Strzały Shinzo Abe mogą jeszcze chybić

16.01.2014
Sukces Abenomiki w największym stopniu zależy od tego, na ile w jej skuteczność uwierzą japońskie przedsiębiorstwa. Żeby eksperyment nie zakończył się katastrofą w tym roku musi dojść do większego ożywienia popytu.

Czy japońskie firmy uwierzą w skuteczność pomysłów premiera Abe? (CC By NC ko_t)


W pierwszy pracujący poniedziałek Nowego Roku w symbolicznym miejscu modłów za dobry biznes i pieniądze, świątyni Kanda Myojin, zgromadziły się tysiące mieszkańców. Biznesmenów i białych kołnierzyków, którzy mają nadzieję na wyjście Japonii z długoletniej stagnacji. Chociaż tradycyjnie wierzący w siły nadprzyrodzone Japończycy ciężko na swoje powodzenie pracują, to ekonomiści uważają, że los japońskiej gospodarki trudno racjonalnie przewidzieć.

Michael Cucek, analityk z MIT Center for International Studies, twierdzi, że Japonię czeka przełomowy i ciężki rok. W kwietniu wzrośnie bowiem z 5 do 8 proc. (a docelowo do 10 proc. w przyszłym roku)  podatek konsumpcyjny, co może zaprzepaścić dotychczasowe starania o  rozruszanie japońskiej gospodarki. To zresztą po poprzedniej podwyżce tego podatku z 3 do 5 procent, w 1997 roku, rozpoczął się czas deflacji i nominalnego wzrostu PKB poniżej zera.

Premier Shinzo Abe, od czasu powrotu do władzy w grudniu 2012 roku, robi wszystko, żeby odwrócić złą passę trwającej ponad dekadę deflacji za pomocą “trzech strzał”. Agresywnego monetarnego luzowania ilościowego, stymulacji fiskalnej i reform, które mają zwiększyć konkurencyjność japońskich firm. Bank Japonii rozpoczął w kwietniu ubiegłego roku powiększanie bazy monetarnej o 60-70 bilionów rocznie (pod koniec 2012 roku wynosiła 138 bilionów jenów) skupując obligacje od banków i innych inwestorów. W nadziei, że zabiorą się za bardziej ryzykowne instrumenty – pożyczki, akcje i zagraniczne aktywa. Główny cel to podbicie inflacji do 2 procent w ciągu dwóch lat.

Faktycznie, pod koniec 2013 roku jej podstawowy wskaźnik zbliżył się do 1 procenta. Tyle, że za presją inflacyjną nie stał większy popyt, ale głównie koszty importowanej żywności i energii, które skoczyły z powodu słabszego jena. Stąd nawet w Banku Japonii coraz częściej słychać głosy, że cel inflacyjny jest nierealny.

–  Eksport, który korzysta na niższym jenie, stanowi ledwie 11 procent PKB, reszta to popyt wewnętrzny, więc po wejściu w życie większego podatku konsumpcyjnego gospodarka znów stanie. Na słabym jenie nie ma kto skorzystać, bo najwięksi producenci kluczowych japońskich branż, takich jak elektronika czy motoryzacja, i tak przenieśli większość produkcji za granicę i rozliczenia handlowe prowadzą w innych walutach – twierdzi Mariusz Krawczyk z Ryukoku University w Kioto.

Shinzo Abe zdecydował się na podwyższenie podatku, bo przy długu publicznym sięgającym prawie 250 proc. PKB, zdobycie środków na finansowanie wzrostu jest konieczne.

– Gospodarka nie wyjdzie ze stagnacji jeśli nie wzrosną średnie dochody ludności, co oznacza że ich pracodawcy muszą stać się bardziej skłonni do ryzyka i…hojniejsi w wynagrodzeniach – uważa Cucek.

Do tego namawiał ich, a raczej niemal błagał osobiście Abe i inni politycy na noworocznym spotkaniu rządu z prawie dwoma tysiącami największych japońskich przedsiębiorstw i organizacji biznesowych. Choć w Japonii autorytet władzy i relacje polityczno-biznesowe są bardzo silne, a tego typu apele bywały już w przeszłości skuteczne, to w tym przypadku na pewno nie wystarczą. Dlatego rząd zastosował też metodę marchewki. Czyli pakietu stymulacyjnego w postaci 1,4 biliona jenów w postaci m.in. subsydiów inwestycyjnych dla małych przedsiębiorstw, czy ulg podatkowych dla pracodawców podwyższających pensje. Planowana jest także likwidacja podatku nałożonego na firmy po tsunami w 2011 roku oraz wprowadzenie ulg podatkowych w strefach specjalnych w celu zachęcenia do inwestycji oraz badań i rozwoju w tych okręgach.

Jak jednak twierdzi profesor Baba Shinchi z Uniwersytetu Kobe, jakiekolwiek ulgi podatkowe będą mało skuteczne, bo tajemnicą poliszynela jest, że 40-proc. CIT płaci praktycznie tylko jedna trzecia japońskich firm. Reszta korzysta z zaawansowanej optymalizacji podatkowej i kreatywnej księgowości. Baza podatkowa jest więc bardzo wąska. Problemem jest też wysokość wynagrodzeń, a przede wszystkim ich rosnące rozwarstwienie i gwałtowne ubożenie ogromnej grupy ludzi zatrudnionych na umowach śmieciowych, których wzrost podatku konsumpcyjnego uderzy najbardziej. A to przełoży się naturalnie na popyt.

– Chcemy, by pensje rosły więcej niż ceny, by wzrost gospodarczy stymulował wyższe zyski przedsiębiorstw, podwyżki wynagrodzeń ich pracowników, a tym samym ich wydatków – mówił premier Abe.

Na razie kończy się jednak na pobożnych życzeniach. Wprawdzie, jak podał w grudniu Banku Japonii, ilość zatrzymanej gotówki i depozytów japońskich przedsiębiorstw (głównie dzięki większym zyskom z eksportu) wzrosła rok do roku o niemal 6 procent do 224 bilionów jenów, ale na razie ani myślą przeznaczać je na większe inwestycje czy pensje. Wciąż mają, jak to określa Schinichiko Kobayashi, starszy ekonomista banku Mitsubishi UFJ, „deflacyjną świadomość”, potęgującą awersję do ryzyka, której zmiana zajmie im trochę czasu.

Tetsuro Sugiura, główny ekonomista Mizuho Research Institute, podkreśla, że firmy, które teraz faktycznie wykazują wzrost, akurat cięły koszty i przeprowadzały restrukturyzację zanim jen zaczął się osłabiać. Według ekonomisty japońskie przedsiębiorstwa przegrały w globalnej konkurencji właśnie dlatego, że nie potrafiły (albo nie mogły z powodu sztywnych przepisów) zwalniać ludzi  i ograniczać inwestycji albo zrobiły to za późno.

Naomi Fink, szefowa Europacifica Consulting, podkreśla, że polityka polegająca na sztucznym nakłanianiu firm, by podniosły płace po odzyskaniu przez nie rentowności nie może być skuteczna.

– Płace w warunkach ożywienia gospodarczego – biorąc pod uwagę ograniczone zasoby wykwalifikowanych pracowników – i tak rosną. Dlatego bardziej skuteczną polityką w tym zakresie jest zagwarantowanie, że warunki ożywienia okażą się trwałe. Biorąc pod uwagę, jak bardzo rząd koncentruje się na „strzale” polityki pieniężnej, możemy wnioskować, że uznał, iż potencjał działań fiskalnych oraz reform strukturalnych jest mocno ograniczony przez trajektorię inflacji – podsumowuje Fink.

Determinacja rządu do przezwyciężenia deflacji jest bardzo silna. Aby nadrobić spodziewany spadek popytu, w kwietniu ma uruchomić kolejny, warty prawie 19 bln jenów, pakiet stymulacyjny oparty na robotach publicznych. Pieniądze mają pójść głównie na odbudowę terenów zniszczonych po tsunami w 2011 roku oraz inwestycje w infrastrukturę drogową w okolicach Tokio przed olimpiadą w 2020 roku. Poza tym, 600 mld jenów ma trafić do osób, które podatek dotknie najbardziej – rodzin z najniższymi dochodami, rodzin z dziećmi i do kupujących nowe mieszkania, ale efekt tych dotacji będzie raczej jednorazowy i krótkotrwały.

Fakt, że to agresywne wydatki rządowe – na roboty publiczne i luzowanie polityki pieniężnej – pchnęły w największym stopniu do góry wzrost PKB w ubiegłym roku oraz główny indeks giełdowy. Japoński rząd w poszukiwaniu wzrostu i konkurencyjności dla swojej gospodarki sięga do kieszeni coraz głębiej. Zwiększając na przykład o 20 miliardów dolarów wydatki na pomoc dla południowo-azjatyckich sąsiadów, żeby zmniejszyć regionalną dominację Chin.

Odzyskanie pozycji na gospodarczej arenie międzynarodowej jest jednak bardzo trudne. Japonia wprawdzie przystąpiła do negocjacji umowy o wolnym handlu – Partnerstwa Traspacyficznego (TPP), ale porozumienie w grudniu utknęło, bo wymagałoby od Japończyków m.in. zlikwidowania ceł na produkty rolne. Tymczasem niemal cała gospodarka rolna tego kraju opiera się na jego rozdrobnionej, regulowanej i hojnie dotowanej produkcji ryżu.

Wprawdzie Shinzo Abe już wsadził kij w mrowisko zapowiadając, że zlikwiduje w 2019 roku wsparcie dla rolników, ale kraj potrzebuje znacznie więcej reform strukturalnych. Między innymi uelastycznienia rynku pracy. Ich sukces, czy raczej stopień zaakceptowania przez społeczeństwo, również jednak zależy od reflacji i ożywienia gospodarczego. W ten sposób japoński kryzys zatacza błędne koło.

– Przy deflacji również reformy fiskalne będą bezużyteczne i zmniejszą wiarygodność działań rządu – wskazuje Naomi Fink.

Na razie nie widać dowodu, że biznes uwierzył, że wzrost z ostatniego roku utrzyma się na dłużej i że zwiększył krajowe inwestycje. Nic dziwnego, że Lawrence Summers, były sekretarz stanu USA, kraju który posłużył przecież rządowi Abe za wzór ożywiania gospodarki, ukuł już na podstawie sytuacji Japonii pojęcie „wiecznej stagnacji”. I przed pójściem tą samą drogą przestrzega teraz Amerykanów.

OF


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test