Sztuka prognozowania punktów zwrotnych

12.10.2010
Mamy narzędzia, dzięki którym można przewidzieć zmianę trendów rozwojowych gospodarki, takie jak badania koniunktury metodą testów czy wskaźniki wyprzedzające. Ale nawet najlepsze prognozy nie ustrzegą nas przed kryzysami, bo gospodarka rynkowa rozwija się cyklicznie  – mówi prof. Maria Drozdowicz-Bieć z Instytutu Rozwoju Gospodarczego SGH.

prof. Maria Drozdowicz-Bieć (c) arch. autora


Obserwator Finansowy: Prognozy makroekonomiczne, w które pokładamy tyle wiary, sprawdzają się, gdy trendy pozostają niezmienne. Każda zmiana trendu burzy misterne wyliczenia analityków. Przekonaliśmy się o tym w czasie ostatniego kryzysu. Czy są metody pozwalające przewidzieć zmianę trendów?

Maria Drozdowicz-Bieć: Zmianę trendu można przewidzieć, badając koniunkturę metodą testów. Takie badania jako pierwszy, już w drugiej połowie lat 80., zaczął robić Instytut Rozwoju Gospodarczego SGH, a potem  także GUS i NBP. Tak więc obecnie trzy ośrodki w kraju dostarczają narzędzi, dzięki którym możemy przewidzieć tak zwane punkty zwrotne. Testy IRG SGH mają tę wartość dodaną, że są przeprowadzane co miesiąc wśród kadry menedżerskiej średniego szczebla. Ci menedżerowie świetnie orientują się, co dzieje się zarówno na samym dole struktury firmy, jak i na najwyższych jej szczeblach. Znają strategię i plany zarządu, wiedzą o negocjacjach toczących się z kontrahentami, o napływających zamówieniach, a także o tym, co dzieje się w magazynach z zapasami. Orientują się również w kwestiach finansowych. Wiedzą co  rośnie szybciej w danym momencie – koszty czy przychody. Wszystkie te informacje, bardzo istotne z punktu widzenia każdej firmy, są odpowiednio sumowane przez badaczy i stanowią pierwszy sygnał o tym, co wydarzy się w gospodarce, w perspektywie trzech, ośmiu, a nawet dwunastu miesięcy.

Czy dzięki takim badaniom koniunktury można przewidzieć taki kryzys, jakiego doświadczyliśmy ostatnio?

Dzięki modelowi stosowanemu przez IRG SGH sygnały o spowolnieniu lat 2007-2009 mieliśmy już w 2006 r. Gospodarka pracowała jeszcze na bardzo wysokich obrotach, ale w przedsiębiorstwach koszty rosły już szybciej niż przychody, co było związane głównie ze wzrostem kosztów pracy. Wiadomo, że taka niekorzystna relacja musi doprowadzić do osłabienia dynamiki wzrostu. Tak więc badania koniunktury dają informację wyprzedzającą, która pozwala przewidzieć zmianę trendu. Nie potrafimy natomiast dokładnie powiedzieć, czy nastąpi to za trzy miesiące, czy za osiem miesięcy. Taka jest – mniej więcej – skala pomyłki.

Czy otoczenie umie wyciągać wnioski z tych prognoz? Kto jest odbiorcą badań koniunktury metodą testów?

Politycy raczej nie słuchają takich prognoz. Słuchają nas analitycy finansowi, chcą znać wyniki, ale na ogół i tak czekają na tak zwane twarde dane, a więc na informacje o zaszłościach. Zawsze ogromne emocje wzbudzają publikowane przez GUS dane dotyczące PKB. Bardzo mnie to dziwi, bo przecież są to dane historyczne. Budowanie w oparciu o nie prognoz jest ekstrapolacją trendu. Ekonometryczne  modele, którymi posługują się analitycy do przewidywania przyszłości, są zapisem przeszłości.

Czy są bardziej precyzyjne narzędzia niż badania koniunktury, dzięki którym można  przewidywać przyszłość? Przecież zmianę trzeba jakoś zapisać w modelu ekonometrycznym.

Takim narzędziem są wskaźniki wyprzedające. Tworzenie ich to bardzo żmudna praca. Struktura  takiego wskaźnika zmienia się w czasie i zależy od charakteru gospodarki, ale nie jest to nowy wynalazek. W Stanach Zjednoczonych już w latach 40. trzej ekonomiści – Mitchell, Burns i Zarnowitz – pracowali nad stworzeniem jednego wskaźnika, który składałby się z wielu serii statystycznych. Reprezentować one miały mniej więcej to, co składa się na PKB, tyle tylko, że  miały mieć charakter wyprzedzający. Naukowcy ci przeanalizowali około 460 różnych serii statystycznych i podzielili je na trzy grupy według kryterium wyprzedzania punktów zwrotnych – na serie wyprzedzające zmiany, równoległe, czyli jednoczesne wobec PKB, oraz rejestrujące zmiany z opóźnieniem. Poddali je wielu testom statystycznym, które pokazywały, czy regularnie rejestrują punkty zwrotne cyklu koniunktury, czy są systematycznie raportowane, czy nie charakteryzują się zbyt dużą zmiennością i czy są teoretyczne podstawy do związków przyczynowo-skutkowych między nimi. Wybrali te miary, które zachowywały się najlepiej, czyli te, które wyprzedzały stabilnie, nie miały zbyt dużej zmienności, odzwierciedlały dobrze amplitudę wahań. One właśnie stały się składowymi wymienionych trzech grup wskaźników. Przy czym największe zainteresowanie, z wiadomych powodów, wzbudziły serie wyprzedzające

Konstruuje Pani wskaźniki wyprzedzające. Z jakich miar się one składają? Czy są różne dla różnych gospodarek?

Z doświadczeń wynika, że dla wszystkich gospodarek o charakterze rynkowym pasują wskaźniki o podobnej strukturze. Główne składowe wskaźników wyprzedzających to: wskaźniki giełdowe, zamówienia w przemyśle, podaż pieniądza, wydajność w firmach, zapasy i zysk krańcowy.

Jaki wpływ na kształt wskaźnika wyprzedzającego mają poszczególne jego składniki?

Jeśli idzie o wskaźniki giełdowe, pod uwagę brane są indeksy obejmujące szeroki zakres rynku. Odzwierciedlają one nadzieje na przyszłe zyski i nadzieje co do przyszłych cen. Żeby jednak nie zadziałał mechanizm iluzji pieniądza, trzeba urealnić tę wartość o inflację, najlepiej o przyszłą, ale ponieważ jej nie znamy, urealniamy o inflację bieżącą. Drugą miarą dobrze informującą o przyszłych zmianach, są zamówienia w przemyśle, zwłaszcza zamówienia na dobra trwałego użytku. Popyt na te dobra pokazuje, czy firmy chcą inwestować, a konsumenci kupować więcej niż wynika to z podstawowych potrzeb. Większość biur statystycznych w rozwiniętych gospodarkach ma ilościowe dane na ten temat. U nas pojawiły się one dopiero po 2000 r., jest to więc ciąg bardzo krótki, dlatego ja osobiście korzystam z testów koniunktury. Trzecia miara, podaż pieniądza, związana jest bardziej ze sferą regulacji i leży w gestii banków centralnych. Najdłuższe  wyprzedzenia daje ilość gotówki w obiegu, ale ponieważ na ten temat mamy za krótkie obserwacje statystyczne, korzystam z miary M3, czyli pieniędzy i papierów wartościowych, które szybko mogą być zamienione na gotówkę i w dalszej kolejności na popyt.

Czy istnieje pewność, że wszystkie te miary pokażą wyprzedzenia, czyli przyszłe zmiany trendów?

Takiej pewności nie ma, ale po zsumowaniu zmian we wszystkich seriach statystycznych, ryzyko błędu jest minimalne.

Pozostały jeszcze trzy serie statystyczne składające się na strukturę wskaźnika wyprzedzającego: wydajność, zapasy i zysk krańcowy. Jaki jest ich wpływ na ten wskaźnik?

Wydajność w firmach to wskaźnik wyprzedzający sam w sobie. Nie chodzi tylko o wydajność pracy, choć jest to główny element. Wydajność pracy zaczyna się pogarszać, gdy płace szybko rosną i jest to pierwszy sygnał nadchodzących zmian. Wrażliwym elementem są także zapasy w magazynach. Nieraz informacji tej towarzyszy informacja uzupełniająca na temat czasu realizacji dostaw. Obie są ze sobą ściśle powiązane. Gdy towar z magazynu szybko schodzi, czas realizacji  dostaw wydłuża się, bo kooperanci mają dużo zleceń – oznacza to dobrą koniunkturę. I odwrotnie – spowolnienie powoduje, że czas realizacji jest krótki, bo surowce czy wyroby gotowe leżą w magazynie i można je dostarczyć praktycznie od ręki. Ostatnia kategoria to zysk krańcowy, o którym już wspominałam. Jest to relacja dynamiki przychodów i kosztów. Do wyliczenia tego wskaźnika również posiłkuję się danymi z testów koniunktury, ponieważ dane GUS są opóźnione. Na podstawie danych GUS, które są publikowane w cyklu kwartalnym, a nie w cyklu  miesięcznym, jak dane IRG SGH, sporządzam jedynie wyliczenia kontrolne i muszę powiedzieć, że nie znajduję różnicy. Ankiety przeprowadzane wśród menedżerów bardzo dobrze odzwierciedlają zysk krańcowy. Niektóre ośrodki badawcze, w tym OECD, korzystają wyłącznie z danych pochodzących z testów koniunktury, bo tak jest taniej i szybciej.

Czy są jeszcze jakieś inne miary, które mogą być uwzględniane przy konstruowaniu wskaźników wyprzedzających? Wracam do pytania o specyfikę różnych gospodarek.

Te składowe, które przedstawiłam, są rdzeniem każdego wskaźnika wyprzedzającego. Natomiast rzeczywiście niektóre gospodarki mają specyficzne cechy, które są uwzględniane w tworzeniu wskaźników wyprzedzających. Na przykład w Stanach Zjednoczonych, gdzie jest duży udział prywatnych nieruchomości, ważnym elementem jest liczba zezwoleń wydawanych na budowę domów. Już sam zamiar podjęcia takiej inwestycji świadczy o tym, że inwestorzy z optymizmem patrzą w przyszłość. To pierwszy sygnał nadchodzącego ożywienia. Gdy liczba zezwoleń spada, można spodziewać się spowolnienia. W Szwajcarii natomiast języczkiem u wagi jest liczba rezerwacji miejsc hotelowych. Te rezerwacje robią turyści, ale również ludzie biznesu, którzy chętnie tam się spotykają, by porozmawiać o interesach. Liczba rezerwacji świadczy o rosnącej lub spadającej aktywności biznesu. Kanada z kolei ma charakterystyczny produkt – tarcicę i drewno, stanowiące ponad 60 proc. eksportu. Gdy ten eksport rośnie, to sygnał, że sąsiedzi – Amerykanie – zaczynają więcej budować, więc idą dobre czasy. 

A czy Polska ma jakąś specyficzną cechę, która mogłaby znaleźć odzwierciedlenie we wskaźnikach wyprzedzających?

Nie zauważyłam w przypadku Polski takiej charakterystycznej cechy, która byłaby przydatna w badaniu przyszłej koniunktury. Nasza gospodarka nie ma żadnych szczególnych atutów. Nie mamy typowego produktu eksportowego, którego wzrost lub spadek sygnalizowałby zmianę trendu. Nie jest to negatywna ocena. Po prostu jesteśmy bardzo przeciętną gospodarką, jakich wiele w Europie i na świecie.

Kiedy opracowała Pani pierwszy wskaźnik wyprzedzający dla Polski?

Od początku lat 90., od czasu kiedy prowadziłam badania koniunktury metodą testów w Instytucie Rozwoju Gospodarczego, interesowałam się wskaźnikami wyprzedzającymi. Ówczesny dziekan wydziału wysłał mnie nawet na krótką wizytę do OECD do Paryża, żebym mogła zapoznać się z tymi konstrukcjami. Ale w Paryżu sami chcieli liczyć wskaźniki na podstawie danych, jakie przywiozłam. Nie zgodziłam się. W 1996 r. wyjechałam do USA, gdzie odwiedziłam wszystkie ośrodki, które zajmowały się wskaźnikami wyprzedzającymi, między innymi prof. Zarnowitza. Pod jego okiem w 1997 r. opracowałam pierwszy wskaźnik wyprzedzający dla polskiej gospodarki, ale   statystyka sięga 1990 r. Wcześniej sięgać nie może, ponieważ wskaźniki te dobrze spełniają swoje zadanie tylko w warunkach gospodarki rynkowej. Obecnie taki wskaźnik jest wyliczany co miesiąc na podstawie ustalonego algorytmu.

Czy ten algorytm się zmienia?

Algorytmy nie są dane raz na zawsze, trzeba je aktualizować, bo zmienia się gospodarka. Poza wskaźnikiem wyprzedzającym syntetycznym, o którym mówiłam, opracowuję również wskaźnik wyprzedzający dla inflacji. Tu ostatnio nastąpiły duże zmiany. Euro wypiera z obrotu dolara, więc  trzeba było umniejszyć wagę dolara. W tym roku właśnie dokonałem gruntownej rewizji struktury tego wskaźnika.

Co Pani czuje, gdy odkrywa, że zanosi się na zmiany? Towarzyszą temu jakieś emocje?

Mówiąc prawdę, bardzo lubię wszelkie zmiany trendów, ponieważ pozwalają one ocenić jakość komponowanych przeze mnie wskaźników. Syntetyczny wskaźnik wyprzedzający zaczął spadać już w 2006 r., wiele miesięcy przed upadkiem Lehman Brothers. Kto wtedy myślał o kryzysie? Mam satysfakcję, że przewidywania sprawdziły się, ale jest to raczej gorzka satysfakcja.

Czy prognozy sporządzane na podstawie wskaźników wyprzedzających, a więc uwzględniające zmianę trendów, mają wpływ na zachowania uczestników rynku?

W USA wskaźniki wyprzedzające są jedną z bardziej obserwowanych wielkości. Zarówno inwestorzy, jak i rząd przyglądają się im uważnie. Ale nie uważam, by śledzenie wskaźników mogło ustrzec kogokolwiek przed kryzysem. Przygotować się do zawirowań można jedynie poprzez budowanie porządnej gospodarki, w której rola państwa ogranicza się do regulacji wspierających rozwój, do dbałości o bezpieczeństwo, o najbiedniejszych i o edukację. Przed kryzysami trudno się ustrzec, bo gospodarka rynkowa rozwija się cyklicznie, a recesje mają charakter oczyszczający, wyrzucają z rynku te podmioty, które są nieefektywne. Rządy lubią ingerować w mechanizmy rynkowe, chętnie ratują nieefektywnych, ale to nie ma sensu, a ponadto działa demoralizująco. Gdy spojrzeć na tempo PKB od 1946 r., zarówno Europa jak i Ameryka rosną coraz wolniej. To efekt antycyklicznej polityki, która spłaszcza amplitudę wahań. Pytanie, co dalej. Jeśli rządy krajów wysoko rozwiniętych nie zmienią swojej filozofii, może w przyszłości regułą będzie zerowy wzrost gospodarczy.

Gdyby do wszystkich na czas dotarło, że niebawem gospodarkę czeka załamanie, może nie byłoby baniek spekulacyjnych?

Bańki spekulacyjne były i będą, bo zawsze znajdą się ludzie, którzy będą chcieli łatwo i szybko zarobić. Jest na to tylko jedno antidotum – przejrzysty rynek. Im więcej rynku, im większa jego przejrzystość, tym mniej spekulacji. Można na przykład mieć wątpliwości, czy trzy agencje ratingowe to jeszcze rynek. A już swobodne wprowadzanie do obrotu skomplikowanych instrumentów, za którymi nie nadąża wiedza uczestników rynku, na pewno nie służy jego przejrzystości.

Co obecnie pokazują wskaźniki wyprzedzające? Czy czeka nas druga fala kryzysu?

We wrześniu wskaźnik wyprzedzający utrzymał się na poziomie sierpniowym, a w sierpniu nieco spadł. Ważne jest jednak to, że żadna ze składowych nie wykazuje wyraźnych tendencji do załamania się. Obserwujemy wahania składowych w obie strony, ale są one niewielkie. Gospodarką dziś rządzi niepewność. Badania pokazują na przykład, że sytuacja finansowa przedsiębiorstw poprawia się, rosną depozyty, rośnie ilość pieniądza w obiegu, ale nie przekłada się to na inwestycje. W warunkach niepewności trudno podejmuje się decyzje o inwestycjach.

Rozmawiała: Małgorzata Pokojska

Maria Drozdowicz-Bieć jest doktorem habilitowanym nauk ekonomicznych, profesorem SGH. Zajmuje się badaniem aktywności gospodarczej i konstruowaniem wskaźników wczesnego ostrzegania. Od 1990 r. jest członkinią Center for International Research of Economic Tendency w Zurichu, a od 1996 r. Senior Research Associated w Foundation Business and Economic Research w Nowym Jorku. Jest właścicielką firmy BIEC Biuro Inwestycji i Cykli Ekonomicznych, oferującej internetowy outsourcing makroekonomiczny.

Artykuły powiązane


Tagi

Popularne artykuły

test