Szejkowie bardziej niż USA i Europę cenią Azję jako miejsce do inwestowania

27.11.2013

Co szejkowie robią z olbrzymimi pieniędzmi zarobionymi dzięki zasobom ropy naftowej? Poza budowaniem przepięknych meczetów. Inwestują. O tym, w co i gdzie mówi się rzadko. O arabskich inwestorach przeciętny Europejczyk słyszy najczęściej, gdy kupują oni udziały w znanych klubach piłkarskich. Wywołuje to często sprzeciw. Takie inwestycje mają zaburzać mechanizm zdrowej, sportowej konkurencji, dając przejmowanym przez Arabów drużynom duży zastrzyk gotówki na kupno nowych zawodników. Mają też zagrażać europejskiej tożsamości tych klubów. Taka krytyka pojawiała się, gdy inwestorzy przejmowali francuski klub Paris Saint-Germain, angielski Manchester City, czy hiszpańską Malagę CF.

(infografika D.Gąszczyk/CC BY-SA by xiquinhosilva)


Poza kontekstem piłkarskim o pieniądzach płynących w świat z Bliskiego Wschodu nie mówi się prawie wcale. Arabowie co roku inwestują za granicą miliardy dolarów. W ciągu ostatniej dekady – z wyjątkiem załamania spowodowanego kryzysem finansowym – mieliśmy do czynienia z szybkim wzrostem aktywności arabskich inwestorów >>video. Z danych ONZ wynika, że kraje Azji Zachodniej tylko w 2012 r. zainwestowały za granicą w ramach bezpośrednich inwestycjach zagranicznych (BIZ) w sumie prawie 24 mld dolarów. Skumulowana wartość tych inwestycji wynosi już 197 mld dolarów, a jeszcze w roku 2000 było to zaledwie 14 mld dolarów. Do BIZ dodać należy znacznie większy kapitał inwestowany inaczej – np. w nieruchomości.

Gdy mowa o państwach arabskich najaktywniejszymi inwestorami zagranicznymi są Katarczycy, Saudyjczycy, obywatele Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Kuwejtu i Bahrajnu. Właścicielem PSG jest Qatar Investment Authority z Kataru, Malagi szejk Abdullah bin Nasser Al-Thani także z Kataru, a Manchesteru City szejk Mansour bin Zayed Al Nahyan z Arabii Saudyjskiej.

Zanim podążymy śladem arabskiego kapitału, odpowiedzmy jeszcze na pytanie, kto tak naprawdę inwestuje – arabscy biznesmeni, czy państwa? Otóż na jedno wychodzi.

– W krajach zachodnich relatywnie łatwo rozróżnić własność publiczną od prywatnej, inwestycje prywatne od państwowych. W arabskich nie. Powód jest taki, że poszczególnymi szejkanatami rządzą tak naprawdę biznesmeni. Decyzje dotyczące publicznych inwestycji zagranicznych danego kraju, np. poprzez państwowe fundusze majątkowe są więc zbieżne z decyzjami dotyczącymi inwestycji prywatnych i służą tym samym ludziom – wyjaśnia dr Katarzyna Górak-Sosnowska ze Szkoły Głównej Handlowej.

Nie dziwi więc wcale, że szejk Mansour Zayed Al Nahyan, właściciel Manchesteru to także premier Arabii Saudyjskiej, a szejk Abdullach bin Nasser Al-Thani, właściciel Malagi wywodzi się z katarskiej rodziny królewskiej.

(infografika Darek Gąszczyk)

Awersja do Stanów

Dokąd wędrują arabskie miliardy? Analitycy zauważają, że spośród największych gospodarek świata stosunkowo niewielkim zainteresowaniem szejków cieszą się Stany Zjednoczone. Arabowie sparzyli się na inwestycjach za oceanem, gdy z powodu kryzysu finansowego załamał się rynek kredytów i giełda, a ceny ropy spadły do bardzo niskiego poziomu, ograniczając im wpływy budżetowe. 2,5 bln dolarów – takie szacunkowe straty podawał rząd Kuwejtu w pierwszych miesiącach 2009 r. w imieniu 22 państw arabskich. Obecnie inwestują one przede wszystkim w amerykańskie obligacje – te będące w posiadaniu najbogatszych krajów Zatoki Perskiej mają wartość ponad 250 mld dolarów – oraz nieruchomości. Co ciekawe, coraz częściej w nieruchomości znajdujące się w Waszyngtonie. Szejkowie stwierdzili po prostu, że jeśli inwestować w USA, to przede wszystkim właśnie w miastach o ratingu nie niższym niż A.

W Waszyngtonie fundusz z Abu Dhabi (ZEA) zainwestował w budowę hotelu Marriott, Kuwejt wykupił 11-piętrowy wieżowiec w okolicy centrum miasta, a Katar buduje za 622 mln dolarów centrum promocji kultury arabskiej. Niemniej szacuje się (bo bardzo trudno o precyzyjne dane), że jeśli chodzi o inwestycje bezpośrednie w strumieniu napływających do USA ok. 200 mld dolarów rocznie udział arabskich stanowi jedynie niewielką część.

Z atrakcyjnością Europy dla Arabów jest podobnie. Państwa europejskie nie mają obecnie większych szans na przyciągnięcie kapitału z Bliskiego Wschodu – zwłaszcza w formie BIZ-ów. Po części ze względu na obniżoną wskutek kryzysu strefy euro rentowność inwestycji, a po części dlatego, że Arabowie Europejczyków po prostu nie za dobrze znają. Nasze kontakty biznesowe przez dekady ograniczały się po prostu do zaopatrywania się u Arabów w surowce naturalne.

– Świat arabski ma dla Europy znacznie większe znaczenie jako dostawca paliw, mianowicie ropy i gazu, a nie dostawca kapitału – twierdzi dr Katarzyna Górak-Sosnowska.

Jeśli szejkowie inwestują gdzieś w Europie, to jest to z reguły Wielka Brytania i Francja. – Częściowo jest tak ze względu na kolonialną przeszłość tych krajów, która paradoksalnie sprawiła, że Brytyjczycy i Francuzi stali się Arabom bliżsi. Do Europy napływa rocznie ponad 2,5 mld dolarów inwestycji z krajów arabskich, z czego ponad 50 proc. do Wielkiej Brytanii – twierdzi prof. Rodney Wilson z Durham University, specjalizujący się w islamskiej bankowości i finansach.

Arabscy biznesmeni inwestują na Wyspach m.in. w przemysł petrochemiczny, nieruchomości i centra logistyczne – np. port morski obsługujący Londyn.

Najbardziej aktywnym arabskim funduszem inwestującym w Europie jest Quatar Investment Authority. Od 2010 r. jest właścicielem m.in. luksusowego domu towarowego Harrods, ma także udziały w instytucjach finansowych takich, jak Credit Suisse (siedziba główna banku mieści się w Londynie). We Francji natomiast fundusz QIA zainwestował w ostatnich kilku latach ponad 4 mld dolarów. Posiada już nie tylko klub PSG, w który wpompował prawie 500 mln dolarów, lecz także luksusowe kamienice w okolicy Pól Elizejskich w Paryżu, kilka hoteli, a nawet budynek, w którym mieści się część biur ambasady USA.

– Arabskie inwestycje w Europie nie są szczególnie mocno zdywersyfikowane. Petrochemia, nieruchomości i instytucje finansowe. Podobnie zresztą jest w przypadku inwestycji arabskich w Azji. To właśnie Azja jest teraz oczkiem w głowie Arabów, bo potencjał zarobkowy w gospodarkach wschodzących jest większy w niż rozwiniętych. Wzrost arabskich inwestycji w tamtych krajach, odbywa się kosztem inwestycji w Europie – zauważa prof. Rodney Wilson.

(infografika Darek Gąszczyk)

ONZ podaje, że w 2012 r. do ASEAN (Stowarzyszenie Narodów Azji Południowo-Wschodniej) napłynęło w sumie 117 mld dolarów w formie BIZ, z czego co najmniej kilka miliardów stanowiły pieniądze z Bliskiego Wschodu. I tak na przykład Arabia Saudyjska jest już piątym pod względem wielkości źródłem kapitału zagranicznego w Malezji. Mubadala, organizacja inwestycyjna z Dubaju, inwestuje tam w wydobycie gazu z dna morskiego wspólnie z malezyjskim koncernem Petronas. Bardzo popularny jest wśród Arabów także Wietnam. Katar zainwestował tam dotąd 4 mld dolarów, a Kuwejt – 9 mld.

Jeśli chodzi o relacje państw arabskich z Chinami (>>video) możemy mówić o klasycznym sprzężeniu zwrotnym. Najpierw Chiny zaczęły inwestować w państwach Zatoki, ponieważ potrzebowały miejsca, z którego mogłyby logistycznie i finansowo zarządzać swoimi przedsięwzięciami w Afryce. W efekcie w samych tylko Zjednoczonych Emiratach Arabskich pod koniec 2012 r. zarejestrowanych było już 4 tys. filii chińskich firm. Gdy Arabowie przekonali się, że z Chińczykami dobrze się dogadują, sami zaczęli aktywniej inwestować w Chinach. Te inwestycje to co prawda wciąż tylko ok. 1 proc. całego napływającego do Chin kapitału, ale regularnie rosną. Oprócz chińskiej petrochemii Arabowie są szczególnie zainteresowani udziałami w tamtejszych małych i średnich przedsiębiorstwach.

Brak alternatywy

Bliska współpraca ASEAU-u z krajami arabskimi jest możliwa w dużej mierze dzięki dobrym wzajemnym relacjom politycznymi. Rządy ASEAN-u widzą, że w kieszeniach Arabów znajduje się duży kapitał, więc wychodzą im naprzeciw, oferując na przykład ułatwienia prawne i instytucjonalne oraz profesjonalne doradztwo. Wszystko to odbywa się w ramach oficjalnych międzynarodowych porozumień.

Eksperci przewidują, że w najbliższych latach Arabowie będą inwestować za granicą częściej i w zupełnie nowe niż dotychczas sektory. Abdullah Dardari, członek Gospodarczo-Społecznej Komisji OZN ds. Zachodniej Azji, przekonuje, że pożądane będą sektory wnoszące dużą wartość dodaną, a więc infrastruktura, usługi zdrowotne, ochrona środowiska, nowe technologie oraz badania i rozwój. Arabowie chcą i muszą nauczyć się nowoczesnej gospodarki. Dlaczego chcą? Ceny ropy znów są wysokie (ponad 100 dolarów za baryłkę), więc nie cierpią na brak gotówki. Mają jej raczej w nadmiarze.

Dlaczego muszą? Są świadomi, że czarne złoto, które teraz daje im bogactwo, kiedyś się skończy. Wiedzą, że póki jeszcze mają za co, muszą się na tę okoliczność zabezpieczyć. Co więcej, nie za bardzo potrafią sami cokolwiek wytworzyć u siebie, bo są tym paliwowym dobrobytem rozpuszczeni i całkowicie zaniedbali proces industrializacji. Gdyby w wyniku jakiejś rewolucji – np. wynalezienia superefektywnych akumulatorów do samochodów elektrycznych – świat odwrócił się od ropy, czy gazu kraje arabskie stanęłyby w obliczu bankructwa. Zresztą popyt na gaz ziemny już osłabł odkąd w USA spopularyzowano technologię efektywnego pozyskiwania gazu łupkowego i uzyskano dzięki temu niezależność w tym względzie.

– Świat Zachodu robi wszystko, by ograniczać zużycie energii, spalanie paliwa, szanować środowisko, wymyśla alternatywne sposoby komunikacji, czyli podkopuje przyszłość paliw kopalnych. Niektóre państwa arabskie są nieprzygotowane na to do tego stopnia, że mogą się wręcz zawalić, utonąć jak Atlantyda. Zwłaszcza Arabia Saudyjska ma tu problem. Nagły kryzys to potencjalne źródło wielki i niebezpiecznych napięć. Tak naprawdę obecnie tylko Kuwejt mógłby utrzymać się ze swoich „niepaliwowych” inwestycji – mówi prof. Wilson.

 

 

 

 

 

 

 

>>czytaj też: Nowy Jedwabny Szlak właśnie się tworzy

 

 

 

 

 

 

 

Nawiasem mówiąc, Arabia Saudyjska już teraz ma problemy np. z wyżywieniem swoich mieszkańców. Zmuszają ją one do inwestowania w sektor rolniczy w arabskich państwach Afryki (np. w Sudanie), a także Ameryki Południowej. Z kolei katarski fundusz Al Gharrafa Investment posiada udziały w sektorze rolniczym Argentyny, Brazylii i Urugwaju. W ogóle Ameryka Południowa cieszy się dość dużym zainteresowaniem wśród Arabów. Kraje Zatoki zainwestowały w samej tylko Argentynie w 2011 r. ok. 500 mln dolarów.

Jak przyciągnąć Arabów do Europy? Niektórzy analitycy twierdzą, że Zachód może wydać się im atrakcyjniejszy, gdy zacznie oferować więcej usług bankowych i finansowych zgodnych z zasadami wywiedzionymi z Koranu (np. z zakazem lichwy). Jednak w rzeczywistości wpływ islamskiego modelu bankowości na poziom arabskich inwestycji jest raczej przeceniane.

– Z muzułmanami jest jak z chrześcijanami. Reprezentują różne stopnie przywiązania do zasad religijnych. Fundamentaliści, unikający nieczystych inwestycji, to zdecydowana mniejszość – tłumaczy prof. Rodney Wilson z Durham University, specjalizujący się w islamskiej bankowości i finansach. – Poza tym wbrew wrażeniu, jakie można odnieść na podstawie relacji medialnych, bankowość islamska w Europie rozwija się bardzo wolno. Tak naprawdę jedynym krajem, gdzie pojawiają się instytucje oferujące islamską bankowość jest Wielka Brytania. Nawet tam jednak na 2 mln muzułmanów jedynie 55 tys. ma konta w islamskich bankach – przekonuje Wilson.

Czy więc gesty takie, jak zapowiedź wprowadzenia przez Wielką Brytanię obligacji zgodnych z prawem szariatu mają wymiar bardziej deklaracji politycznej niż realnej decyzji gospodarczej? Na to wygląda. Tak naprawdę najefektywniejszym sposobem na przyciągnięcie arabskich inwestycji do jakiegokolwiek kraju jest utrzymywanie jego gospodarki w zdrowiu. Jeśli dany rynek jest prężny, a konsumenci bogaci, to można zarobić – a to zysk jest tym, co zawsze najmocniej przyciąga inwestorów. Zwłaszcza tych, którzy naprawdę mają co inwestować.

 

 

 

 

 

 

>>zobacz też film: Inwestorzy szukają możliwości w Iranie

 

 

 

 

 

 

OF


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test