Szukając winnego odchyleń od normy, wzrok kierować trzeba na państwo

06.12.2015
20 lat temu powstało Towarzystwo Ekonomistów Polskich - TEP. Jego twórcy przypominają, że zaczęli działać w oporze wobec fali krytyki transformacji po 1989 r. nieustannie podsycanej przez Polskie Towarzystwo Ekonomiczne – PTE. Rocznicowa konferencja TEP musiała być więc poświęcona kapitalizmowi. Mowa była o faktach, punktowane były iluzje, którymi zadręcza się skołowanych ludzi.


Konferencja była naukowa, relacja będzie publicystyczna. Członkowie TEP, autorzy głównych wystąpień, paneliści i słuchacze mówili kapitalizmowi gromkie tak, a socjalizmowi – nie!

Profesor Julian Aulaytner przytoczył na tę okoliczność leciwy już, ale ciągle aktualny  dowcip o tym, że socjalizm to ustrój przejściowy między kapitalizmem, a komunizmem kiedy są jeszcze pieniądze, a nie ma już towarów. Dość frywolny początek sprawozdania to ukłon wobec prof. Leszka Balcerowicza, który zauważa, że niezliczone fantasmagorie przewijające się w powszechnej dziś (niestety) krytyce kapitalizmu odnoszą rany lub wręcz giną pod ostrzałem celnej, acz rozumnej satyry. Generalnie, treści, ton i wydźwięk były jednak bardzo poważne, a postawa w obronie kapitalizmu – waleczna.

Nie ma kapitalizmu bez rynku, ale nie ma też kapitalizmu bez wolności. Przez trzy stulecia od prapoczątków kapitalizm ulegał przemianom. Zdarzały się deformacje, ale częściej dokonywał się jego rozwój w dobrym i bardzo dobrym kierunku.

Rynek jest dziś często przedstawiany jako demon. Niestety, ten propagandowy przekaz trafia nawet do ludzi wykształconych i na co dzień rozsądnych, którzy nie dostrzegają jednak, że o ile spełnione zostaną pewne warunki, to żadna osoba lub grupa osób nie jest w stanie kontrolować rynku. Prof. Witold Kwaśnicki z Uniwersytetu Wrocławskiego zaznaczył, że przez całą swą historię ludzkość była biedna i zaczęła się bogacić dopiero po wybuchu rewolucji przemysłowej i pochodzie kapitalizmu w Europie Zachodniej i Ameryce Północnej.

Od pewnego czasu następuje zmniejszanie się nierówności między mieszkańcami różnych regionów świata. Odbywa się zatem proces konwergencji w kierunku dobrobytu, przy czym obejmuje on te kraje, które cieszą się mechanizmem rynkowym. Najłatwiej zaobserwować to można na przykładzie RFN i NRD przed zjednoczeniem Niemiec (>>więcej), zniszczonej 60 lat temu do szczętu, dziś kwitnącej Korei Południowej i reżimu północnokoreańskiego, czy Kuby przed i po Castro. Leszek Balcerowicz dodał, że największe i najtragiczniejsze dla ludzi kryzysu gospodarcze zdarzały się w Chinach Mao Tse-tunga, ZSRR za Stalina, czy w Polsce epoki PRL.

Profesor Uniwersytetu SWPS Andrzej Kondratowicz przypomniał, że ideologią, ale także estetyką kapitalizmu jest wolność jednostek. Cechy wolności to zwłaszcza nieskrępowane współdziałanie ludzi, a także korzystanie z wiedzy. Koszt pozyskania wiedzy spadł dziś do poziomu kiedyś niewyobrażalnego, chyba że jest ograniczany z powodów np. politycznych. Dobrze tę zależność oddaje powiedzenie o kimś kto przebywał w Chinach, lecz po pełną wiedzę musiał udać się do Hongkongu (If you are in China, go to Hong Kong and google it).

Wolność jest kluczowa dla kapitalizmu, bo zapewnia mu efektywność ekonomiczną. Mechanizm współzależności powodzenia w kapitalizmie od wolności jest wielowymiarowy. Wynika np. z dwóch tendencji. Z jednej strony, całkowita, kumulowana systematycznie wiedza ludzkości dąży do nieskończoności (wiemy jako ludzkość stale coraz więcej), a proces jej gromadzenia odbywa się szybciej w społeczeństwie wolnym niż w niewolnym. Z drugiej strony, możliwość kumulowania wiedzy przez pojedynczą jednostkę dąży do zera (możliwości poznawcze pojedynczego człowieka są ograniczone, a na starość maleją, aż do zaniku). Ten z kolei proces sprawia, że rośnie rola współdziałania, którego warunkiem jest wolność, w tym gospodarcza, nierozerwalnie związana właśnie z kapitalizmem.

Prof. Jan Winiecki, członek RPP, nawiązał do ministra policji Józefa Fouché, który w razie braku wyraźnej przyczyny czegoś radził „cherchez la femme”, czyli szukać kobiety, która musi za tym stać. Postawił tezę, że w przypadku aberracji zdarzających się w kapitalizmie należałoby odwołać się do parafrazy brzmiącej „cherchez l’etat”. Jego zdaniem, „w dziewięciu przypadkach na dziesięć, jeśli gospodarka zachowuje się aberracyjnie, u źródeł tej aberracji tkwi taka, czy inna polityka interwencji, a nie niedoskonałość rynku”. Szukając winnego chorych odchyleń od normy, wzrok kierować trzeba zatem na państwo.

Podał przykład azjatyckiego kryzysu finansowego w końcówce ubiegłego stulecia. W Korei Płd. wybuchł on wskutek bardzo silnych preferencji państwa w odniesieniu do rozwoju wybranych dziedzin przemysłu. Preferencje przybrały postać państwowych gwarancji kredytowych, które sprawiły, że banki wyzwolone od ryzyka zaczęły na potęgę pożyczać pieniądze biznesowi, pozyskując środki na ten cel na światowym rynku finansowym. W pewnym momencie, kiedy wartość kredytów udzielonych np. Daewoo była wyższa 10 razy od aktywów tego koncernu, banki zagraniczne uznały, że ryzyko jest zbyt duże, odcięły bankom koreańskim dalsze finansowanie i bania nadmuchana przez państwo pękła. Na zasadzie reakcji łańcuchowej nie tylko zresztą w Korei.

Z badania przedstawionego przez prof. Elżbietę Adamowicz z SGH wynika, że po rozpadzie w 1991 r. tzw. obozu, większość państw Europy Środkowej i tworzących przedtem ZSRR, a także stowarzyszonych z RWPG rozwijała się szybciej niż wynosiła średnia dla OECD. Najlepiej w redukowaniu różnicy wysokości PKB per capita radziła sobie Polska, gdzie generalnie nie próbowano zastępować kapitalizmu namiastkami, czy „wariacjami na temat”.

Potwierdza się ponadto istnienie korelacji między pomniejszaniem luki rozwojowej w relacji do ścisłej czołówki świata, a otwarciem gospodarki (eksport-import). Polska jest, obok Czech, w grupie z najlepszymi wynikami w tym zakresie. W rozwoju kapitału ludzkiego (badania PISA) nasz  kraj wspina się jak wytrawny himalaista. Nie jest natomiast dobrze w kwestii rachunku obrotów bieżących. W ogólnym rozrachunku jesteśmy jednak bezwzględnie w grupie państw wygranych dzięki transformacji. Widoczne skutki to dołączenie do grupy państw o średnim dochodzie, co udało się daleko nie wszystkim.

W ocenia Jana Winieckiego, istotna dla wzrostu jest skala wydatków socjalnych państwa. Duży ich udział powoduje osłabienie tempa rozwoju, czego przykładem są dziś Finlandia i Włochy. Na etapie industrializacji wolność nie jest tak istotna jak później, podczas przechodzenia z gospodarki dóbr do gospodarki usług, gdy kluczem powodzenia są sprawnie działające instytucje, w tym instytucje wolności obywatelskich i politycznych.

Dzisiejsze gorące spory przeradzają się w bezmyślną krytykę kapitalizmu na zasadzie, że trzeba potępiać zimę bo jest przecież zimno. Mają one obfite źródła ontologiczne, tj. wywodzą się z podejścia do kwestii bytu ludzi. W ekonomii podstawowa dziś kwestia ontologiczna sprowadza się do preferencji dla długiego życia ponad życie w dostatku. Sprzeczność tych dwóch celów ma wiele wymiarów: gdy chce się żyć długo, warto m.in. pamiętać o środkach koniecznych na długi (statystycznie) czas po zakończeniu aktywności zawodowej.

Przy danych możliwościach wytwórczych, ludzkość żyjąca krócej miałaby się lepiej i żyła przez to bogaciej. Gdy niemal 150 lat temu Bismarck wprowadzał swój system zabezpieczenia na starość, przeciętna oczekiwana długość życia wynosiła w Niemczech 45 lat, a świadczenia emerytalne przysługiwały ubezpieczonym po ukończeniu 70 lat. Amerykański ekonomista Lester Thurow oszacował prawie 20 lat temu, że gdyby relacje uzależniające świadczenia bismarckowskie zastosować współcześnie, to wiek przejścia na emeryturę wynosić musiałby 95 lat. Po dwóch dekadach od tych szacunków, byłby zapewne jeszcze bliżej setki.

Wg dzisiejszych standardów, w 1890 r. aż 90 proc. Amerykanów żyło w ubóstwie. Obecnie oficjalny wskaźnik wynosi 14,5 proc., ale nie ujmuje ważnych transferów niegotówkowych, więc rzeczywisty jest istotnie mniejszy. Wynik upowszechnienia zamożności dzięki kapitalizmowi jest tym bardziej imponujący, że nie wymyślono systemu, który dawałby każdemu według potrzeb, choć były po temu bardzo zaawansowane przymiarki.

Próby zastąpienia kapitalizmu socjalizmem – ustrojem pełnej szczęśliwości wskutek działań państwa utożsamianego w tym wypadku przez omnipotentnych jakoby mędrców z Biura Politycznego Powszechnego Zadowolenia, Dostatku i Równości zakończyły się krachem okupionym nieszczęściem miliarda ludzi z Chin, ZSRR i Europy po wschodniej stronie Łaby. Dziś hydra ta ponownie omotuje ludzi ślepych np. na katastrofę jaką pod rządami durniów przeżywa Wenezuela. Wśród niezliczonych plag spadających na Wenezuelę wskutek działań łotrów odwołujących się do socjalizmu jest ograbienie ludzi zarabiających w miejscowym pieniądzu. Za jednego dolara kupionego tam na czarnym rynku kupić można ponad 500 galonów, czyli ok. 2 000 litrów, benzyny.

Leszek Balcerowicz sądzi, że tak silny obecnie wpływ obalonych już dawno temu tez o „krachu” kapitalizmu i „zbawiennej” roli państwa w gospodarce oznacza, że jest to mniej problem natury intelektualnej, a związany jest bardziej z propagandą i komunikacją.  Nieustannie dziwi go (i bardzo wielu innych) szerokie przekonanie, że ludzie w przedsiębiorstwach i instytucjach państwowych nabierać mieliby cech nadludzi o zdolnościach herkulesowych, niedościgłych dla „outsiderów” z sektora prywatnego. Jego zdaniem, ponieważ były i będą istniały grupy o zapatrywaniach etatystycznych, to problem sprowadza się do proporcji. Gdy grupy o ciągotach kolektywistycznych przeważają w społeczeństwie i państwie, trzeba pożegnać się z happy endem, a witać się trzeba ze stagnacją, co nie jest jeszcze najgorsze, bo po niej w drzwiach pojawia się kryzys.

Wskazał, że nieudane transformacje gospodarcze nie należą do wyjątków. Przykładem są Węgry, Turcja, Argentyna. Trzy składowe niepowodzenia transformacji to 1) uzdolniony demagog, 2) potencjalna klientela, która przekształca się w sektę (tak powstał peronizm) i 3) coś, co dodaje dodatkowej dynamiki.

Na Węgrzech tym dodatkowym napędem stały się taśmy z nagraniem socjaldemokratycznego premiera Gyurcsany’ego. W 2006 r., w miesiąc po wygranych ponownie wyborach powiedział on na zamkniętym spotkaniu z posłami swojej partii, że trzeba było przeprowadzać niepopularne reformy, a zamiast tego „kłamaliśmy rano, nocą i wieczorem” (że jest i będzie dobrze, bo przecież partia i państwo wzięły, co trzeba w swoje zgrabne ręce). Ponieważ prawda sama się nie obroni, to niezwykle istotne (dla porażki lub klęski rozumu) jest przechwycenie możliwości przekazywania opinii nt. źródeł kryzysu. W Argentynie zwyciężyła (nieprawdziwa) opinia, że przyczyną trudności i kryzysu były wcześniejsze reformy rynkowe. Dziś Argentyńczycy spożywają zatrute owoce tej bałamutnej „diagnozy”.

Wypada wierzyć w rozsądek i pragmatyzm Polaków, którzy odmówią przejścia na argentyńską, węgierską, czy inną niestrawną dietę.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test