Rumunia – ulubione, choć niesforne dziecko UE

13.09.2014
Rumunia nie wzbudza teraz większego zainteresowania na scenie międzynarodowej, tymczasem nadal przechodzi burzliwą transformację. Nie bardzo wiadomo, jak sobie z nią radzi. Niedawny powrót na ścieżkę wzrostu nie musi oznaczać końca problemów.

Bukareszt (CC BY-SA Mihai Petre)


Kraj smutny, pełen humoru” – napisali o niej już w tytule swojej książki o Rumunii Adam Burakowski i Marius Stan. Ostatnio słyszymy o nim albo z racji wydarzeń politycznych, np. nadchodzących wyborów prezydenckich (w listopadzie odejdzie obecny prezydent Traian Basescu), albo strategicznych, bowiem w przeciwieństwie do Budapesztu i większości państw wyszehradzkich, a podobnie jak warszawa Bukareszt ma jednoznacznie prozachodnie (i stawiające na NATO) stanowisko w kontekście kryzysu i wojny na Ukrainie. Tylko czasami tematyka rumuńska trafiała na czołówki światowych mediów, zazwyczaj zresztą w nieprzychylnym kontekście. Na przykład całkiem niedawno głośno było o rumuńskich (romskich) emigrantach we Włoszech, Francji i Hiszpanii. O tym, jak ten kraj wygląda od środka, wiemy o wiele mniej.

Uciekają zamiast budować

Rumunia bogatym państwem nie była i nie jest. Z szacowanym na koniec 2013 r. dochodem w sile nabywczej rzędu 290 mld dol. znajduje się dokładnie w połowie piątej dziesiątki państw pod względem wielości gospodarki (13. gospodarka w UE). Ma więc potencjał mniej więcej o połowę mniejszy od Polski, podczas gdy legitymuje się terytorium niewiele mniejszym od naszego terytorium (239 km kw.).

Specyfiką tego państwa jest jeden z najniższych w Unii Europejskiej (do której Rumunia przystąpiła 1 stycznia 2007 r.) poziom urbanizacji (53 proc.). Oznacza to, że niemal połowa ludności żyje nadal na wsiach i z rolnictwa. Mało wydajnego, bowiem sektor rolny daje zaledwie 6,5–7 proc. PKB, natomiast zatrudnia aż 30 proc. siły roboczej.

Nic dziwnego, że na terenie malowniczego, górzystego Siedmiogrodu nadal można spotkać rozległe i aktywne wsie – o ile nie są węgierskie (a takich tam niemało), gdyż te właśnie wymierają. Młodzież z nich ucieka, korzystając ze szczodrej oferty węgierskiego premiera Viktora Orbána, który zaproponował tamtejszym Węgrom podwójne obywatelstwo. Masowo skorzystali, ale sami przyznają, że interesuje ich bardziej wiza Schengen, a nie jakiś patriotyczny poryw. Bronią się pod tym względem, jak zawsze w historii, węgierscy górale, czyli Seklerzy (mniejszość szacowana na 700 tys. osób), zamieszkali w środku kraju, na północ od Braszowa. Tam akurat wioski są najbardziej zadbane i żywe.

Mimo że reżimowi Nicolae Ceausescu w latach 70. i 80. XX w. udało się pozbyć (czyt. sprzedać za niemieckie marki) jedną z tradycyjnych tutejszych grup etnicznych – Sasów, znakiem szczególnym Rumunii pozostaje wieloetniczność. Pozostali Węgrzy i Seklerzy (6,5–7 proc. z 20 mln ludności), a także Ukraińcy, Tatarzy, Mołdawianie czy Czango (węgierskojęzyczna mniejszość ze wschodu kraju). Największym wyzwaniem jest jednak kwestia romska, prowadząca m.in. do wysokiego poziomu bezrobocia (oficjalnie 7,5 proc. i prawie 27 proc. wśród młodzieży), a także napięć społecznych, choć – szczęśliwie – nie międzyetnicznych.

Powrót tygrysa?

Rumunia doświadczyła kryzysu po 2008 roku jak wszyscy w UE. Straciła wtedy pozycję szybko rozwijającego się gospodarczego tygrysa. Przez trzy lata trwała recesja, a proces zakończył się podpisaniem umowy z MFW, Europejskim Bankiem Centralnym i Europejskim Bankiem Odbudowy i Rozwoju (w tej właśnie kolejności co do przydzielonych środków) na pakiet pomocowo-stablizacyjny w wysokości 26 mld dol. Do tego doszły dwa kolejne porozumienia i kredyty stand by z lat 2011 i 2013 (odpowiednio 6,6 i 5,4 mld dol.) na – jak to ujęto w oficjalnych komunikatach – promowanie dyscypliny fiskalnej, wspieranie reform strukturalnych i umacnianie stabilności sektora finansowego. Kraj jednak nadal boryka się z deficytem budżetowym rzędu 2,5 proc. PKB. Jego dług publiczny, szacowany na około 39 proc. PKB, jest jednak jednym z najniższych w UE. Za to zadłużenie zagraniczne – 131,6 mld dol. na koniec 2013 r. – jest wysokie i stale rośnie, co też może budzić zaniepokojenie.

Właśnie dzięki tym kredytom, jak się podkreśla, kraj wszedł ponownie na ścieżkę wzrostu (3,5 proc. w 2013 r., w 2014 r. też ma sięgnąć powyżej 2 proc.) i dynamicznie zwiększa obroty handlowe, szczególnie z największymi partnerami, czyli kolejno (w eksporcie i imporcie) z Niemcami, Włochami, Francją, Węgrami i Turcją.

Ważnym, odczuwalnym i widocznym na rynku dostawcą towarów (spożywczych, drobnego przemysłu, kosmetyków czy chemii użytkowej) jest również Polska, która z 4,4-proc. udziałem w 2013 r. zajęła nawet piąte miejsce w tamtejszym imporcie.

Rumunię różni od sąsiadów to, że jako państwo posiadająca własne surowce energetyczne nie jest uzależniona od Rosji i Wschodu (choć obecni już tutaj Chińczycy mocno się do tego rynku dobijają).

Obecność i członkowstwo w UE widać już niemal na każdym kroku. Przede wszystkim w postaci nowych dróg, mostów i infrastruktury, w tym także właśnie budowanej autostrady A1 prowadzącej z Bukaresztu na zachód, w kierunku Aradu i węgierskiej granicy (przejście Nadlac). Ukończono już także 202-km. odcinek autostrady A2 ze stolicy do nadmorskiej Konstancy, a w realizacji jest także autostrada A3 (łącznie w grudniu 2013 r. było 639 km autostrad). Kto zna fatalne rumuńskie drogi sprzed lat, co jest również osobistym doświadczeniem autora tego tekstu, będzie częstokroć pozytywnie zaskoczony.

Mali wiejscy przedsiębiorcy

Drugi wymiar unijnej obecności to środki dotacje i subwencje w ramach Wspólnej Polityki Rolnej, które ostatnio mogą sięgać nawet 166 euro do 1 ha. Chodzi przede wszystkim o wspieranie małej przedsiębiorczości na wsi – od banków spółdzielczych po małe i średnie przedsiębiorstwa pracujące na rzecz rolnictwa czy rodzinne pensjonaty w tradycyjnych domach. Na razie nie budzi natomiast społecznego sprzeciwu przeprowadzona w początkach roku deregulacja, na mocy której obcy inwestorzy będą mogli wejść na rumuńską wieś (szacuje się, że już około 10 proc. rumuńskich ziem jest w obcych rękach i nie chodzi o mieszkającą tu nierumuńską ludność).

Nic dziwnego, że poziom społecznej akceptacji dla członkowstwa w UE jest wysoki. Bruksela patrzy natomiast na znowu szybko rosnącą gospodarkę, a na przełomie 2013 i 2014 r. nawet najszybciej w UE (indeks na giełdzie w Bukareszcie wzrósł o ponad 20 proc. w ciągu minionego roku!) jako na swe ulubione, choć może trochę niesforne dziecko. Chwali się otwartość tej gospodarki, np. to, że liniowy podatek CIT i PIT pozostają na poziomie 16 proc. Pozytywnie ocenia się fakt, że w 2013 r. aż 69,6 proc. rumuńskiego eksportu i 75,7 importu należało do państw UE.

Polityka miesza się z gospodarką

Podstawowe wyzwanie stojące przed Rumunią to jakość jej rządów i zarządzających gospodarką (często chodzi, niestety, o te same osoby). Stopień korupcji jest tu bardzo wysoki. Według bodaj najbardziej wiarygodnego badania Transparency International i jej wskaźnika CPI (Corruption Perception Index), w 2013 r. Rumunia znalazła się na 69. miejscu, niewiele przed Bułgarią (77.), a za innymi państwami z regionu (Słowacja – 61., Czechy i Chorwacja – 57., Węgry – 47. i Polska –38.).

Lista skandali korupcyjnych w tym kraju jest niezmiernie bogata i obejmuje, by wymienić tylko osoby prawomocnie skazane, całą listę prominentów – od byłego premiera Adriana Nastase po ministrów (np. obrony, rolnictwa, czy komunikacji) i szefa sztabu generalnego armii, o parlamentarzystach, senatorach czy merach miast nie wspominając. Łącznie znajduje się na tej liście blisko 50 osób, co jednoznacznie świadczy o skali zjawiska. W 2014 roku kraj żył kolejną aferą, tym razem w wydaniu brata obecnego prezydenta.

Właśnie przejrzystość życia publicznego oraz konieczność oddzielenia interesów prywatnych od publicznych i państwowych wskazuje się we wszystkich opracowaniach i analizach dotyczących Rumunii jako warunki sine qua non powrotu na ścieżkę szybkiego wzrostu i dalszego rozwoju oraz koniecznej modernizacji. Żeby tygrys nie był chromy, musi się oczyścić.

Zarówno jakość rządzenia, jak trzymanie się zasad państwa prawnego pozostawiają wiele do życzenia, a nadmierny wpływ szarej strefy na życie publiczne od dawna jest przedmiotem troski wielu autorów, w tym Constantina Ciupagei, Simony IlieRainera Nefa, w ich przenikliwym studium tamtejszej transformacji jeszcze z końca lat 90. XX w.

Wiele wskazuje na to, że od tamtej pory nie uporano się z istniejącymi od początku burzliwej transformacji podstawowymi bolączkami. W efekcie nawet Komisja Europejska w swych ostatnich raportach porównuje polityczno-gospodarcze oraz społeczno-gospodarcze zjawiska i procesy zachodzące w Rumunii do tych na Bałkanach, a nie w Europie Środkowej i Wschodniej. W tych raportach do mankamentów życia w kraju dodaje się jeszcze populizm, szybko rosnące rozwarstwienie, niski poziom społecznego zaufania do elit wyrażający się m.in. w niskiej frekwencji wyborczej, nadmiar polityki w gospodarce i vice versa oraz „impotencję państwa” (wyliczono np., że do centralnego budżetu trafia zaledwie 52 proc. środków zebranych z podatku VAT).

Mamy więc „kraj smutny pełen humoru”; są powody do zadowolenia, ale nie mniejsze do troski. Ma rację Carina Murafa z Instytutu Aspen w Bukareszcie, gdy pisze w studium z lutego 2014 r.: „dalsze polityczne manipulacje nie zaprowadzą nas bliżej do prawdziwej gospodarczej transformacji”. Nadmiernie związki polityki z gospodarką są przekleństwem i tylko zerwanie tego jak dotąd gordyjskiego węzła dałoby szansę, by w ślad zanotowanym ostatnio ponownie wzrostem przyszła także prawdziwa modernizacja i renesans tego ciekawego choć nieco zapomnianego kraju.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły