Rosja nie uratuje Białorusi

19.04.2011
Bez euro czy dolarów Białoruś nie będzie w stanie nabywać surowców potrzebnych do przetwórstwa. Jeżeli nic się nie zmieni, to do końca maja wyczerpią się zapasy importowanych komponentów. Bez dewaluacji rodzimej waluty Białorusi grozi zatrzymanie całej gospodarki – mówi w wywiadzie białoruski ekonomista Siarhej Czały.

Aleksandr Łukaszenka, prezydent Białorusi, liczy na korzyści z unii celnej z Rosją i Kazachstanem. (CC By-NC-ND PanArmenian Photo)


W jakim stanie znajduje się białoruska gospodarka w ponad trzy miesiące po wyborach prezydenckich?

Siarhej Czały: Białoruś  przeżywa bardzo poważne trudności związane z gigantycznym deficytem rachunku bieżącego bilansu  płatniczego kraju, który w tym roku przewyższy  poziom 15 proc. PKB. Oznacza to, że nasza gospodarka żeby przetrwać cały czas potrzebuje zewnętrznego finansowania. Sytuacja, takiego deficytu nie jest niczym nadzwyczajnym, bo w normalnych warunkach finansowych, oznaczałoby to po prostu dewaluację rodzimej waluty. Jednak nasze władze najwidoczniej nie akceptują tego ze względów ideologicznych i robią wszystko żeby od tego uciec.

Jak radzą sobie z deficytem waluty na rynku?

Od lutego tego roku, gdy problem zaczął coraz poważniej narastać, rząd i bank centralny zaczął wprowadzać ograniczenie popytu na walutę metodami administracyjnymi. Są to działania bardzo chaotyczne. Niektóre z nich są  wprowadzane jedynie na tydzień potem odwoływane i zastępowane innymi. I w efekcie teoretycznie oficjalny kurs został na tym samym poziomie, jednak za taką cenę walut kupić nie można. Dostęp do niej ma jedynie  bardzo ograniczona grupa podmiotów, które mają krytyczne znaczenie. Mam tu na myśli np. importerów lekarstw czy surowców energetycznych, banki spłacające zagraniczne kredyty. Powstał drugi obieg waluty, gdzie ceny są o wiele wyższe

Jak długo w takiej sytuacji białoruska gospodarka będzie w stanie działać?

Jeżeli nic się nie zmieni, to oceniam, że do końca maja wyczerpią się zapasy importowanych komponentów i półsurowców potrzebnych rodzimemu przemysłowi. Wtedy stanie np. bardzo rozwinięty na Białorusi przemysł przetwórstwa żywności, będący  jedną z najważniejszych gałęzi gospodarki – bez euro czy dolarów nie będzie w stanie nabywać surowców potrzebnych do przetwórstwa. Bez dewaluacji grozi nam zatrzymanie całej gospodarki.

Dlaczego waluty brakuje?

Wynika to z niskiej konkurencyjności białoruskiej gospodarki. Może ona funkcjonować jedynie w sytuacji zewnętrznego podtrzymywania – czy  to w postaci bezpośrednich inwestycji zagranicznych, czy subsydiów w rodzaju tanich rosyjskich surowców energetycznych, czy poprzez zagraniczne kredyty. Białoruski model jest po prostu niestabilny. I zawsze, gdy władza metodami administracyjnymi, poprzez dotacje państwowych przedsiębiorstw, usiłowała zwiększyć PKB, te problemy jeszcze się powiększały. By temu zaradzić potrzebna jest dewaluacja i zmniejszenie państwowych dotacji. I tu pojawia się właśnie ten ważny dla władz aspekt ideologiczny. Takie reformy oznaczałby postawienie pod znakiem zapytania całego białoruskiego modelu polityczno- gospodarczego. W tej sytuacji trzeba by się pożegnać z polityką pełnego zatrudnienia, gdy jedynie 1 proc. Białorusinów pozostaje bez pracy. Nie byłoby możliwe odgórne podnoszenie zarobków, co miało miejsce przed wyborami prezydenckimi, gdy Łukaszenka obiecał, że średnia pensja będzie wynosić 500 dol. Białoruska gospodarka nie była w stanie unieść tych obietnic. Spowodowały one zwiększenie inflacji, co przy stałym kursie waluty jest zabójcze. Obawiam się, że ten upór doprowadzi do tego, że zamiast z kryzysu wyjść w sposób kontrolowany, władze doprowadzą do katastrofy. Załamie się kurs rubla i ustanowi się na bardzo niskim poziomie. Ta sytuacja do pewnego stopnia przypomina lato 1998 r. w Rosji, gdy również bank centralny upierał się i podtrzymywał zawyżony kurs rubla. Potem nagle nastąpiła aż  czterokrotna dewaluacja. Społeczeństwo przeżył ogromny szok, a i tak nie zaczął się jakiś specjalny boom przemysłowy w Rosji.

A co z reformami liberalizującymi gospodarkę? Pod koniec ubiegłego roku prezydent podpisał dyrektywę o ułatwieniach dla firm, mały biznes otrzymał pewne nowe przywileje.

Odnoszę się sceptycznie, bo są to rozwiązania połowiczne, które nie likwidują żadnych  problemów. Mimo jakiś programów pomocy małemu i średniemu biznesowi, jego udział  w gospodarce zmniejsza się. To zmiany kosmetyczne. Realna liberalizacja nie postępuje, a ograniczenia nakładane przez państwo na gospodarkę rosną.

W rankingu Banku Światowego „Doing business”  Białoruś zajmuje miejsce wyższe niż Polska czy wiele innych krajów EU. Jak to możliwe?

Tak się dzieje dlatego, że naszym urzędnikom postawiono zadanie osiągnięcia jak najlepszych rezultatów w rankingu. Jest różnica między próbami wprowadzeniem rzeczywistych ułatwień dla biznesu, a próbami polepszenia wskaźników. Są studenci, którzy uczą się by umieć, ale są i tacy, którzy uczą się dla dobrych ocen. I to jest właśnie przypadek Białorusi. I cóż z tego ze na Białorusi teoretycznie bardzo łatwo założyć biznes, skoro mamy jeden z najbardziej niestabilnych i niejasnych systemów podatkowych. A w rankingu obydwa wskaźniki maja taką samą wagę. I jeden równoważy drugi.

Czyli mamy do czynienia z momentem krytycznym?

Tak, bo widać jak powoli zamierają sektory handlu i produkcji. I w takich warunkach nie da się racjonalnie planować biznesu. Z początku mieliśmy kryzys jedynie walutowy, który teraz przerodził się w kryzys gospodarczy, następnie z powodu spowolnienia gospodarki stanie się on kryzysem budżetowym, bo spadną wpływy z podatków. To wszystko wynika z niechęci państwa, do tego, by rynek określił rzeczywisty kursu rubla. Władze są jak lekarz, który mówi, że nie ma sensu leczyć bo temperatura i tak sama spadnie. Ale czasem może spaść ona do śmiertelnego poziomu. Tak samo robi szef Banku Narodowego Piotr Prokopowicz, który powiedział, że gwałtowny popyt na walutę na rynku już się zakończył. I miał rację, jednak tylko dlatego, że po prostu na rynku nie ma walut. Białorusi potrzeba jest rocznie 8 mld dol. by zbalansować deficyt. Wszystko na co teraz możemy liczyć, to 3 mld dolarów kredytu od Rosjan, co uratuje sytuację najwyżej na kilka miesięcy.

Rosja nie uratuje Białorusi?

Nawet jeżeli otrzymamy ten kredyt, to przy takiej strukturze gospodarki zostanie on przejedzony w kilka miesięcy i znajdziemy się w jeszcze gorszej sytuacji, bo powiększy się dług kraju. Podobna sytuacja miała miejsce również w Rosji w 1998 r., która wtedy otrzymała od MFW ponad 20 mld dol. kredytu i te pieniądze zostały przejedzone w ciągu kilku miesięcy. Dlatego myślę, że Rosja nie tyle chce nas uratować, a doprowadzić by Białoruś jeszcze bardziej się u niej zadłużyła. A potem zażądać spłaty długu w aktywach przedsiębiorstw dla Rosji interesujących. Jest z czego oddawać, bo białoruska gospodarka w 70 proc. opiera się na własności państwowej.

Ostatnio Rosja wstrzymuje wypłatę tego „ratunkowego” kredytu, a zamiast tego zaczęła mówić, że Białoruś powinna załatać deficyt walut właśnie wpływami z prywatyzacji.

Tak, bo Rosja jest zainteresowana konkretnymi przedsiębiorstwami – połową akcji Biełtrasngazu, białoruskim odcinkiem gazociągu Przyjaźń, przepompowniami ropy.

Załóżmy, że Białoruś odda te przedsiębiorstwa, a co dalej?

Będzie jeszcze gorzej, bez strukturalnych zmian gospodarka się nie poprawi. Równowaga makroekonomiczna prędzej czy później zostanie ustanowiona. Problem w tym na jakim poziomie. Grozi nam scenariusz mołdawski, gdzie panuje wysoka inflacja, duże bezrobocie i olbrzymi odsetek ludzi jest zmuszony do pracy za granicą.

Jakie efekty dla Białorusi przyniesie przystąpienie do Unii Celnej z Rosją i Kazachstanem?

Największą zaletą jest dostęp do rosyjskich surowców energetycznych po stosunkowo dobrych cenach. Jest i haczyk. Skasowano wprawdzie rosyjskie cła eksportowe na ropę naftową, jednak jednocześnie Białoruś będzie musiała odprowadzać do rosyjskiego budżetu część swoich wpływów z ceł za eksportowane przez siebie produkty naftowe. Do tego rosyjskie firmy wywalczyły sobie dodatek za przesyłanie ropy. Wydaje się, że Rosja nigdy nie dopuści by w krajach Unii Celnej handlowano ropą bez barier celnych. Co do gazu, to według niektórych danych, dostawy gazu na Białoruś dają Gazpromowi większy dochód niż dostawy do krajów UE.

A co Białoruś zyskała w innych niż energetyka sektorach?

Może na tym zyskać sektor maszyn ciężkich, producenci autobusów i właściwie nikt po za nimi. Bardzo niewygodne dla Białorusinów jest podniesienie ceł na samochody do poziomu rosyjskiego. Po wejściu w życie nowego kodeksu taryf celnych wielu Białorusinów nie będzie stać na kupno taniego używanego samochodu z UE. Rosja i Białoruś mają w gruncie rzeczy sprzeczne interesy.

Dlaczego Zachód z niechęcią przyjął Unię Celną.

Można się domyślać, że wynika to z charakteru projektu. Jest to osobisty pomysł Putina, który został ogłoszony w tydzień po wizycie Miedwiediewa w USA w 2009 r. W czasie tej wizyty dyskutowano nad bliską perspektywą przystąpienia Rosji do WTO i  nagle Putin zapowiedział, że Rosja chce wstępować do organizacji razem z pozostałymi krajami Unii Celnej. Jest to niemożliwe z powodu różnic prawnych pomiędzy trzema państwami. Ponadto Unia Celna jest organizacją bardzo protekcjonistyczną. W 2009 r. Rosja wprowadziła u siebie cały zestaw tymczasowych rozwiązań ograniczających wolny handel, mających na celu obronę swojego rynku w czasie kryzysu. Po czym okazało się, że wraz z utworzeniem Unii Celnej, rozwiązania te przestały być tymczasowymi. Rosja w ogóle lubi udawać, że na obszarze postsowieckim tworzy struktury podobne do zachodnich. Ma swoje ODKB (Organizacja Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym),  które ma stanowić instytucjonalna przewagę dla NATO, tworzy Wspólną Przestrzeń Ekonomiczną w założeniach podobną do UE oraz i właśnie Unię Celną udającą trochę WTO.

Rozmawiał Jakub Biernat

Siarhej Czały jest niezależnym ekonomistą i analitykiem finansowym na Białorusi


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test