Specjalne strefy ekonomiczne nie są już Polsce potrzebne

08.01.2014
W 2013 r. 50 inwestorów zagranicznych ogłosiło, że zainwestują w Polsce około 825 mln euro - mniej niż w 2012 r. Prof. Saul Estrin z LSE przekonuje, że większe zachęty są jednak niepotrzebne, a inwestycje zagraniczne mogą mieć również negatywne konsekwencje.

Prof. Saul Estrin


ObserwatorFinansowy.pl: Słuchałem niedawno wykładu, na którym prezentował pan zaskakujące wyniki badań. Wynikało z nich, że bezpośrednie inwestycje zagraniczne (BIZ) mają negatywny wpływ na rozwój lokalnej przedsiębiorczości. Inwestycje zagraniczne mogą mieć wady?

Saul Estrin: Oczywiście, że tak. Jak wszystko.

O takich inwestycjach mówi się z reguły, jakby miały same zalety.

Ależ bezpośrednie inwestycje zagraniczne mogą mieć zarówno negatywne, jak i pozytywne konsekwencje, w zależności od konkretnego przypadku. Teoretycznie na poziomie makro, bezpośrednie inwestycje zagraniczne mogą generować takie przepływy kapitałowe, z którymi państwo może sobie nie poradzić. Mam na myśli kwestie opodatkowania dochodów zagranicznych inwestorów. Jest to jednak kwestia istotna bardziej z punktu widzenia budżetu państwa. Jeśli zaś chodzi o gospodarkę, to rzeczywiście wygląda na to, że wraz ze wzrostem inwestycji zagranicznych spada poziom lokalnej przedsiębiorczości.

Musimy oceniać BIZ-y całościowo, a nie przez pryzmat ich cząstkowych zalet czy wad. I choć, jak powiedziałem, mają one także wady, to ogólna ocena jest jednoznaczna: per saldo BIZ-y są dla przyjmującego je kraju korzystne. Wpływają pozytywnie na poziom zatrudnienia czy zaawansowania technologicznego danej gospodarki, a w konsekwencji na wzrost PKB. Żaden poważny ekonomista nie będzie przekonywał do tezy przeciwnej.

Mimo to spotkałem ludzi argumentujących, że niektóre inwestycje są pożądane, a niektóre nie i zanim wpuścimy inwestora do siebie, należy ocenić, jak ma się sprawa w tym konkretnym przypadku.

 

Pamiętajmy, że nie ma rzeczy bezwzględnie dobrych i korzystnych. Niech pan sobie wyobrazi, że znajduje pan w ogródku dużą bryłę złota. Może pan ją zainwestować albo kupić za nią coś przydatnego, co podniesie jakość pańskiego życia. Ale może pan równie dobrze wymienić ją na rzeczy zbyteczne, które pana rozleniwią i gdy pieniądze ze złota się skończą, nie będzie pan miał z czego żyć. Tak może być z poszczególnymi inwestycjami zagranicznymi – mogą być owocne dla kraju gospodarza albo go „psuć”. To jednak zależy przede wszystkim od kraju, od rozwiązań instytucjonalnych, które stosuje, a nie od inwestorów.

Realny wpływ danej inwestycji na gospodarkę możemy ocenić całościowo dopiero post factum. Propozycje selekcjonowania inwestycji i wpuszczania tylko tych pożądanych zakładają, że selekcjonować je będzie państwowa administracja, czyli urzędnicy. Nie dość, że taka sytuacja jest korupcjogenna, to jeszcze kompetencje urzędników w ocenie, co jest dla gospodarki korzystne, a co nie, są – mówiąc delikatnie – ograniczone. Wyobraża pan sobie, jak sztab urzędników analizuje przypadek po przypadku, czy należy na daną inwestycję pozwolić czy nie? Przecież to gwarantowany paraliż. Najlepiej po prostu stworzyć jasne kryteria wpuszczania zagranicznych inwestorów i traktować ich równo.

W II połowie XIX w. Stany Zjednoczone mocno ograniczały napływ zagranicznego kapitału inwestycyjnego, a to wtedy rozwijały się najszybciej.

 

Mówimy o innych czasach, gospodarce innej niż gospodarki nowoczesne i o wcale nie tak jednoznacznej sytuacji. Porównywanie współczesnych krajów rozwijających się do USA z XIX w. nie ma większego sensu. Dla takiego kraju jak Polska, która wciąż potrzebuje nowoczesnego know-how, inwestycje zagraniczne są per saldo na pewno korzystne i przykład USA jest tutaj nie na miejscu.

Czy istnieją jakieś skuteczne sposoby ściągania bezpośrednich inwestycji zagranicznych?

 

Nie wierzę w skuteczność polityki nakierowanej na przyciąganie BIZ-ów. Uważam, że taka polityka jest nieskuteczna. Jeśli jakiś inwestor uważa, że w danym kraju opłaca się zainwestować, to tam zainwestuje bez względu na to, czy doradza mu to jakiś polityk albo urzędnik, czy nie. Najważniejszym czynnikiem przyciągającym inwestorów są dobre instytucje, czyli dobre prawo, sprawne sądy, jasny system podatkowy. Nikt nie zainwestuje także w kraju gospodarczo niestabilnym i o wysokiej inflacji.

Czynnikiem zniechęcającym potencjalnych inwestorów jest także kiepska infrastruktura komunikacyjna. No i polityka, niestabilność polityczna także nie służy BIZ-om. Podobnie jak „ekstremalna stabilność” w rozumieniu krajów jak Białoruś rządzonych przez dyktatorów. Tam BIZ-ów nigdy nie będzie zbyt wiele. Innymi słowy: BIZ-y same przyjdą tam, gdzie nikt nie przeszkadza gospodarce w rozwoju.

Miałem raczej na myśli skuteczność przyciągania inwestorów przez zachęty podatkowe, oferowanie im preferencyjnych kredytów inwestycyjnych czy tworzenie specjalnych stref ekonomicznych. Czy to się opłaca?

Zachęty podatkowe mogą czasami pomóc. Gdy jakaś branża w krajowej gospodarce jest nienowoczesna i zdominowana przez małą liczbę podmiotów, warto ściągnąć im dodatkowych konkurentów, którzy wymuszą zmiany i modernizację. To się odbędzie z korzyścią dla konsumentów.

Jeśli jednak dajemy ulgi zagranicznym inwestorom, a lokalnym przedsiębiorcom nie, to ci drudzy mogą się trochę oburzyć, prawda?

 

W niektórych przypadkach trzeba na to oburzenie przymknąć oko, bo paradoksalnie na pojawieniu się dodatkowej konkurencji skorzystają sami oburzeni. Staną się po prostu lepszymi przedsiębiorcami, zahartują się.

Wspomniał pan o specjalnych strefach ekonomicznych. Mam zastrzeżenia co do ich sensowności. Istnieje groźba, że te strefy zamienią się w specjalne enklawy dla zagranicznych inwestorów. Będą oni przyjeżdżać, budować fabryki, produkować, robić na tym duże pieniądze, ale nic z ich działalności nie przeniknie do lokalnej gospodarki, nie zostanie przez nią zaabsorbowane. W efekcie – oprócz wzrostu zatrudnienia w okolicy – specjalne strefy nic nie dadzą lokalnej gospodarce, a rząd do nich dopłaci, bo przecież panują w nich specjalne, preferencyjne warunki, których stworzenie jest kosztowne dla budżetu.

Jak duże jest ryzyko, że specjalne strefy ekonomiczne zamienią się w takie enklawy?

 

Spore. Lepiej, żeby BIZ-y pojawiały się w otoczeniu firm lokalnych niż innych BIZ-ów. Żeby miały pełny kontakt z lokalną gospodarką, na równych zasadach.

W Polsce mamy bodaj 14 specjalnych stref ekonomicznych…

Naprawdę? I to jest zgodne z prawem Unii Europejskiej? Niesamowite! Specjalne strefy ekonomiczne są na pewno dobre dla krajów bardzo biednych, które dopiero zaczynają swoją przygodę z rozwojem gospodarczym, np. afrykańskich. Mogą one zainicjować w nich rozwój gospodarczy. W takich krajach jak Polska, które co prawda wciąż się rozwijają, ale osiągnęły już pewien pułap zaawansowania, mają swój przemysł, swoich biznesmenów, specjalne strefy ekonomiczne moim zdaniem nie są potrzebne.

Przenieśmy się na chwilę na bardziej globalny poziom. USA i Unia Europejska zamierzają podpisać porozumienie o wolnym handlu. To ułatwi wzajemne inwestycje bezpośrednie?

 

Powinno.

Są głosy, że to porozumienie zostanie zawarte tylko po to, by usunąć regulacje przeszkadzające wielkim korporacjom w czerpaniu nieograniczonych zysków, zwłaszcza te, które słusznie chronią konsumentów i środowisko.

 

Kto tak mówi? To niepoważne głosy. Wzajemny handel i inwestycje na linii UE–USA są blokowane przez wiele czynników i to jest na pewno negatywne, bo hamuje rozwój gospodarczy zarówno Unii, jak i Stanów Zjednoczonych. Mowa o ograniczeniach w handlu mięsem, rybami, produktami rolnymi. Szczegóły są dostępne w raportach Światowej Organizacji Handlu. Większość z tych regulacji to po prostu efekt gospodarczego nacjonalizmu, który w dodatku szkodzi tym, którzy go stosują.

Rozmawiał Sebastian Stodolak

Prof. Saul Estrin wykłada na Wydziale Zarządzania London School of Economics. Specjalizuje się w zagadnieniach dot. prywatyzacji, rozwoju rynków wschodzących, konkurencji i bezpośrednich inwestycjizagranicznych.

OF


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test