Szczodry jak Szkot

09.09.2019
W kreskówce multimiliarder i skąpiec Sknerus McKwacz był oczywiście Szkotem. Tymczasem w prawdziwym życiu to właśnie Szkoci są dziś o dwa kroki od wprowadzenia najhojniejszego programu socjalnego, jaki zna nasz świat.

(Envato)


Proszę sobie wyobrazić peleton kolarzy w różnokolorowych strojach. Jak w zakończonym niedawno Tour de France lub innym dowolnym wyścigu. A teraz wyobraźcie sobie, że ci kolarze to kraje przeprowadzające eksperymenty z bezwarunkowym dochodem podstawowym (w skrócie BDP lub z angielska UBI – od universal basic income). A tych było w ostatnich latach całkiem sporo: głośny eksperyment fiński, buńczuczne zapowiedzi rządu we Włoszech (z których ostatecznie wyszło niewiele), fundowane ze środków międzynarodowych doświadczenia w Kenii, różne modele dyskutowane w czasie niedawnej kampanii wyborczej w Indiach, fantazje wizjonerów z Doliny Krzemowej, programy walki z biedą realizowane w Kanadzie czy wreszcie nasz polski (a jakże!) program 500 plus. W sumie to już całkiem spory peleton. Czasem usłyszycie pewnie, że ten czy ów odpadł z wyścigu. Ale nie dajcie się zwieść. W niczym to przecież nie zmienia kierunku jazdy całej stawki. On posuwa się raz szybciej, raz wolniej, ale jednak do celu. Czyli do wprowadzenia prawdziwego dochodu podstawowego. Prawdziwego, to znaczy „regularnie przyznawanego świadczenia pieniężnego dla wszystkich członków wspólnoty politycznej. Indywidualnie, bez kryterium dochodowego i bez obowiązku świadczenia w zamian jakiejkolwiek pracy” (to definicja BDP, której trzyma się Światowa Sieć Dochodu Podstawowego).

Przyjrzyjmy się bliżej temu peletonowi. A konkretnie jednemu z kolarzy w kilcie w charakterystyczną kratę. Może i nie było ostatnio wokół niego tak głośno, jak wokół innych? Może nie rzuca się szczególnie w oczy? Ale może właśnie w tym tkwi jego siła?! Bo gdy się mu lepiej przypatrzeć to w stylu jego jazdy widać niesamowitą precyzję i realizowany z żelazną konsekwencję plan. To właśnie Szkocja. Tamtejszy flirt z dochodem podstawowym (zwanym tu najczęściej „obywatelskim”, angielski skrót CBI – citizens basic income) zaczął się w Fife, historycznym hrabstwie zamieszkałym przez 360 tys. ludzi. W roku 2015 z inicjatywy władz lokalnych powstał tu raport pt. „Fairness matters. A new approach to social security” („Sprawiedliwość ma znaczenie. Nowe podejście do państwa dobrobytu”).

Nowy kontrakt społeczny

Był to na wyspach czas głębokich przewartościowań dotychczasowej polityki gospodarczej i społecznej. Z jednej strony zaczynały powoli dojrzewać grona gniewu przeciwko torysowskiej polityce oszczędnościowej. Te same, które eksplodowały później (w 2016 r.) przy okazji referendum w sprawie brexitu. Dość powiedzieć, że w wyniku polityki gabinetu Davida Camerona wydatki na szeroko rozumiane państwo dobrobytu zmniejszyły się w całej Wielkiej Brytanii o ok. 16 proc. Cięto wszędzie: w edukacji, w służbie zdrowia i na rynku pracy (zasiłki).

Dochód podstawowy narzędziem lewicowej rewolucji

Szkocja była jednak w odmiennej sytuacji niż Anglia, Walia czy Ulster. Od roku 1999 trwa tam wszak proces tzw. dewolucji – a więc stopniowego przekazywania kompetencji władzy ustawodawczej i wykonawczej na rzecz szkockiego rządu i parlamentu. Układ sił mamy tu więc od lat przedziwny. Z Londynu Torysi prowadzili w ostatniej dekadzie radykalnie neoliberalną politykę oszczędnościową. W tym samym jednak czasie rządzący w Edynburgu szkoccy nacjonaliści (o mocno lewicowym gospodarczo profilu) robili coś dokładnie przeciwnego. Gdzie tylko mogli próbowali państwo dobrobytu przed Cameronistami ocalić. W pewnym momencie, wśród szkockich ekonomistów  zaczęła dojrzewać intrygująca myśl, aby pójść o krok dalej. Nie tylko ratować dotychczasowy system, lecz zacząć budować coś nowego. Zacząć pracę nad stworzeniem nowego społecznego kontraktu. Tyle przecież razy złamanego w trakcie minionych czterech dekad hegemonii polityk neoliberalnych. Z tego ducha zrodziły się takie właśnie pomysły, jak wspomniany już raport „Sprawiedliwość ma znaczenie”. Dla Szkockiej Partii Narodowej (SNP) miał on jeszcze jeden atut. Stanowił dodatkowy argument za powrotem do pomysłu pełnej suwerenności od Wielkiej Brytanii, której SNP nie porzuciła mimo fiaska referendum niepodległościowego z roku 2014. Wszak dochód podstawowy jest wręcz zaprzeczeniem filozofii ekonomicznej, która przyświeca elitom politycznym rządzącym dziś w Londynie.

Wkrótce do Fife dołączyły kolejne regiony. W 2016 r. chęć prowadzenia u siebie eksperymentu z dochodem podstawowym zadeklarowało największe szkockie miasto Glasgow. W 2017 r. akces do projektu zgłosiły stołeczny Edynburg oraz North Ayrshire. Mając na pokładzie regiony, w których żyje ok. ¼ szkockiej populacji, premier kraju Nicola Sturgeon ogłosiła, że daje projektowi swoje oficjalne błogosławieństwo. „Dochód obywatelski daje nadzieje na rozwiązanie kilku fundamentalnych wyzwań, przed którymi stoimy” – ogłosiła Sturgeon. Zdaniem szkockich elit politycznych ma on trzy fundamentalne zadania. Po pierwsze, może być sposobem na prawdziwą (a nie tylko jak dotąd deklaratywną) walkę z biedą. Po drugie, to sposób na zmniejszanie nierówności społecznych, których wysokość zaczęła zagrażać społecznej spójności. I wreszcie po trzecie: dochód obywatelski może stać się sposobem na efektywną pomoc dla tych wszystkich, którzy – choć mają pracę – utknęli w pułapce niskich dochodów.

Jak się robi BDP?

Jak jednak przejść od górnolotnych deklaracji do odpalenia prawdziwego dochodu obywatelskiego? I to jeszcze w taki sposób, żeby zrobić to w sposób zgodny z demokratyczną logiką. A więc inny niż za pomocą tak często stosowanej gdzie indziej dewizy „najpierw skaczemy, a potem się zobaczy”. Szkoci postanowili więc podejść do sprawy metodycznie i przygotować sensowny program pilotażowy na dużą skalę. Właśnie zbliżamy się do końca tych przygotowań. Wciąż trwają jeszcze konsultacje społeczne i prawne w czterech wspomnianych jednostkach administracyjnych. Jeżeli nie wydarzy się nic nadzwyczajnego, a w marcu 2020 r. szkocki parlament podtrzyma swoje oparcie dla BDP, to pilot powinien się rozpocząć mniej więcej za rok.

Dotychczasowy system państwa dobrobytu doszedł do granic swojej efektywności.

Jednym z głównych wniosków płynących ze szkockich konsultacji jest niemal powszechne społeczne (i niezależne od sympatii politycznych) przekonanie, że dotychczasowy system państwa dobrobytu doszedł do granic swojej efektywności. „Nieprzypadkowo nazywa się to pułapką biedy. Raz w nią wpadniesz i nie da się wyjść. System pomoże ci przeżyć. Ale nie pomaga się z biedy wydostać” – to cytat z jednego z uczestników konsultacji (ten i dalsze cytaty pochodzą z raportu „A basic income for Scotland” opublikowanego w maju tego roku przez Królewskie Towarzystwo Wspierania Sztuki, Rzemiosła i Handlu).

Dzieje się tak z kilku powodów. Jeden z nich to olbrzymia liczba wymogów formalnych, zakazów, nakazów i sankcji, którymi obrosło współczesne państwo dobrobytu. System stworzył je po to, by uniknąć nadużyć oraz oddzielić tych, którzy pomocy faktycznie potrzebują od tych, którzy chcą się załapać na „darmowy lunch od państwa”. W praktyce jednak powstał prawdziwy tor przeszkód dla potencjalnych beneficjentów, a aby go pokonać trzeba poświęcić czas oraz spore zasoby psychiczne. Nierzadkie są wypadki poważnych problemów psychicznych zrodzonych ze wstydu, wściekłości i poczucia osaczenia przez państwo dobrobytu. Mechanizm zamiast pchać ludzi w górę ku finansowej niezależności, ściąga ich na dół i demotywuje. „Coraz częściej myślę, że państwo dobrobytu jest po to, żeby nas kontrolować i pokazać nam nasze miejsce w szeregu” – powiedział jeden z uczestników badania.

Dochód podstawowy nie tylko wzmacnia poczucie ekonomicznej stabilności obywateli, ale też zwiększa skłonność do… przedsiębiorczości.

Na tym tle dochód podstawowy jawi się jako szansa. Właśnie z powodu swojej bezwarunkowości. Do jego egzekwowania nie jest potrzebny rozbudowany system kontroli obywateli, bo BDP jest po prostu ich prawem, a nie przywilejem. Charakter pieniężny daje z kolei poczucie większej podmiotowości w decydowaniu o własnym życiu niż gdyby pomoc miała przychodzić w formie bonu żywnościowego albo dodatku mieszkaniowego. Wedle jednej z hipotez przedstawionych przez autorów szkockiego eksperymentu, dochód podstawowy nie tylko wzmacnia poczucie ekonomicznej stabilności wśród obywateli ale też zwiększa ich skłonność np. do… przedsiębiorczości. „Gdybym tylko mógł zaplanować swoje życie w perspektywie dłuższej niż koniec miesiąca. Mógłbym zainwestować w edukację albo rozwój, bo chyba nigdy tego nie robiłem” – powiedział jeden z badanych. A inny uczestnik argumentował, że „dochód podstawowy pozwoliłby mu na stworzenie przynajmniej niewielkiej poduszki finansowej, dzięki której nie musiałby się martwić o wpadnięcie w spiralę długu.” Co dziś niestety stale wisi mu nad głową i paraliżuje wszelkie bardziej odważne posunięcia finansowe.

Poza tym, dochód podstawowy to dla większości badanych Szkotów nadzieja na bardziej zdrowe (fizyczne i psychiczne) codzienne życie. „Gdybym miał gwarancję jakiegoś dochodu niezależnego od mojej sytuacji zawodowej to wyobrażam sobie, że mielibyśmy z żoną mniej kłótni. Bo kłócimy się głównie o pieniądze”. Ludzie oczywiście nadal zastanawiają się, czy przyznane powszechne i bezwarunkowe świadczenie nie zostanie przez niektórych zmarnowane albo czy nie zniechęci ich do pracy. Z dotychczasowych konsultacji wynika jednak, że w Szkocji nadzieje związane z nowym mechanizmem przywracania społecznej spójności przewyższają obawy przed wprowadzeniem dochodu. A przecież – jak powtarzają socjologowie – bariera mentalna „czy można dawać pieniądze za nic” to najważniejsza przeszkoda powstrzymująca jak dotąd realizację projektu BDP w wielu miejscach na świecie. Jak widać u Szkotów nie jest ona aż tak nie do przejścia.

A ile by to kosztowało?

Po pokonaniu bariery mentalnej wciąż jednak pozostaje bariera ekonomiczna. Czyli odpowiedź na pytanie, jak tę eskapadę sfinansować? Od razu wyjaśnijmy pokutujący tu i ówdzie mit, że dochód podstawowy oznacza radykalny wzrost wydatków publicznych i poprowadzi do niechybnej katastrofy fiskalnej. Ten argument podnoszony przez przeciwników BDP nie ma wiele wspólnego z istniejącymi symulacjami. Wszystko zależy oczywiście od wysokości dochodu podstawowego. Już dwa lata temu MFW szacował, że gdyby dochód podstawowy wyniósł 10 proc. mediany wynagrodzeń w gospodarce narodowej to jego koszt dla większości krajów oznaczałby wydatki publiczne wyższe o 2-3 punktów procentowych (oczywiście liczonych względem PKB). Gdyby zaś przeprowadzić ten plan „na bogato” (BDP w wysokości 25 proc. mediany wynagrodzeń) to wydatki państwa poszłyby w górę o 5-7 punktów. Czyli sporo – ale nie jakoś radykalnie. Już za chwilę pokażemy na szkockim przykładzie, że i tu koszty nie będą znacząco wyższe.

Fałszywe argumenty przeciw dochodowi gwarantowanemu

Szkocja to kraj liczący 5,5 mln mieszkańców. A konkretnie 3,4 miliona aktywnych zawodowo dorosłych, ponad milion dzieci i równo milion emerytów. PKB (liczone bez dochodów z ropy i gazu) jest na poziomie prawie 156 mld funtów (ok. 755 mld złotych). Wydatki publiczne są na zbliżonym do unijnej średniej poziomie 43 proc. PKB. Gospodarka nie pędzi jakoś szalenie błyskawicznie, ale jest stabilna: 1,4 proc. wzrostu w roku 2018, a w 2019 r. prawdopodobnie powtórzy ten wynik. Współczynnik zatrudnienia jest wysoki i sięga 78 proc. siły roboczej. Deficyt wydatków publicznych mają Szkoci jak na Europę kontynentalną wysoki,  sięgający 7 proc. PKB, ale rząd tamtejszych nacjonalistów stoi na gruncie ekonomii heterodoksyjnej i uważa dogmat o „zrównoważonych finansach publicznych” za niezgodny z ekonomiczną logiką. Dziś wygląda na to, że w Szkocji dałoby się przynajmniej rozpocząć drogę w kierunku dochodu podstawowego. Ryzyka fiskalnego nie da się oczywiście całkowicie wykluczyć. Ale nie jest również tak, że BDP jest kosztem niemożliwym do poniesienia przez prężną gospodarkę rozwiniętego kraju.

Oczywiście na razie nie wiemy, który z licznych wariantów BDP mógłby zostać w Szkocji wprowadzony. Każdy z krajów, które się na to zdecyduję musi najpierw odpowiedzieć na kilka podstawowych pytań. Najważniejsze są trzy. Po pierwsze, jaka będzie wysokość dochodu podstawowego i w jakim okresie do tego stanu będziemy dochodzić? Załóżmy (za jednym ze szkockich think tanków), że wyniesie on (docelowo) 5 tys. funtów rocznie dla ludzi powyżej 18 roku życia. 3 tys. funtów na dziecko do 18 lat oraz 9 tys. funtów dla osób powyżej wieku emerytalnego (w Szkocji to 66 lat). To odpowiednio 23 tys. złotych na dorosłego, 14,5 tys. zł na dziecko i 42 tys. zł na emeryta.

Po drugie, prędko pojawi się pytanie czy dochód podstawowy zastąpi część dotychczasowych mechanizmów państwa dobrobytu, a jeśli tak, to które? Zakładamy, że zostają dodatki najbardziej potrzebne, czyli: dodatek mieszkaniowy, zasiłki dla niepełnosprawnych i dodatki dla dzieci.

I wreszcie po trzecie, czy BDP będzie się wiązał z podwyżką podatków? A jeśli tak, to których? Propozycji jest oczywiście bardzo wiele: wyższy CIT, PIT albo VAT. Ale także podatek majątkowy, kataster, podatki klimatyczne związane z emisją CO2. Do wyboru, do koloru. Na potrzeby tworzonego tu modelu poprzestajemy tylko na podwyżce podatku CIT dla dużych firm i PIT dla najlepiej zarabiających (powyżej 40 tys. funtów rocznie). W obu przypadkach o 5 punktów procentowych. Pozostałe parametry systemu podatkowego pozostają niezmienione. Mając te wszystkie informacje możemy zacząć analizować jakie będą fiskalne skutki wprowadzenia BDP w Szkocji. W perspektywie, powiedzmy, nadchodzącej dekady.

Co wynika z modelu?

Z symulacji przeprowadzonej na potrzeby wspomnianego już raportu Królewskiego Towarzystwa Wspierania Sztuki, Rzemiosła i Handlu wynika kilka interesujących obserwacji. Gdy chodzi o wpływ tak zaprojektowanego dochodu podstawowego na walkę z biedą, to będzie on znaczący. W Wielkiej Brytanii jednym z jej mierników jest nędza (ang. destitution). Jej oficjalna definicja obejmuje osoby, którym w ciągu ostatniego miesiąca brakowało dwóch lub więcej podstawowych środków (ang. bare essentials) niezbędnych do życia (mieszkanie, ubranie, ogrzewanie, jedzenie, środki czystości). Dziś skala tego zjawiska to ok. 2 proc. szkockiej populacji. W hipotetycznym scenariuszu wprowadzenia pełnego dochodu podstawowego zjawisko to zostaje wyeliminowane całkowicie. Z kolei skala ubóstwa relatywnego (czyli życie za mniej niż 60 proc. mediany dochodów w gospodarce narodowej) spada o ok. jedną trzecią (z 18-19 proc. populacji dziś do 12-13 proc. populacji po wprowadzeniu BDP). Warto zauważyć, że są to czysto liczbowe wskaźniki, które nie uwzględniają dalszych psychologicznych i praktycznych konsekwencji (np. wspomnianego uprzednio wzrostu przedsiębiorczości wśród najbardziej potrzebujących beneficjentów).

Timmer: Społeczeństwo powinno się umówić, by ograniczyć nierówności

Trudniej niestety oszacować wpływ BDP na poziom nierówności dochodowych oraz na pozycję pracowników wobec pracodawców. Tutaj wszystko zależy bowiem od polityki podatkowej towarzyszącej drodze do BDP oraz rynku pracy. Gdyby jednak podzielić szkockie społeczeństwo na pięć dochodowych kwintyli, to widać następującą prawidłowość. Dochód pierwszego (najbiedniejszego) wzrasta o 11 proc. Drugi kwintyl zyskuje 4,3 proc. Trzeci 2,8 proc. Czwarty 1,9 proc. A piąty tylko 0,6 proc. To argument pod adresem tych wszystkich, którzy krytykują dochód podstawowy z pozycji: dlaczego wszyscy mamy się zrzucać na pieniądze za nic trafiające do kieszeni najbogatszych? Budżetowy koszt netto szkockiego rozwiązania w tej postaci oszacować można na dodatkowe 1,2 proc. PKB rocznie w okresie przejściowym. A docelowo ok. 6 proc. PKB co roku.

Paradoksalnie może się okazać, że tym, co powstrzyma wprowadzenie w życie szkockiej wersji dochodu podstawowego nie będą jednak ani opory mentalne, ani ograniczenia ekonomiczne. Tylko czysto polityczny problem… braku pełnej suwerenności. Obecnie mamy przecież do czynienia z kompletnym rozjazdem filozofii ekonomicznej pomiędzy rządzącymi w Londynie ultraliberalnymi Torysami, a ostro lewicowymi (jak na dzisiejszą Europę) nacjonalistami z SNP. W tej sytuacji wejście przez Szkotów w fazę dalszych eksperymentów z BDP (na początek w czterech wspomnianych regionach kraju) będzie jednoznacznym rzuceniem wyzwania rządowi brytyjskiemu i może (nie bez podstaw) zostać uznane za ponowną próbę pełnego odłączenia. Problem polega bowiem na tym, że wiele obszarów ważnych dla realizacji opisanej tu polityki (np. podatki, państwo dobrobytu) to miejsce zachodzenia na siebie kompetencji parlamentów w Westminsterze i Edynburgu.

Jak będzie? Cztery scenariusze

W tej sytuacji można sobie wyobrazić cztery scenariusze następnych miesięcy. Pierwszy to konsensus. Warunkiem koniecznym byłaby jednak zmiana większości rządowej w Wielkiej Brytanii. Teoretycznie opozycyjna Partia Pracy powinna być BDP dużo bardziej przychylna niż Konserwatyści. Z powodu napiętej sytuacji w brytyjskiej polityce trudno budować jednak jakieś przypuszczenia, bo będzie w nich zdecydowanie zbyt wiele „gdyby”.

Scenariusz numer dwa zakłada wprowadzenie pilotażowego programu dochodu podstawowego przez rząd w Edynburgu bez oglądania się na zgodę Londynu. W świetle obowiązującego prawa można to zrobić, powołując się na przepis Scotland Act z 2016 r., który pozwala Edynburgowi na wprowadzanie nowych programów socjalnych na własną rękę. Pod warunkiem, że będą one ze środków własnych. Ten kruczek może pozwolić na rozpoczęcie pilotażu w oczekiwaniu na zmianę ogólnej sytuacji politycznej.

Teoretycznie można sobie też wyobrazić scenariusz, w którym pilot szkockiego BDP zostanie sfinansowany przez prywatnego sponsora. Sumy o jakich tu mówimy są spore, ale przynajmniej na etapie pilotażowym nie przekraczają zasobności bogatych filantropów, których w świecie anglosaskim przecież nie brakuje. Pytanie oczywiście brzmi, czy taka pomoc zewnętrzna nie zostanie uznana za argument na niekorzyść samej idei dochodu?

Twardy brexit coraz bliższy

I wreszcie scenariusz czwarty. Jak już wspomnieliśmy, Szkocja jest od 20 lat w procesie wzmacniania swojej autonomii wobec Wielkiej Brytanii. A referendum dotyczące pełnej suwerenności zostało w roku 2014 przez nacjonalistów przegrane w stosunku 55 do 45. Od tamtej pory sytuacja polityczna na wyspach znacząco się jednak zmieniła. Chodzi oczywiście o brexit. W referendum roku 2016 Szkocja głosowała w przeważającej większości za pozostaniem w Unii Europejskiej (62 do 38). Wielka Brytania jednak z UE jako całość wychodzi. Czy szok brexitu nie przełoży się na chęć do ponownej próby wybicia się na niepodległość? Tego też przecież nie można w tej chwili wykluczyć. Niezależnie jednak od tego, co się naprawdę wydarzy, to właśnie na północy będą się działy w najbliższych latach rzeczy fascynujące. Tak ekonomicznie, jak i politycznie.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test