bo nie do końca przejrzysty, ze względu na cały system spółek-matek i spółek-sióstr, niepomiernie wzrósł. Stąd niektórzy autorzy piszą nawet o „reżimie Orbán – Simicska”.

Drugą gwiazdą na firmamencie, która szybko przyćmiewa poprzednie, jest natomiast inny zaufany premiera Zsolt Nyerges, budujący ogromne imperium medialne wokół rządu. Albowiem, jak wynika z analiz dwóch znanych socjologów, Andrása Bozokyego (też kiedyś ministra – kultury) i Márii Vásárhelyi, po 2010 r. nie tylko media publiczne znalazły sie pod całkowitą kontrolą – polityczną i majątkową – ze strony rządu, ale nawet znaczna część prywatnych. Władze stosują się bowiem do dyrektywy premiera, iż te ostatnie nie mogą być podporządkowane obcemu kapitałowi (podobnie jak banki).

  • Powiązane tematy:

Obok tych prawdziwych krezusów rodzą się także nowe imperia majątkowe rodzin spokrewnionych lub blisko związanych z rodziną premiera, czyli osób takich jak bracia Flier (János i Tamás), Lőrincz Mészáros, Dezső Kékessy, czy klan Tiborców, z którego wywodzi się wspomniany zięć premiera (zjawisko jest znacznie szersze i szczegółowo w tomie opisane).

Disneyland

Rodziny Fleierów i Mészárosów są szczególnie ważne, bowiem wiążą się z wykonawstwem jednego z projektów premiera, realizowanego w jego rodzinnej, podbudapeszteńskiej miejscowości Felcsút. Nastąpiło tam wykupienie gospodarstw otaczających rodzinny dom, w którym się obecny premier wychował, przejęto wiele hektarów tamtejszej ziemi, powołano też do życia – w ramach specjalnej Fundacji działającej ze środków płynących z zamówień publicznych oraz prywatnych dotacji – Akademię Piłkarską im. Ferenca Puskása (PFLA). Tak oto powszechnie znana słabość Orbána do piłki nożnej (I. Janke nadał tomowi „piłkarski” tytuł Napastnik), zamieniła się w show.

To nie koniec. Obok rodzinnego domu premiera, tuż pod jego płotem buduje się nowoczesny stadion piłkarski (a kilka innych w całym kraju), a przez zakupione wcześniej pola poprowadzono kolejkę wąskotorową, która docelowo ma dotrzeć do Budapesztu, a na razie kursuje tylko na 6 – km odcinku między siedzibą PFLA, a wejściem do arboretum w pobliskiej miejscowości Alcsútdoboz.  Wybudowano je ze środków publicznych oraz unijnych. Kolejnym etapem jest budowa infrastruktury, jak hotele, drogi itp. Nad wszystkim czuwają firmy w ten czy inny sposób powiązane z premierem i jego rodziną. Rodzi się – jak oceniają autorzy – „prywatny Disneyland premiera”.

W ocenie opozycji, społeczeństwo nie protestuje, bowiem do 80 proc. obywateli docierają tylko przesłania płynące z mediów kontrolowanych przez rząd (trochę naciągany to argument w dobie Internetu). Ponadto, co istotniejsze, budowa klienteli opiera się na „lęku socjalnym”: jak się przeciwstawię, stracę pracę. Wreszcie, niemałe znaczenie ma stała gra władz na nutach narodowych i patriotycznych. Według Bozokyego  „w ocenie premiera prawa obywatelskie, polityczny pluralizm, członkowstwo w UE, sojusze z Zachodem są ważne tylko dopóty, dopóki nie są sprzeczne z zasadą: pierwszeństwa kwestii narodowych”. Cytując Orbana, Węgry mają być silne, niezależne, suwerenne i nie pozwolą na to, by być ponownie kolonią, a „naszą ostateczną ostoją jest naród”.

Chcąc by tak było postanowiono całkowicie zmienić nie tylko ludzi, ale też struktury systemu władzy. Dokonuje się pełnej centralizacji, a gdy trzeba także etatyzacji, usuwa autonomię, dokonuje przewartościowania pojęć, a nad tym wszystkim stoi cel nadrzędny – utrzymanie za wszelką cenę władzy.

Bezradność

Inicjatywa Magyara jest ważna, choć można ją wkomponowywać w rozpoczynającą się kampanię wyborczą (wybory parlamentarne w kwietniu). Jednakże wszystkie sondaże, a gruncie rzeczy także treści zawarte w Węgierskiej ośmiornicy mówią jedno: premier Orban utrzyma władzę. Pytanie tylko, czy nadal, jak po 2010 r., będzie rozporządzał kwalifikowaną większością w parlamencie (zmniejszonym po tych wyborach o niemal połowę, do 198 posłów), co pozwoliło mu w minionych latach na całkowitą zmianę realiów w kraju.

Analiza ze strony obecnej liberalnej opozycji, politycznie słabej i zmarginalizowanej, jest w dużej mierze trafna i zazwyczaj albo bolesna, albo zatrważająca. Co uderza w lekturze? Bezradność. Opis jest, nawet wnikliwy, ale scenariuszy na przyszłość brak. Ani autorzy wewnątrz kraju, ani Unia Europejska na zewnątrz najwyraźniej nie mają pomysłu na to, co zrobić z „systemem Orbana”, przez niektórych zwanym Orbanistanem lub autokracją, a innych utożsamianym nawet z mafią.

Można się z autorami Węgierskiej ośmiornicy zgodzić lub nie. Jednakże nowe węgierskie realia, dobrze na tych stronach udokumentowane, jednoznacznie wskazują, że mamy do czynienia z niezmiernie specyficznym przypadkiem. A może nie? A co będzie, jeśli Budapeszt jednak zjawi się w Warszawie?

OF


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły