• Jean Tirole

Ryzykowna gra Macrona

20.02.2019
W reakcji na bunt „żółtych kamizelek" prezydent Francji zdecydował się na przeprowadzenie ogólnonarodowej debaty. W ramach lokalnych warsztatów i konsultacji internetowych ocenione zostaną poglądy społeczeństwa na temat ochrony środowiska, demokracji i tożsamości, podatków oraz organizacji państwa.

Jean Tirole (PS)


Plan Emmanuela Macrona napotyka jednak na trzy przeszkody. Przede wszystkim francuska opinia publiczna jest pełna sprzeczności. Dla przykładu, przedstawiciele „żółtych kamizelek” chcą zarówno niższych podatków, jak i większej dostępności usług publicznych.

Żadne z tych żądań nie jest bezzasadne. Jednak takiej polityki fiskalnej nie da się na dłuższą metę utrzymać w państwie, w którym wydatki publiczne stanowią 57 proc. PKB a wskaźnik zadłużenia, obecnie szacowany na blisko 100 proc., nie obejmuje wielkich publicznych zobowiązań pozabilansowych, jak np. niesfinansowane emerytury.

Sprawę dodatkowo komplikuje fakt, że we Francji istnieje szerokie poparcie zarówno dla „żółtych kamizelek” (ich bunt rozpoczął się od postulatu uchylenia podatku od emisji dwutlenku węgla nałożonego na konsumpcję paliw), jak i dla inicjatywy pozwania rządu francuskiego za niewystarczającą aktywność w zakresie przeciwdziałania zmianom klimatycznym.

Co więcej, gdy przedstawiciele „żółtych kamizelek” skarżą się na nierówności, koncentrują się zwykle na fakcie zniesienia przez prezydenta Macrona podatku majątkowego, który generował przychody na poziomie 5 mld euro rocznie, choć są to grosze w porównaniu z kwotą 188 mld euro uzyskiwaną corocznie z VAT. Protestujący narzekają też na pensje najwyższych urzędników państwowych. Nie przedstawiają jednak żadnych konkretnych propozycji dotyczących dwóch głównych czynników pogłębiających nierówności we Francji: edukacji i dostępu do rynku pracy.

Według Programu Międzynarodowej Oceny Umiejętności Uczniów (PISA), różnice między wynikami edukacyjnymi uczniów ze środowisk znajdujących się w niekorzystnej sytuacji społecznej a resztą populacji są we Francji wyższe niż w jakimkolwiek innym państwie OECD. Do tego stopa bezrobocia we Francji utrzymuje się na poziomie około 10 proc. a na francuskim „dwupoziomowym” rynku pracy ponad 90 proc. nowych pracowników – zwłaszcza młodszych, o niskich kwalifikacjach – zmuszonych jest do podejmowania zatrudnienia na podstawie krótkich umów o pracę na czas określony.

Słyszy się, że Francja jest krajem nierówności; przy wnikliwej analizie teza ta nie znajduje potwierdzenia.

Oprócz sprzecznych żądań Macron będzie musiał również stawić czoło przeszkodom wynikającym z percepcji społecznej. Sposób postrzegania uwarunkowań ekonomicznych rzadko jest zgodny z rzeczywistością. Często słyszy się, że Francja jest krajem wyjątkowo nieegalitarnym, w którym osoby bogate nie płacą podatków, gdzie emeryci są zawsze wyzyskiwani, albo gdzie ogromne zasoby marnowane są na osoby uchylające się od opodatkowania oraz na wysokie wynagrodzenia polityków. Żadna z tych tez nie znajduje jednak potwierdzenia przy bardziej wnikliwej analizie.

Nie ulega oczywiście wątpliwości, że rząd Macrona zbyt wolno przygotowywał środki wyrównawcze, mające na celu zrekompensowanie połączonego wpływu wyższych cen ropy naftowej, planowanej podwyżki podatku węglowego oraz wycofania dotacji dla pojazdów z silnikami wysokoprężnymi. Francuzi obwiniają go jednak również za skutki nierozsądnej polityki publicznej prowadzonej od wielu dekad, w tym m.in. za dopłaty do oleju napędowego (utrzymywane od ponad 20 lat w celu wsparcia francuskiego przemysłu samochodowego) oraz za rozwiązania skutkujące wysokimi czynszami w śródmieściach francuskich miast.

Trzecią przeszkodą dla wyjścia z impasu jest przemoc. Rząd Macrona znajduje się między młotem a kowadłem. W ostatnich tygodniach pojawiła się ogromna liczba gróźb ze strony „żółtych kamizelek” wobec ustawodawców, dziennikarzy, a nawet innych protestujących, którzy wyrazili gotowość do negocjacji z rządem.

A jednak społeczne konsultacje mogą rozpętać jeszcze większe piekło. Całe wieki historii politycznej powinny być ostrzeżeniem przed obecnym entuzjazmem dla instytucji „referendum obywatelskiego”. W końcu większość demokracji nie bez powodu wybrała system demokracji pośredniej a nie rządów poprzez referenda. Przedstawiciele społeczeństwa, przynajmniej w teorii, mogą poświęcić więcej czasu na zastanowienie nad koniecznymi kompromisami w zakresie prowadzonej polityki publicznej, a także mają większy dostęp do wiedzy niż przeciętni obywatele. Do tego, inaczej niż w przypadku obywateli debatujących w kawiarniach lub na Facebooku i Twitterze, argumenty przedstawiane przez demokratycznie wybranych przedstawicieli są publicznie analizowane i sprawdzane pod kątem zgodności ze stanem faktycznym.

Ponadto istnieją zasadne powody, aby przekazać niektóre formy podejmowania decyzji publicznych niezależnym sędziom, bankom centralnym i organom regulacyjnym. Tacy aktorzy, o ile są chronieni przed lobbingiem politycznym i wyborami, mogą przyjmować w swoich działaniach bardziej długoterminową perspektywę i chronić prawa mniejszości.

Referenda obywatelskie we Francji pozwoliłyby obejść te mechanizmy kontrolne i mogłyby otworzyć drzwi do uchylenia przepisów zezwalających na aborcję, zakazujących stosowania kary śmierci oraz uznających małżeństwa jednopłciowe. Mogłoby to również prowadzić do wszelkiego rodzaju demagogicznych działań w zakresie polityki gospodarczej – od niższego wieku emerytalnego do regulacji anty-imigranckich, a nawet „Frexitu”, czyli wyjścia Francji ze strefy euro, czy z Unii Europejskiej.

Z drugiej strony, jeśli rząd Macrona ograniczy się do składania gołosłownych deklaracji poparcia dla idei konsultacji obywatelskich, obecny kryzys się pogłębi. „Żółte kamizelki” uzyskają „potwierdzenie”, że elity nie słuchają, gdy obywatele mówią im o swoich potrzebach.

Co więc dobrego może wyniknąć z konsultacji? Udana debata mogłaby ponownie zaangażować Francuzów w życie polityczne ich kraju. We Francji proces decyzyjny jest scentralizowany, polityka publiczna jest bardzo ujednolicona (pomimo podejmowanych przez rząd Macrona nieśmiałych prób promowania większej elastyczności), a poziom zaangażowania obywatelskiego niski. Niechęć elit do zaufania obywatelom, w połączeniu z brakiem zaangażowania obywateli oraz ich okazjonalnym infantylnym zachowaniem, tworzą samospełniającą się przepowiednię.

W tym kontekście nie dziwi wcale, że istotną cechą doświadczenia „żółtych kamizelek” stało się poczucie „istnienia” – uczestnictwa w przygodzie i uzyskania możliwości przedstawienia swojego zdania w mediach. Problem polega na tym, że wcześniejszy niski poziom zaangażowania francuskich obywateli oraz ich kiepskie zrozumienie realiów gospodarczych bardziej predestynują ich do wysuwania kategorycznych żądań, niż do naciskania na przeprowadzenie realistycznych reform.

Prawidłowo zorganizowane konsultacje, w ramach których obywatele Francji mogliby zastanowić się nad koniecznymi kompromisami politycznymi, uznać obiektywne fakty oraz odkryć na nowo poczucie wspólnoty, mogłyby okazać się ogromnym sukcesem. Na przykład, kiedy wszyscy zaakceptują, że istnieje sprzeczność między obniżaniem podatków i poprawą dostępności usług publicznych, możliwe będzie przeprowadzenie debaty na temat najlepszych sposobów wyznaczania optymalnego kompromisu w zakresie polityki publicznej.

Francuzi muszą zastanowić się nad zasadnością wszystkich bez wyjątku usług publicznych.

W ramach tej debaty powinno się rozważyć wszelkie możliwe propozycje. Francuzi muszą zastanowić się nad zasadnością wszystkich bez wyjątku usług publicznych, nad tym czy te usługi spełniają swoje cele, czy ich koszty są rozsądne, a także czy dostępne są lepsze alternatywy. Tak zrobili Kanadyjczycy i Skandynawowie w latach 90. XX wieku, kiedy również zmagali się z dysfunkcyjnymi sektorami publicznymi, rosnącym poziomem zadłużenia publicznego oraz wysokim bezrobociem.

Francja wreszcie angażuje się w proces, którego celem jest modernizacja gospodarki, przy jednoczesnej ochronie obywateli. Kraj znajduje się jednak na rozdrożu, a jego obywatele wciąż mogą ściągnąć swoje państwo na drogę antyliberalizmu i demagogii.

Jean Tirole jest laureatem Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii z 2014 roku. Jest Honorowym Przewodniczącym Szkoły Ekonomicznej w Tuluzie oraz Przewodniczącym Instytut Badań Zaawansowanych w Tuluzie (Insittute for Advanced Study). Jego najnowsza książka zatytułowana jest Economics for the Common Good (Ekonomia Dobra Wspólnego).

© Project Syndicate, 2019

www.project-syndicate.org


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły