Spowolnienie w strefie euro mocno nie zaszkodzi Polsce

08.04.2019
Wzrost gospodarczy będzie szybszy niż w projekcji z listopada 2018 r., ale inflacja będzie rosła wolniej. Dynamika PKB obniży się przez słabą koniunkturę globalną, głównie w strefie euro, która będzie również ograniczała presję inflacyjną. Inflację obniży także brak podwyżek cen energii, które zakładaliśmy w listopadzie - mówi Jacek Kotłowski, zastępca dyrektora DAE.

Jacek Kotłowski fot. NBP


ObserwatorFinansowy.pl: Jak duże są ryzyka płynące z otoczenia polskiej gospodarki?

Jacek Kotłowski, z-ca dyrektora Departamentu Analiz Ekonomicznych NBP: Obserwujemy bardzo silne spowolnienie w strefie euro, szczególnie w gospodarce niemieckiej. Najprawdopodobniej mamy do czynienia z trwałym obniżeniem wzrostu i wejściem w fazę spowolnienia, choć obecnie wzrost w strefie euro ograniczany jest dodatkowo przez czynniki jednorazowe, np. problemy ze spełnieniem norm emisji spalin i rejestracją nowych samochodów produkowanych w Niemczech. Na szczęście u nas w większości danych nie widać jeszcze tego osłabienia, mamy stosunkowo wysoką dynamikę produkcji przemysłowej, również wśród eksporterów, rośnie sprzedaż detaliczna.

Pogorszenie koniunktury widać za to w tzw. miękkich danych, głównie we wskaźniku PMI, a także niektórych wskaźnikach koniunktury publikowanych przez GUS. Przejściowo możemy utrzymać nieco wyższe tempo wzrostu, ale w długim okresie w przypadku takiej gospodarki jak Polska, czyli małej gospodarki otwartej, niższy wzrost za granicą przekłada się na niższy wzrost w kraju. Niektórzy ekonomiści podają tzw. regułę kciuka – w długim okresie wzrost w Polsce to wzrost w Niemczech plus 2 pkt proc.

Europejski Bank Centralny zakłada, że wzrost PKB w strefie euro wyniesie 1,1 proc. w 2019, 1,6 proc. w 2020, a 1,5 proc. w 2021 roku. Nie jest to dużo.

Nasze prognozy dla strefy euro to 1,2 proc. na ten rok, czyli trochę wyżej niż EBC, na kolejny rok 1,5 proc. i na 2021 – 1,4 proc. Jak widać te liczby są bardzo zbliżone. Przy czym tak naprawdę dla nas najważniejszy jest wzrost w Niemczech, i tak dla Niemiec prognozujemy na ten rok 0,9 proc., a w kolejnych latach po 1,4 proc., czyli nieco poniżej potencjalnego tempa wzrostu dla tej gospodarki.

Jest szansa, że w Niemczech i całej strefie euro będzie lepiej?

W Niemczech, jak już wspomniałem, na spowolnienie nałożyło się kilka czynników. Zaczęło się od silnego tąpnięcia eksportu do gospodarek azjatyckich, zwłaszcza do Chin i to widzieliśmy najwyraźniej w pierwszej połowie 2018 roku. Bardzo silnie obniżył się popyt importowy Chin na towary z Niemiec, co było z kolei spowodowane wojnami handlowymi, ale również słabością popytu wewnętrznego i problemami strukturalnymi gospodarki chińskiej. Widać, że gospodarka ta jednak zwalnia i tempo wzrostu się obniża, choć wg danych oficjalnych obniżenie to jest dość symboliczne, o 0,1 pkt proc., o 0,2 pkt proc. Na to nałożyły się problemy sektora motoryzacyjnego, przy czym obecnie są to już chyba tylko problemy jednego koncernu, za to dużego. Te problemy stopniowo ustępują, ale dużo wolniej niż można się było spodziewać.

Dane za grudzień i styczeń pokazują jednak, że gospodarka niemiecka stopniowo odżywa, z tym, że tego wcześniejszego spowolnienia raczej nie nadrobi i wzrost będzie niższy, bo mamy niższy punkt wyjścia w IV kwartale 2018 r. Dodatkowo w momencie, kiedy w Niemczech zaczął poprawiać się eksport poza strefę euro, zaczęły napływać słabsze dane o zamówieniach z innych gospodarek strefy euro. Włochy znalazły się w drugiej połowie ubiegłego roku w technicznej recesji, Francja również radzi sobie słabiej, do tego dochodzi niepewność związana z brexitem. Problem jest szerszy i obejmuje całą strefę euro, prawdopodobnie chodzi o cykliczne spowolnienie, którego można się było spodziewać w związku ze stopniowym wycofywaniem się EBC z programu QE i pojawieniem się ograniczeń podażowych w niektórych gospodarkach strefy euro.

Ale Niemcom nie grozi recesja?

Recesja może nie, ale w III i IV kwartale 2018 r. mieliśmy tam słabszą konsumpcję. Dynamika sprzedaży detalicznej była stosunkowo niska, co jest trudne do wytłumaczenia przy rekordowo niskim bezrobociu, wzroście zatrudnienia, rosnących płacach i impulsie fiskalnym wprowadzonym przez rząd federalny. Lepsze dane zobaczyliśmy dopiero w styczniu. Być może Niemcy zrobili w drugiej połowie ubiegłego roku takie ostrożnościowe oszczędności, widząc ogólne pogorszenie w przemyśle.

To, co będzie wspierało gospodarkę niemiecką i zapobiegnie recesji, to mocny rynek pracy, rosnące wynagrodzenia oraz niższe ceny ropy i ceny energii. No i przede wszystkim większe wydatki rządowe, które będą kreowały dodatkowy popyt. Inflacja rośnie wolniej niż się wszyscy spodziewali, a problemy sektora motoryzacyjnego powinny ustąpić. Dlatego spodziewamy się, że wzrost w Niemczech się ożywi, w tym roku będzie na poziomie 0,9 proc., natomiast w przyszłym roku będzie wyższy.

W projekcji wzrost PKB dla Chin został obniżony z 6,6 proc. do 6,1 proc. Jak słabsza koniunktura w Chinach wpłynie na Europę i USA?

Chiny od dłuższego czasu borykają się z kłopotami. Z jednej strony władze podtrzymują wzrost, żeby nie rosło bezrobocie i zwiększało się zatrudnienie, z drugiej chcą zachować równowagę makroekonomiczną i finansową. Chiny są bardzo zadłużoną gospodarką: zadłużony jest rząd, firmy, coraz częściej konsumenci. Duże jest ryzyko pojawienia się baniek na rynku nieruchomości. Jednocześnie gospodarka nadal w dużym stopniu bazuje na niskich kosztach pracy, więc wszystkie dodatkowe cła bardzo mocno odbijają się na tych kosztach i produkcja przenosi się do innych krajów. Chińczycy obniżyli podatki, co może mieć pozytywny wpływ na konsumpcję, natomiast to są czynniki jednorazowe. W Chinach długookresowo brakuje systemu zabezpieczenia społecznego, co powoduje, że Chińczycy muszą sami o wszystko zadbać. Widać wyraźnie, że nie jest im łatwo zbudować model gospodarki oparty w większym stopniu na konsumpcji.

Kto jest wygranym w wojnie celnej między USA a Chinami i UE? Deficyt handlowy USA zwiększył się w 2018 roku do rekordowego poziomu zamiast zmniejszyć.

Wojna celna nie służy nikomu. Nałożenie ceł na produkty chińskie, relatywnie tanie, nie spowoduje, że Amerykanie nie będą ich kupować, a np. zaczną je produkować u siebie, bo nadal produkcja może nie być opłacalna. Deficyt handlowy USA wynika w dużej mierze z amerykańskiego modelu gospodarczego, który charakteryzuje się m.in. niską stopą oszczędności, i cła tego nie zmienią.

Wojna celna nie służy nikomu. Nałożenie ceł na produkty chińskie nie spowoduje, że Amerykanie nie będą ich kupować i zaczną je produkować u siebie

Gdzie w tych globalnych relacjach znajduje się Polska? Nasz punkt odniesienia to zawsze Niemcy?

Niemcy są i pozostaną na długo naszym głównym partnerem handlowym. Wynika to też z bliskości geograficznej i kulturowej. Polska jest nadal mało aktywna w Azji czy w Ameryce Południowej, chociaż się to powoli zmienia. Ważny tu jest jednak efekt skali, a nie mamy jeszcze wielkich globalnych firm, które zapewniają dostęp do wielu rynków światowych.

DNA gospodarki Niemiec to eksport. Czy polska gospodarka zmierza również w tym kierunku?

Nie tylko Polska, ale też cały nasz region, który bardzo korzysta z wymiany handlowej. Polska, Węgry, Czechy, Słowacja, a pewnie niedługo Rumunia i Bułgaria to kraje o potencjalnych nadwyżkach handlowych. W Polsce trend ten widać najsilniej w usługach, ale także w handlu towarami, choć w nieco mniejszym stopniu, ponieważ silniej oddziałują tu czynniki cyklicznie. Kraje naszego regionu produkują coraz więcej dla Unii Europejskiej, przy czym warto podkreślić, że finalnym odbiorcą naszego eksportu w Unii są nie tylko Niemcy, które oprócz rynku zbytu dodatkowo pełnią niejako rolę pośrednika w naszym eksporcie, ale też inne kraje. Np. Polska produkuje podzespoły dla Niemiec, a Niemcy wysyłają gotowe produkty dalej do UE i w świat.

W 2014 roku udział Niemiec w naszym eksporcie brutto wyniósł 25 proc., a udział w eksportowanej wartości dodanej już mniej, bo jedynie nieco ponad 18 proc., choć oczywiście to nadal dużo. Zdecydowanie my też jesteśmy krajem, w którym eksport odgrywa coraz większą rolę, z tym, że jesteśmy na innym etapie łańcucha wartości dodanej niż Niemcy. My mamy także spory udział eksportu z rodzimych przedsiębiorstw, które rozwinęły się organicznie, tyle, że jeszcze daleko im do pozycji korporacji globalnych.

Jeśli w Niemczech nie jest najlepiej, to może szacunki wzrostu dla Polski są zbyt optymistyczne?

Spowolnienie w Niemczech, tak silne jak obecnie, jest przejściowe. Dzisiaj mamy apogeum negatywnych danych, potem powinno się poprawiać, chociaż nadal nad gospodarką europejska wiszą ciemne chmury, np. niepewność dotycząca skutków możliwego nieuporządkowanego, twardego brexitu. Ale mamy w Niemczech silny impuls fiskalny, który Polsce też pomaga, bo poprawia naszą produkcję i eksport, a nie generuje przecież obciążeń dla naszych finansów publicznych. Polska ma też dodatkowo stymulację zewnętrzną w postaci funduszy unijnych. Ubiegły rok był najprawdopodobniej najlepszy, jeśli chodzi o wzrost wykorzystania funduszy unijnych w tym cyklu.

Co będzie, jak zabraknie funduszy unijnych?

Funduszy unijnych nie tyle zabraknie, co zmniejszy się ich alokacja wraz ze wzrostem zamożności regionów. Przy czym nie jest to aż tak duże wyzwanie średniookresowe dla Polski, jak się to czasem obrazuje. Dzięki środkom unijnym udało nam się bardzo wydatnie poprawić infrastrukturę i jakość życia, te inwestycje były niezbędne i są warunkiem koniecznym do dalszego rozwoju i inwestycji, a nie musieliśmy się z powodu tych niezbędnych wydatków zadłużać. Dlatego wchodzimy w nowy okres z lepszej pozycji, z bardziej stabilnymi fundamentami gospodarczymi i lepszą infrastrukturą, która powinna ułatwić naszym przedsiębiorcom, aby stawali się bardziej innowacyjni i przesuwali się w łańcuchu dostaw coraz wyżej, aby realizowali własne pomysły na produkcję i usługi.

Nasza przewaga komparatywna to kapitał ludzki, bo nie nadrobimy 50-60 lat różnicy w akumulacji kapitału, nie będziemy dzisiaj produkowali dóbr, które wymagają ogromnego nakładu kapitału, bo tego kapitału po prostu jeszcze w Polsce nie ma. Możemy jednak konkurować tam, gdzie liczy się kapitał ludzki, np. branża IT, tam nie trzeba dużych inwestycji. Musimy szukać nisz, np. Czechy i Słowacja mają przemysł motoryzacyjny, my mamy dobrze wykształconych informatyków, którzy nie muszą wyjeżdżać za granicę, mogą zostać w kraju i pracować zdalnie, przyczyniając się do wzrostu eksportu usług i akumulacji kapitału w Polsce.

Nowym składnikiem w marcowej projekcji są potencjalne efekty nowego impulsu fiskalnego. Jaka będzie jego skala?

Impuls fiskalny ma wynieść w 2019 i 2020 roku po ok. 1 proc. PKB. Ten impuls podbije nam wzrost gospodarczy w tym roku, choć może w niewielkim stopniu, ale już w przyszłym, poprzez efekt mnożnikowy, będzie dużo więcej. Efekt mnożnikowy oczywiście zależy od charakteru impulsu fiskalnego. Zazwyczaj efekt jest silniejszy w przypadku inwestycji publicznych i spożycia zbiorowego, czyli środków mniej importochłonnych, w dużej mierze wydawanych w kraju. Natomiast impulsy związane z obniżeniem podatków, zmniejszeniem kwoty wolnej od opodatkowania, czy transfery społeczne mają nieco słabszy wpływ na wzrost, z uwagi na to, że tylko część z tych środków jest wydawana, a część z kolei jest wydawana na dobra z importu, co nie przekłada się na wzrost krajowego PKB.

Jakie mogą być efekty gospodarcze takiego impulsu?

Są tutaj dwie ważne sprawy. Oprócz importochłonności, ważne jest też to, w jakiej jesteśmy fazie cyklu. W fazie spodziewanego spowolnienia impuls fiskalny może zadziałać silniej, bo brakuje wtedy popytu prywatnego. Zastępuje go wówczas, przynajmniej w części, wzrost popytu publicznego. Jednocześnie mamy niewykorzystane zdolności produkcyjne, co powoduje, że w fazie spowolnienia takie działania są skuteczniejsze niż w fazie ożywienia. Choć z drugiej strony część gospodarstw domowych może dokonywać oszczędności przezornościowych, co obniży efekt działania impulsu.

W fazie spodziewanego spowolnienia impuls fiskalny może zadziałać silniej, bo brakuje popytu prywatnego. Zastępuje go wówczas, w części, wzrost popytu publicznego

Czy oprócz efektów impulsu fiskalnego znalazły się w projekcji jakieś inne istotne zmiany?

Ważne było to, że zrewidowaliśmy szacunki wpływu imigracji z Ukrainy na potencjalne tempo wzrostu polskiej gospodarki. Uznaliśmy, że biorąc pod uwagę, jak kształtuje się dzisiaj inflacja, prawdopodobnie wcześniej nie doszacowaliśmy skali wpływu pracowników z Ukrainy na polski rynek pracy, w szczególności tego jak szybko rośnie ich produktywność i jak silnie maleje naturalna stopa bezrobocia w Polsce. Ukraińcy podnoszą potencjał w dużo większym stopniu niż rzeczywisty PKB i jednocześnie silniej niż spodziewaliśmy się wcześniej.

Potencjalny PKB jest wyższy, a inflacja niższa dzięki pracownikom z Ukrainy?

Napływ imigrantów z Ukrainy zwiększa średniookresowy potencjał polskiej gospodarki na dwa sposoby. Po pierwsze rośnie zasób dostępnej siły roboczej, która w warunkach dobrej koniunktury pozwala utrzymać gospodarkę na ścieżce zrównoważonego wzrostu. Po drugie pracownicy z Ukrainy, zgłaszając niższe żądania płacowe niż Polacy pracujący na porównywalnych stanowiskach, obniżają tak zwaną naturalną stopę bezrobocia, czyli stopę przy której nie pojawia się jeszcze nadmierna presja płacowa (NAWRU).

W marcowej projekcji, bazując na najnowszych badaniach ankietowych wśród migrantów oraz obserwując zmiany regulacyjne w zakresie migracji, a także kształtowanie się płac i cen w gospodarce, doszliśmy do wniosku, że efektywny dodatkowy zasób pracy wynikający z napływu Ukraińców jest większy niż dotąd sądziliśmy. Oprócz tego, że na skutek zmian regulacyjnych mogą pracować oni coraz dłużej, najprawdopodobniej szybciej rośnie również ich produktywność. Obecność migrantów z Ukrainy wpływa zatem korzystnie na dynamikę produktu potencjalnego Polski i jednocześnie ogranicza wzrost kosztów pracy. Oba czynniki działają hamująco na inflację, która w dalszym ciągu pozostaje niska.

Czy są jeszcze inne przyczyny niskiej inflacji? Czy inflacja nie powinna być wyższa przy stosunkowo jednak wysokim wzroście PKB?

Przyczyny utrzymywania się niskiej inflacji trudno jednoznacznie skwantyfikować, mamy jednak hipotezy, które w dużym stopniu wyjaśniają to zjawisko. Sądzimy, że jest to wypadkowa czynników cyklicznych i strukturalnych. Te pierwsze to fakt, że polska gospodarka przez długi czas funkcjonowała jednak w warunkach utrzymywania się wolnych zdolności produkcyjnych, a pracownicy z Ukrainy podnosili systematycznie potencjalny PKB. I tak naprawdę te ograniczenia po stronie czynników wytwórczych, jeśli chodzi o zasoby pracy zaczęły się pojawiać dopiero stosunkowo niedawno. Luka popytowa zaczęła przyjmować dodatnie wartości dopiero na początku ubiegłego roku. Można powiedzieć, że działaliśmy zatem przez długi czas w warunkach ujemnej luki i dlatego wysoki wzrost nie generował istotnych napięć. Widać to chociażby porównując tempo wzrostu płac w Polsce i w innych krajach naszego regionu, gdzie jest ono wyraźnie wyższe.

W efekcie dopiero teraz wchodzimy w okres wzrostu inflacji. Jeśli porównamy aktualną inflację 1,7 proc. z inflacją, a nawet deflacją sprzed kilku lat, widzimy wzrost. Jesteśmy zatem w okresie wzrostu inflacji, który następuje z dużym opóźnieniem. Na tle innych krajów mamy przy tym nadal wysoki wzrost PKB i relatywnie umiarkowany wzrost płac. Czyli niska inflacja to jak dotąd także wynik stosunkowo niskiego wzrostu jednostkowych kosztów pracy i dopiero od niedawna dodatniej luki popytowej.

Jesteśmy w okresie wzrostu inflacji, który następuje z dużym opóźnieniem. Na tle innych krajów mamy nadal wysoki wzrost PKB i relatywnie umiarkowany wzrost płac

Do tego dochodzi silna konkurencja w handlu i usługach?

Ważnym czynnikiem jest bardzo silna konkurencja na rynku detalicznym. Mamy dużo sieci handlowych, które walczą o klienta, a klient w Polsce najczęściej szuka miejsca, gdzie jest taniej. Sieci handlowe mają też silną pozycję przetargową w negocjacjach z dostawcami. Dostawcy są słabo zrzeszeni, np. rolnicy. Na to nakładają się wojny cenowe, np. w telefonii komórkowej, ubezpieczeniach. Postępuje też globalizacja, także usług i zakupy przez internet.

Czy silne powiązanie z Niemcami powoduje, że i ścieżka inflacji CPI jest u nas niemal identyczna jak inflacja CPI w całej strefie euro?

Faktem jest, że gdy nałożymy na siebie CPI Polski i CPI strefy euro, to dostaniemy bardzo podobne wykresy. Na gruncie ekonometrii podobieństwo można tłumaczyć na dwa sposoby – albo jest jakiś wspólny czynnik wpływający na oba wykresy, albo przyczynowość, w której na ogół większa gospodarka wpływa na mniejszą. Ta pierwsza hipoteza oznaczałaby np. wspólne trendy w cenach żywności i energii, co jest dość prawdopodobne.

Druga hipoteza, o przyczynowości, oznaczałaby, że w strefie euro inflacja jest niska np. z powodu słabej koniunktury, a to oznacza, że i polscy producenci nie bardzo mogą podnosić ceny ze względu na ryzyko tańszego importu ze strefy euro. Jesteśmy przecież w UE, mamy wspólny rynek i może być tak, że niska inflacja za granicą hamuje możliwość wzrostu inflacji w Polsce. To brzmi prawdopodobnie w przypadku towarów. Trochę trudniej importować jest usługi, ale tu z kolei ceny w Polsce nie rosły znacząco dzięki napływowi pracowników z Ukrainy.

Mówił Pan o regule „wzrost PKB w Polsce to wzrost PKB w Niemczech plus 2 pkt proc.”, czy inflacja w Polsce to też „inflacja CPI strefy euro z minimalną korektą”?

To byłoby zbyt proste, gdyby tak banalne reguły działały. Faktem jest, że występuje dość silna  korelacja między inflacją CPI w Polsce i w strefie euro, ale to wynika ze wspólnych trendów na rynku żywności i energii. Gdy porównamy inflację bazową w obu gospodarkach, to korelacja nadal będzie, ale już nie tak uderzająca. Nie jest więc tak, że to są pod względem inflacji dwie identyczne sytuacje.

A czy sprawdzają się cykle gospodarcze? Zacznijmy od najdłuższego – cykl Kondratiewa powinien trwać ok. 50-60 lat i wiązać się z przełomami technologicznymi. Ostatnim przełomowym patentem był chyba mikroprocesor w 1973 roku i na kolejną rewolucję wciąż czekamy.

Dla mnie taki przełom już się wydarzył i to jest smartfon podłączony do internetu. Ważniejsze od procesora jest jego zastosowanie i w tym wypadku dostęp z każdego miejsca na świecie do nieograniczonych zasobów wiedzy i informacji. Faktycznie jednak pojawiają się głosy o słabnącym postępie i negatywnym wpływie tego zjawiska na wzrost gospodarczy, o tym po części mówi hipoteza sekularnej stagnacji. Ja nie do końca podzielam tę diagnozę, że wzrost gospodarczy nie ruszy bez wielkiego przełomu technologicznego. Uważam, że wystarczy, że mamy więcej mniejszych przełomów.

A 4-letni cykl Kitchina? Jest najbardziej zbliżony do horyzontu projekcji inflacji i PKB i wynika z niego, że mamy teraz maksymalne tempo inflacji, a zmierzamy ku minimum wzrostu PKB. Stosuje Pan to narzędzie?

Jestem przekonany, że cykle w gospodarce są, ale praktycznie rzecz biorąc każdy jest trochę inny niż poprzednie i ciężko przepisać jakieś reguły jeden do jednego. W dodatku te cykle mocno się wypłaszczają. Kryzys finansowy z 2008 roku wiele zmienił i uaktywnił banki centralne, które operują już nie tylko stopą procentową, ale i bardziej niekonwencjonalnymi narzędziami, jak skup aktywów. Banki centralne i rządy robią wszystko, aby recesja się nie powtórzyła, a to z kolei powoduje wygładzenie zmian na rynkach. Nie chcę przesądzać, czy to dobrze czy źle, ale warto zauważyć, że ten medal ma dwie strony. Narzekamy czasem na sekularną stagnację, na wolne tempo inwestycji, ale z drugiej strony wyprzedzamy i łagodzimy potencjalne recesje, mając świadomość nie tylko ich kosztów gospodarczych, ale i społecznych.

Cykle gospodarcze są, ale każdy jest trochę inny niż poprzednie i w dodatku cykle mocno się po kryzysie finansowym z 2008 roku wypłaszczają.

Jaka jest sprawdzalność projekcji inflacji i PKB i jej wpływ na rynek? W 2015 roku pisał Pan, że wpływ sprowadza się do ograniczenia rozrzutu prognoz na rynku, ale jedynie jeśli chodzi o tempo wzrostu PKB

Musiałbym uaktualnić te szacunki, ale zakładam, że nadal jest podobnie – tzn. że wpływ projekcji jest większy, jeśli chodzi o PKB niż o inflację. W przypadku PKB rzeczywiście byliśmy w stanie ograniczyć rozrzut prognoz na rynku i również wpływać na ich medianę, w przypadku inflacji tego efektu już nie było. Wyjaśnienie jest proste – zakładam, że dla rynku ważniejsza jest nie nasza warunkowa prognoza inflacji, tylko zobowiązanie banku centralnego sprowadzenia inflacji do celu. I to widać nawet w prognozach banków komercyjnych – w ciągu 12 miesięcy prognozy inflacji mogą się trochę wahać, ale w długim terminie jednak oscylują wokół 2,5 proc.

Jaki będzie motyw przewodni lipcowej projekcji?

Przy kolejnej projekcji będziemy się musieli zmierzyć z tym, w jakim kierunku będzie szła gospodarka globalna. Będziemy na pewno dużo więcej wiedzieli o tym, na ile trwałe jest spowolnienie w strefie euro. Dzisiaj mamy apogeum złych danych, zobaczymy, co będzie dalej. To jest duża niewiadoma. Myślę, że nadal będziemy jeszcze poszukiwali odpowiedzi na ważne pytania o to, jak się zakończą wojny handlowe, co będzie po brexicie, jak będzie wyglądało wychodzenie Wielkiej Brytanii z UE, na ile wpłynie to na globalne sieci podaży. Zaczniemy się też bardziej zastanawiać nad tym, co oznacza otwarty rynek pracy dla Ukraińców w Niemczech. Myślę, że to będą główne tematy.

Rozmawiał Maciej Danielewicz


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test