Rolnictwo w ślepym zaułku

12.07.2019
Aż 82 proc. unijnych dopłat trafia tylko do 20 proc. gospodarstw rolnych, tych największych, które nie potrzebują wsparcia. Wspólna Polityka Rolna w obecnej postaci pcha unijne rolnictwo w ślepy zaułek: prowadzi do zdominowania go przez wielkie gospodarstwa, a przez to do jego uprzemysłowienia i chemizacji, ze szkodą dla zdrowia ludzi i środowiska.


Wspólna Polityka Rolna (WPR) to aż 40 proc. unijnego budżetu, czyli około 58 mld euro rocznie, z czego zdecydowana większość, bo aż 75 proc., przeznacza się na tzw. dopłaty bezpośrednie (reszta idzie na Program Rozwoju Obszarów Wiejskich). 90 proc. dopłat stanowią dopłaty obszarowe, czyli do każdego uprawianego hektara.  To oznacza, że wielkie gospodarstwa dostają na każdy hektar taką samą dopłatę, jak gospodarstwa mniejsze czy małe.

Taki kształt WPR, zdaniem autorów raportu pt. „Atlas Rolny 2019 – dokąd zmierza europejska Wspólna Polityka Rolna”, opracowanego przez niemiecką Fundację im. Heinricha Bolla oraz polski Instytut na rzecz Ekorozwoju, prowadzi do fatalnych skutków. Aż 82 proc. unijnych dopłat rolnych trafia tylko do 20 proc. gospodarstw – do tych największych, najbardziej dochodowych, które w zasadzie nie potrzebują wsparcia lub potrzebują go najmniej. Efekt? W rolnictwie bardzo liczy się efekt skali (niższe koszty jednostkowe przy większej skali produkcji), więc wielkie gospodarstwa produkują taniej niż małe oraz średnie, a dużym przy takim samym wsparciu z budżetu UE jest łatwiej radzić sobie na rynku, inwestować i rozwijać się niż pozostałym. Jest im też łatwiej sięgać po unijne dotacje inwestycyjne przyznawane dla rolników w ramach Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich. Między innymi dlatego, że przy tych dotacjach trzeba zapewnić wkład własny.

W rezultacie, jak wskazuje wspomniany raport, unijne rolnictwo jest coraz bardziej zdominowane przez wielkie, przemysłowe farmy, które przejmują coraz więcej ziemi rolnej w UE, a w ślad za tym coraz więcej unijnych dopłat. Z drugiej strony szybko ubywa małych i średnich gospodarstw (w Polsce dochodzi do tego szybki wzrost liczby i wielkości ugorów). W latach 1990-2013 liczba wielkich gospodarstw (powyżej 100 ha) w niektórych krajach UE wzrosła aż pięciokrotnie. Z kolei w latach 2003-2013 liczba wszystkich gospodarstw spadła w Unii Europejskiej o 1/4 (na Słowacji i w Bułgarii aż o 2/3), a za tą liczbą kryje się likwidacja setek tysięcy małych i średnich gospodarstw. Przyczynia się do tego zróżnicowanie wielkości bezpośrednich dopłat rolnych: w krajach zachodniej Europy te dopłaty są wciąż dużo wyższe niż w Europie Środkowo-Wschodniej. To sprawia, że małe i średnie gospodarstwa w tej części Europy są bardziej wypychane z rynku. Dowodem na to jest choćby fakt, że w krajach środkowoeuropejskich na największe gospodarstwa przypada dużo większa część unijnych dopłat bezpośrednich niż w zachodnioeuropejskich.

Unijne dopłaty doprowadziły też do wzrostu cen ziemi rolnej. W Polsce w latach 2011-2017 zwiększyły się one aż dwukrotnie (do niemal 10 tys. euro za hektar) i są wyższe – o czym mało się mówi – niż w niektórych krajach zachodnich: Francji, Szwecji i Finlandii, nie wspominając o Czechach, Chorwacji czy Węgrzech.

Ceny ziemi rolnej rosną, bo ze względu na unijne dopłaty zaczyna być traktowana jako inwestycja. W Polsce wiele osób przestaje się zajmować rolnictwem, ale często nie sprzedaje swych gruntów, tylko oddaje w dzierżawę, by nadal pobierać unijne dopłaty. Dowodzą tego statystyki GUS, według których aktywnych rolników ubywa, a liczba pobierających unijne dopłaty bezpośrednie utrzymuje się na tym samym poziomie.

W rezultacie aż połowa gruntów rolnych w UE jest dzierżawiona. Jeśli doda się do tego fakt, że ponad 50 proc. ziemi rolnej w Unii Europejskiej należy do 3,1 proc. gospodarstw, które poza własnym areałem biorą też dużo ziemi w dzierżawę, to otrzymuje się dość przerażający obraz. Unijne rolnictwo, wbrew obiegowym wyobrażeniom, jest już, tak samo jak amerykańskie, zdominowane przez wielkie przedsiębiorstwa rolne i przemysłowe fermy hodowli zwierząt, w których najważniejsza jest jak największa wydajność. W połowie państw członkowskich UE ponad 3/4 wszystkich zwierząt hoduje się w bardzo dużych gospodarstwach, a w krajach Beneluksu i Danii ten odsetek sięga 90 proc. Jednocześnie od 2005 roku liczba zwierząt chowanych w małych gospodarstwach zmalała dwukrotnie.

W wielkich gospodarstwach podnosi się wydajność, upraszczając płodozmian, wprowadzając przemysłową hodowlę i wielkoobszarowe monokultury, zamieniając rodzime pasze na importowaną spoza UE soję (zwiększony popyt na nią prowadzi w krajach Ameryki Łacińskiej do karczowania lasów i sawanny pod jej uprawy), stosując na potęgę pestycydy, nawozy sztuczne i antybiotyki dla zwierząt. Choć jest to szkodliwe dla ludzkiego zdrowia i dla środowiska. Masowe stosowanie pestycydów prowadzi m.in. nie tylko do wymierania ptaków polnych, ale pszczół i trzmieli, przy których udziale (zapylanie) powstaje 3/4 żywności na świecie.

Jak piszą autorzy „Atlasu Rolnego” w Polsce, po wejściu do UE, zużycie pestycydów (chemicznych środków ochrony roślin – przeciwko pleśni, owadom i chwastom) potroiło się. W niektórych krajach UE ich sprzedaż wprawdzie już się nie zwiększa, ale rośnie za to zużycie wysoce toksycznych pestycydów.

Ich producenci zapewniają, że są bezpieczne dla zdrowia. Jednak do tych zapewnień należy podchodzić z dużą rezerwą. W krótkim okresie spożywanie żywności zawierającej pozostałości pestycydów rzeczywiście może nie szkodzić ludzkiemu zdrowiu, ale jeśli taką żywność spożywa się przez lata, kumulowanie się pestycydów w ludzkim organizmie może prowadzić do groźnych chorób, w tym nowotworów. Tak było ze środkiem owadobójczym DDT, który najpierw wydawał się być błogosławieństwem dla rolnictwa (jeden ze współtwórców tego środka otrzymał nawet Nagrodę Nobla) i dlatego stosowano go w ogromnych ilościach. Początkowo zapewniano, że nie jest szkodliwy dla ludzi i zwierząt. Później okazało się, że przy stosowaniu przez lata może wywoływać u ludzi np. nowotwór piersi. Do tego był zabójczy dla środowiska, prowadził m.in. do masowego ginięcia ptaków polnych.

Polskie rolnictwo może konkurować tylko jakością

Z tych powodów zaczęto wprowadzać w wielu krajach zakaz stosowania DDT. Potem zakazywano używania wielu innych pestycydów (w Polsce m.in. permetryny i lindanu), gdy odkrywano, że mogą szkodzić ludzkiemu zdrowiu i są zabójcze dla środowiska. Tak było np. z dieldryną, która prowadziła u ludzi do uszkodzenia płodów, a Agencja Ochrony Środowiska USA orzekła, że może przyczyniać się do zachorowań na raka.

Dziś podobne obawy budzą m.in. środki chwastobójcze, zawierające glifosat. To przede wszystkim słynny i wciąż bardzo popularny Roundup. Jego producent, amerykański koncern Monsanto, zapewniał, że Roundup nie jest szkodliwy dla zdrowia. Twierdził też, że ulega biodegradacji, ale ta informacja została uznana za nieprawdziwą (Monsanto przegrało proces w tej sprawie m.in. we Francji). W 2015 r. Międzynarodowa Agencja Badania Raka zaklasyfikowała glifosat jako substancję prawdopodobnie rakotwórczą. Jednak lobbing Monsanto był tak silny i skuteczny, że nawet Światowa Organizacja Zdrowia orzekła, iż rakotwórczość glifosatu jest „mało prawdopodobna przy jego przewidywanej zawartości w diecie”. Z drugiej jednak strony Monsanto przegrywało sądowe procesy, w których chorzy na raka twierdzili, że przyczyną był glifosat. Mimo to nadal może być stosowany, m.in. w krajach UE.

Problem polega bowiem na tym, że trudno bezspornie dowieść czy dany pestycyd szkodzi zdrowiu. Z ludzkim zdrowiem jest tak, że bardzo często to dopiero splot negatywnych czynników (np. niewłaściwa dieta, brak ruchu i zanieczyszczenie powietrza) prowadzi do ciężkich chorób. Innymi słowy – pestycydy same w sobie mogą nie prowadzić do poważnych chorób, ale mogą do nich się przyczyniać – w połączeniu z innymi negatywnymi dla ludzkiego zdrowia czynnikami. Dla przykładu: plagą współczesności są alergie pokarmowe, za co zdaniem naukowców mogą odpowiadać związki chemiczne zwane dichlorofenolami, znajdujące się np. w chlorowanej wodzie z kranu, środkach dezynfekujących i właśnie w pestycydach.

Kłopot z pestycydami polega też na tym, że ich szkodliwość dla ludzkiego zdrowia mają eliminować lub przynajmniej ograniczać restrykcyjne zasady używania tych środków. Chodzi m.in. o to, żeby nie stosować ich w określonym terminie przed zbiorami. Sęk w tym, że część rolników tych zasad nie przestrzega.

Uprawa roślin „pędzona” pestycydami i sztucznymi nawozami to tylko jedna strona medalu. Drugą jest to, że większość hodowli zwierząt w unijnym rolnictwie to dziś tzw. przemysłowy chów, z klatkami i rusztowymi podłogami z betonu, metalu czy z tworzyw sztucznych zamiast tradycyjnej ściółki ze słomy. Bo tak jest taniej, a zwierzęta szybciej się tuczą. W takim chowie, np. w przypadku hodowli świń, często stosuje się tzw. chów alkierzowy, polegający na tym, że zwierzęta cały czas trzymane są w zamkniętych pomieszczeniach i nigdy nie wychodzą na zewnątrz. Na dodatek są bardzo stłoczone, co u świń prowadzi np. do tego, że odgryzają sobie ogony. W efekcie w przemysłowym chowie zwierzęta dużo i często chorują. U trzody chlewnej to np. choroby stawów, u bydła – kulawizna, a u drobiu „zapalenie skóry podeszwy”, czyli stóp.  To wszystko wymaga stosowania dużej ilości antybiotyków, przyczyniając się do powstawania lekoopornych bakterii. Ofiarą tego zjawiska padają jednak nie tylko zwierzęta, ale i ludzie.

Kolejny rozdział to idące w ślad za przemysłowym, wielkoskalowym, nastawionym na jak największą wydajność rolnictwem, skażenie gleb oraz zmniejszanie się – w dłuższym okresie – warstwy gleby i jej żyzności. Przyczynia się do tego też stosowany sposób nawożenia pól. W wielkich gospodarstwach naturalny nawóz (obornik) zastępuje się nawozami sztucznymi, które są gorzej przyswajalne w glebie i w części spływają z pól do strumieni, rzek i jezior. To powoduje ich eutrofizację („przeżyźnienie”), szybki rozwój glonów (m.in. toksycznych sinic), a w ślad za tym „zakwity” wody. To zjawisko jest powodem zamykania w Polsce w niemal każde wakacje wielu kąpielisk nad Bałtykiem, jeziorami czy rzekami. Z kolei w przemysłowych fermach zamiast obornika (poprzez rezygnację ściółki ze słomy) wytwarza się duże ilości gnojowicy, której odór jest silniejszy i utrzymuje się dłużej, a do tego są z nią takie same problemy jak z nawozami sztucznymi. Problemem w wielkich gospodarstwach są też monokultury hodowlane i uprawowe, czyli specjalizowanie się tylko w jednym gatunku zwierząt czy roślin. Prowadzi to do m.in. obsiewania ogromnych obszarów tylko jedną rośliną, np. pszenicą, co skutkuje tam dużym zubożeniem środowiska, zanikiem wielu gatunków roślin i zwierząt (np. pszczół), eliminacją miedz, zagajników, drzew i krzewów śródpolnych.

Poważnych problemów generowanych przez intensywne, wielkoskalowe rolnictwo jest tak dużo, że trudno je wszystkie wyliczyć i opisać. Można takie rolnictwo porównać do rabunkowej gospodarki, z której w innych sektorach gospodarki kraje rozwinięte już się wycofały. Dlaczego teraz dopuszczają do niej w rolnictwie? Skoro negatywne następstwa są tak poważne? Dlaczego wydajemy dziś walkę smogowi, ale nie ograniczamy intensywnego, przemysłowego rolnictwa, choć jego skutki dla ludzkiego zdrowia i środowiska są równie alarmujące, jak w przypadku zbyt dużego zanieczyszczenia powietrza?

By odpowiedzieć na te pytania, warto prześledzić historię Wspólnej Polityki Rolnej UE, która powstała już u zarania Unii Europejskiej, ponad 60 lat temu. Jej celem było, żeby kraje należące do Wspólnoty miały wystarczająco dużo żywności i żeby nie była zbyt droga. Dlatego ówczesna WPR wspierała wzrost wydajności gospodarstw rolnych, starała się stabilizować ceny płodów rolnych i zapewnić rolnikom taki poziom dochodów oraz życia, by nie zabrakło chętnych do zajmowania się rolnictwem. Gwarantowane ceny i dochody w unijnym rolnictwie doprowadziły, już w latach 70. ubiegłego wieku, do tego, że zaczęto produkować więcej żywności niż mieszkańcy UE byli w stanie skonsumować. Unijne władze odpowiedziały na tę nadprodukcję wprowadzeniem dopłat do eksportu żywności poza UE.

Problem wydawał się rozwiązany, ale taki dumping rujnował rolnictwo w innych częściach świata. Szczególnie w państwach Trzeciego Świata i krajach rozwijających się, hamując wzrost eksportu żywności, a tym samym rozwój gospodarki. To budziło powszechną krytykę. Dlatego UE najpierw zmniejszyła dotacje do eksportu żywności, ale całkowicie zostały zniesione dopiero w 2015 r. – decyzją Światowej Organizacji Handlu. UE zaczęła też stopniowo wycofywać się z takiego modelu bezpośrednich dopłat do gospodarstw rolnych, który uzależniał ich wysokość od wielkości produkcji i premiował wzrost wydajności. Zastąpiła je dopłatami obszarowymi, naliczanymi od hektara.

Innymi słowy, trawestując słynne powiedzenie Stefana Kisielewskiego, w rolnictwie UE walczy z problemami, które sama tworzy. Wspólną Politykę Rolną reformowano już wiele razy. Ostatnia reforma WPR, z 2013 r., polegała na ekologizacji. Wprowadzono zwiększone dopłaty za „zazielenianie” gospodarstw, czyli wprowadzanie w nich proekologicznych metod upraw i hodowli. Zdaniem autorów raportu „Atlas rolny 2019” te zachęty były jednak zbyt małe, by zmienić dotychczasowy kierunek zmian: coraz większej dominacji przemysłowego, szkodliwego dla środowiska rolnictwa, wielkich gospodarstw i ferm – kosztem małych i średnich rolników. Poza tym wielkie unijne gospodarstwa, korzystając z dopłat z budżetu UE, wciąż mają na rynku lepszą pozycję konkurencyjną niż rolnicy z biedniejszych krajów spoza UE, np. z Afryki. Tym sposobem duża część unijnego eksportu żywności trafia właśnie do dużo uboższych krajów afrykańskich, wypierając tamtejszą produkcję.

Przy ostatniej reformie WPR postulowano m.in. wprowadzenie limitu bezpośrednich dopłat rolnych na poziomie 300 tys. euro rocznie na jedno gospodarstwo. Chodziło o to, żeby z tych dopłat nie mogły korzystać wielkie gospodarstwa i najzamożniejsi rolnicy, którzy takiego wsparcia de facto nie potrzebują. Niestety ten postulat został odrzucony. M.in. dlatego, że są w UE kraje, w których wielkie gospodarstwa to już większość tamtejszego rolnictwa. Tak jest np. w Czechach i na Słowacji, gdzie za komunizmu rolnictwo skolektywizowano, powstały wielkie państwowe gospodarstwa, które po 1989 r. trafiły w prywatne ręce.

W Polsce rolnictwo opłaca się od 50 hektarów

Dziś, przy negocjowaniu budżetu UE na lata 2021-2027, mówi się o potrzebie kolejnej reformy Wspólnej Polityki Rolnej. I znów powoduje to ogromne spory wśród krajów członkowskich. Dzieje się tak dlatego, że rolnictwo w poszczególnych krajach UE bardzo od siebie się różni i trudno stworzyć politykę rolną, który godziłaby interesy wszystkich państw. Dla przykładu: znów postuluje się zniesienie unijnych dopłat rolnych do największych gospodarstw, a jednocześnie zwiększenie wsparcia dla gospodarstw małych i średnich. Jest za tym też Polska, ale przeciwne są m.in. Czechy i Słowacja.

Z kilku powodów w szczególnie trudnej sytuacji jest polskie rolnictwo. Po pierwsze – mamy gorsze warunki klimatyczne dla rolnictwa niż większość krajów UE (m.in. krótszy okres wegetacyjny) i mniej żyzne gleby. Po drugie – Polska ma jedne z najmniejszych w UE zasobów wody słodkiej, za małą ich retencję, przez co nasze rolnictwo jest bardziej narażone na susze (4 dekady temu tzw. susze rolnicze występowały średnio co 5 lat, dziś mamy je niemal co roku). Po trzecie – przy niskim bezrobociu polskiemu rolnictwu zaczęło brakować rąk do pracy. Po czwarte wreszcie – polskie rolnictwo, obok rumuńskiego czy greckiego, jest wciąż dużo bardziej rozdrobnione niż w zdecydowanej większości krajów UE (średnia wielkość gospodarstwa w Polsce w 2018 roku to 10,81 ha, podczas gdy w Niemczech czy Francji to powyżej 50 ha, a w Czechach i na Słowacji ponad 75 ha), a polscy rolnicy są słabo zorganizowani. Tylko bardzo niewielka część jest zrzeszona w grupach producenckich czy spółdzielniach. Na zachodzie Europy duża część przetwórstwa rolno-spożywczego należy do tamtejszych rolników. W Polsce, za wyjątkiem mleczarstwa, tak nie jest. Przetwórstwo należy w bardzo dużej części do wielkich firm (głównie zagranicznych), które przy rozdrobnieniu i braku zorganizowania naszych rolników mogą im dyktować warunki. I często wykorzystują dominującą pozycję, by kupić od rolników jak najtaniej. Stąd biorą się m.in. zbyt niskie ceny skupu płodów rolnych i duże wahania cen, co jest jedną z największych bolączek polskiego rolnictwa.

To samo dotyczy sprzedaży przez rolników owoców i warzyw sieciom handlowym, na które przypada coraz większa część handlu detalicznego w Polsce.  W handlu spożywczym konkurencja jest tak silna, a konsumenci w dużym stopniu kierują się ceną, więc sieci handlowe też muszą się nią kierować, wybierając dostawców. Najtańszymi w przypadku owoców i warzyw są wielkie gospodarstwa rolne. One mogą też – w przeciwieństwie do małych i średnich gospodarstw – zagwarantować duże dostawy, a sieci handlowe jeszcze bardziej je preferują. Małe gospodarstwa często nie są też w stanie sprostać wyśrubowanym unijnym wymogom związanym z bezpieczeństwem żywności, co je wyklucza z rynku.

W 2017 roku najniższe ceny żywności w całej UE były właśnie w Polsce. Konsumenci mogliby się z tego cieszyć. Pojawia się jednak pytanie o jakość żywności i o to, jak to przekłada się na sytuację polskiego rolnictwa. Bardzo wiele małych gospodarstw istnieje już tylko „na papierze” – dla unijnych dopłat. W trudnej sytuacji są też średnie gospodarstwa, bo i one są wypierane z rynku przez wielkie farmy.

Paradoksem jest też to, że w naszym kraju – w przeciwieństwie do krajów zachodniej Europy – ubywa gospodarstw ekologicznych. Ich liczba rosła dynamicznie do 2014 r., ale od tego czasu spada. To wiąże się m.in. z kierowaniem się przez polskich konsumentów przy zakupie żywności głównie ceną (produkty z gospodarstw ekologicznych są wyraźnie droższe), a także tym, że rolnikom ekologicznym w Polsce brakuje własnego przetwórstwa. A sieci handlowe oferują niekorzystne warunki.

Z drugiej strony skoro żywność jest tania, to bardzo dużo jej marnujemy. W UE marnuje się prawie 90 mln ton żywności rocznie, z czego aż 10 proc. przypada na Polskę. Gdyby była droższa i lepszej jakości, przechowywałaby się dłużej, więc kupowalibyśmy mniej i mniej wyrzucali.

Jak  to wszystko zmienić? Jak wyprowadzić unijne, w tym polskie rolnictwo, ze ślepego zaułka, w którym znalazło się w dużej mierze za sprawą Wspólnej Polityki Rolnej? Autorzy raportu „Atlas rolny” rekomendują wiele cząstkowych rozwiązań, które mają jeden wspólny mianownik. Jest nim zróżnicowanie unijnego wsparcia dla gospodarstw: większe niż dotąd wsparcie dla gospodarstw małych i średnich, dla ekologicznych metod upraw i produkcji, przy jednoczesnym ograniczeniu, a nawet likwidacji dopłat bezpośrednich dla wielkich gospodarstw, które poradziłyby sobie i bez tej pomocy. Dla przykładu: zamiast pestycydów można używać biologicznych, nieszkodliwych dla ludzkiego zdrowia i środowiska metod ochrony upraw, a zamiast części nawozów sztucznych – obornik. Takie metody mają rację bytu tylko w małych i średnich gospodarstwach, wymagają większego nakładu pracy, ale są też tańsze. Jak wynika z raportu „Perspektywy zrównoważonego rolnictwa w Polsce”, opracowanego przez Instytut Spraw Publicznych i niemiecką Fundację Heinricha Bolla, polscy rolnicy nie są zachwyceni tym, że muszą używać coraz więcej pestycydów i nawozów, czy iść w kierunku intensywnego, przemysłowego rolnictwa. Zdają sobie sprawę, jakie są tego konsekwencje. Jednak warunki, w jakich obecnie funkcjonuje polskie rolnictwo, premiujące przemysłowe metody hodowli i upraw, zmuszają ich do używania coraz większej ilości pestycydów i nawozów oraz do odchodzenia od płodozmianu.

Wystarczyłyby więc proste zachęty, m.in. w postaci zmniejszenia lub likwidacji dopłat dla wielkich gospodarstw, zwiększenia ich dla małych i średnich czy ułatwienia im dostępu do rynków zbytu, by unijne, w tym polskie rolnictwo, zaczęło być rzeczywiście zrównoważone, przestało podążać w stronę coraz większego uprzemysłowienia i chemizacji. Dobrą analogią jest polskie leśnictwo, w którym za czasów PRL prowadzono rabunkową gospodarkę, a las traktowano jak fabrykę drzew. Dla polskich lasów i środowiska okazało się to w dłuższej perspektywie zabójcze. M.in. dlatego, że wprowadzane na masową skalę – w imię jak największej produkcji drewna – monokultury gatunkowe i wiekowe (głównie sosnowe) okazały się, w porównaniu z naturalnymi lasami i zbliżonymi do nich drzewostanami, dużo bardziej podatne na ataki szkodników i choroby, mniej odporne na susze co powodowało pożary.

Po 1989 r. polska gospodarka leśna poszła w stronę ekologizacji, uwzględniając fakt, że lasy poza funkcją produkcyjną pełnią bardzo wiele innych: chronią gleby, magazynują wodę, wpływają pozytywnie na lokalny mikroklimat (m.in. łagodząc upały), oczyszczają powietrze, tworzą dobre warunki do wypoczynku i rekreacji itd. Ekologizacja polskiego leśnictwa doprowadziła też do tego, że polskie lasy są dziś w dużo lepszej kondycji niż za PRL. Np. rzadziej padają ofiarą plag szkodników i są mniej dotknięte suszami. Dzięki temu gospodarka leśna w Polsce jest dziś w sumie bardziej opłacalna i nie mniej produktywna niż wówczas, gdy las traktowano jak fabrykę drzew. Podobnie powinno być z rolnictwem, czego dowodzi sukces rynkowy w krajach zachodnich gospodarstw ekologicznych. Także Polacy coraz większą wagę przywiązują do tego, co jedzą, rozwija się moda na zdrową, ekologiczną żywność. dlatego powinniśmy ograniczać rolnictwo.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test