Ameryka jest bankrutem

Słaby dolar jest tak samo dobry dla amerykańskiej gospodarki, jak niska płaca dla pracownika. Bo przecież wartość waluty jest funkcją podaży i popytu. Lata bezmyślnych pożyczek i wydatków musiały spowodować spadek wartości naszej waluty. Jesteśmy świadkami schyłku dolara.

W najbliższym tygodniu przedstawiciele komisji finansów niższej izby amerykańskiego Kongresu będą rozmawiać z ekspertami na temat zadłużenia gospodarki amerykańskiej. Pan ostrzegał przed jego konsekwencjami na długo przed kryzysem, bo w 2004 r. No i wreszcie administracja amerykańska zwróciła na to uwagę i zamierza wypracować plan wychodzenia z długów?

Pan jest niepoprawnym optymistą. Rzeczywiście kongresmeni będą rozmawiać na ten temat, ale wcale nie jest pewne, a powiedziałbym, że bardzo mało prawdopodobne, by podjęli zdecydowane kroki, których wymaga sytuacja. Poza tym moim zdaniem jest już na to za późno. Ameryka jest bankrutem.

Bankrutem? Przecież zaufanie inwestorów zagranicznych i lokalnych do amerykańskiej gospodarki według badań TV Fox Business i miesięcznika „Fortune”  mimo recesji nie spada, a w III kwartale nawet wzrosło o 1,5 proc.

To jest tylko kwestia czasu, kiedy prawda wyjdzie na jaw. Fakty są nieubłagane. Do września 2004 r. dług publiczny według źródeł oficjalnych wynosił 5,3 bln USD. Całkowity dług, który można sobie policzyć według dostępnych danych, ale nikt nigdy tego publicznie nie zrobił, składający się z niefinansowych zobowiązań włącznie z ubezpieczeniami społecznymi i Medicare, wynosi 50 bln. A bogactwo wytwarzane rocznie przez Amerykanów, czyli PKB, wynosi 14 bln. Ta sytuacja jest konsekwencją polityki nieodpowiedzialnego udzielania pożyczek. W niektórych stanach tego typu praktyka była zabroniona, dopóki nie zmienił tego prezydent George W. Bush, by chronić zyski Wall Street.

Wartość kredytów hipotecznych w USA wynosi ponad 15 bln USD włącznie z kredytami wziętymi na nieruchomości w celach komercyjnych. Dług rządów lokalnych to kolejne 3 bln. Ale nawet te liczby są niczym w porównaniu z długiem Amerykanów na kartach kredytowych, który obliczany jest na 20,5 bln USD. A zatem dodatkowy dług amerykański, nie licząc zobowiązań rządu federalnego, wynosi ok. 40 bln USD.

Grozi nam lawinowy wzrost długu ze względu na recesję. Wyniki gospodarki w III kwartale nie napawają optymizmem. Spada konsumpcja i zapowiadane jest coraz wyższe bezrobocie. Wielu poważnych ekspertów twierdzi, że na horyzoncie rysuje się inflacja. A w takiej sytuacji zapewne raty spłaty długu będą rosnąć.

Załóżmy jednak, że pozostanie na tym samym poziomie, czyli ok. 10 proc. Wówczas rząd będzie musiał wziąć skądś 4 bln USD na spłatę długu, czyli 5 razy więcej od tego, o co zwykle prosi Kongres. W ten sposób dojdzie do zwiększenia długu publicznego o 80 proc. A to będzie zagrożenie dla ratingów typu A amerykańskiego rządu. A z tego zrodzi się presja na podwyżkę stóp procentowych w czasie, kiedy powinny być niskie, aby z recesji nie wpaść w depresję. Bo depresja grozi bardzo wysokim wzrostem rat spłaty długu. A wraz z ich wzrostem nastąpiłaby taka implozja giełd, jaka miała miejsce w 1929 r.

W konsekwencji wartość dolara spadnie bardzo poważnie, zwiększając deficyt handlowy. A z tego będzie trudno się wygrzebać przez kilka dekad. Te fakty rząd USA po prostu ukrywa. A wartość dolara wobec euro czy dolara kanadyjskiego spada.

Tylko że pod koniec 2001 roku, na długo przed kryzysem, dolar już  tracił w stosunku do euro. Cena jednego euro z 80 centów wzrosła do 1,3 dolara. Ekonomiści, wśród nich Milton Friedman, mówili wtedy, że to korekta. Dlaczego dziś podnosi Pan tak wielki alarm, twierdząc, że obserwujemy koniec dolara?

Ma pan rację, wtedy rzeczywiście dolar korygował się w stosunku do euro. Pamiętam, że mówiono, iż będzie to świat dwóch walut. Jak wiele zmieniło się w ciągu jednej dekady… Proszę nie zapominać o piramidalnym długu zaciągniętym przez prezydenta Busha i obecnie przez prezydenta Obamę. Jeśli dojdzie do uchwalenia opcji publicznej w ustawie zdrowotnej, to będzie moim zdaniem nasz gwoźdź do trumny. Takim zobowiązaniom budżet amerykański nie podoła. To jest niemożliwe.

Proszę zważyć, ze wzrosty i spadki dolara w latach 2008-2009 praktycznie zatoczyły koło. Od marca 2009 r. wartość dolara systematycznie spada.

Ale tani dolar to przecież pomoc dla USA w wychodzeniu z kryzysu. Tak mówi doradca ds. gospodarczych prezydenta Baracka Obamy.

Przytacza pan argument jednego z obozów amerykańskich polityków, którzy zakrywają oczy i uszy, by nie dotarła do nich smutna prawda o dolarze.

Oba obozy dyskutują na tematy zastępcze. Jeden z nich popiera interwencjonizm rządowy. I jego opinie pan zacytował. Ale moim zdaniem słaby dolar jest tak samo dobry dla amerykańskiej gospodarki, jak niska płaca dla pracownika. Bo przecież wartość waluty jest funkcją podaży i popytu. Lata bezmyślnych pożyczek i wydatków musiały spowodować spadek wartości dolara.

Drugi obóz, konserwatywny, sądzi, że wyższe stopy procentowe pomogły dolarowi. Słaby dolar może przyczynić się tylko do jednego – przywróci równowagę w handlu.

To co zamiast dolara?

Złoto. Jego wartość będzie systematycznie rosła, jeśli ta dynamika w gospodarce, o której mówiliśmy, będzie się utrzymywać.


Peter Schiff – ekonomista, autor. Należy do grona kilku naukowców, którzy przewidzieli kryzys 2008. Opisał go szczegółowo w książce pt. Crash Proof: How to Profit from the Coming Economic Collapse wydanej w 2007 r. Doradza przewodniczącemu Partii Republikańskiej. Był doradcą prezydenta Goerge’a Busha w czasie jego I kadencji.

rozmawiał t.P.


Tagi