Chiński problem koordynacji zmian

07.09.2015
Niewdzięczny proces przeobrażania się Chin w coś, co jego przywódcy nazywają społeczeństwem umiarkowanie zamożnym, zawiera wiele zmiennych elementów. Na kilku frontach - jak gospodarka, rynki finansowe, strategia geopolityczna i polityka społeczna - występują jednocześnie ruchy tektoniczne.
Stephen S. Roach


Decydującym testem tego procesu może się więc okazać zarządzanie coraz bardziej złożonym oddziaływaniem wzajemnym tych zmian. Czy chińscy przywódcy staną na wysokości tego zadania, czy też porywają się z motyką na księżyc?

Większość zachodnich komentatorów nadal nadmiernie upraszcza tę kwestię, wtłaczając ją w przysłowiowe już scenariusze twardego lądowania gospodarki chińskiej, które od 20 lat się nie sprawdzają. Z takim samym zjawiskiem mamy do czynienia obecnie, na fali spekulacji po letnim załamaniu giełdy oraz zadziwiającej dewaluacji renminbi. Podejrzewam jednak, że obawy o wyraźną recesję w Chinach są mocno przesadzone.

Choć dyskusji o krótkoterminowych perspektywach Chin nie powinno się bynajmniej lekceważyć, o wiele ważniejsze są solidne osiągnięcia na drodze do reorientacji gospodarki – a konkretnie do jej strukturalnego zwrotu, od działalności przemysłowej i budowlanej ku usługom. W 2014 roku udział usług w chińskim PKB sięgnął 48,2 proc. Było to o wiele więcej, niż wynoszący 42,6 proc. łączny udział przemysłu i budownictwa. Dystans ten nadal się powiększa – w pierwszym półroczu 2015 r. sektor usług rósł w tempie 8,4 proc. (w ujęciu rocznym), znacznie szybciej niż produkcja przemysłu i budownictwa (plus 6,1 proc.).

Usługi to pod wieloma względami infrastruktura społeczeństwa konsumpcyjnego. W przypadku Chin chodzi o zapewnienie podstawowych usług komunalnych, łączności, placówek detalicznych, opieki zdrowotnej oraz usług finansowych, czego coraz energiczniej domaga się powstająca tam klasa średnia. Usługi to ponadto działalność pracochłonna. W Chinach na jednostkę produkcji usługowej przypada około 30 proc. więcej pracy niż w przemyśle i budownictwie.

Głównie z tego powodu tendencje w zatrudnieniu kształtują się o wiele lepiej niż można by oczekiwać w obliczu spowolnienia gospodarczego. W latach 2013-2014 przyrost miejsc pracy w miastach sięgał średnio nieco ponad 13 mln – znacznie powyżej rządowego celu 10 mln. Dane sugerują ponadto, że tempo przyrostu zatrudnienia w miastach jest prawie tak samo imponujące jak w ostatnich latach. Trudno to uznać za napięcia na rynku pracy, jakie normalnie towarzyszą twardemu lądowaniu gospodarki czy recesji.

Usługi stanowią również element, dzięki któremu strategia urbanizacji Chin jest tak skuteczna. Obecnie w miastach mieszka 55 proc. (w przybliżeniu) ludności Chin; w 1978 roku było to niespełna 20 proc. W ciągu następnych 15 lat wskaźnik ten powinien wzrosnąć do 65-70 proc. W miastach – zarówno nowych, jak i rozrastających się – źródłem trwałego wzrostu gospodarczego jest zatrudnienie, głównie w usługach. To zaś z kolei powiększa siłę nabywczą konsumentów, gdyż dochód per capita jest w miastach trzy razy większy od uzyskiwanego na wsi.

Choć więc załamuje się ręce nad chińską katastrofą, to w rzeczywistości gwałtowny zwrot ku gospodarce opartej na usługach łagodzi presję spadkową w gospodarce starej, bazującej na przemyśle. Do takiego samego wniosku doszedł Międzynarodowy Fundusz Walutowy, który po najnowszym przeglądzie stosowania przez Chiny artykułu VI statutu podkreślił, że rośnie tam obecnie udział dochodu z pracy w PKB i że do jego wzrostu w 2014 roku konsumpcja przyczyniła się nieco bardziej niż inwestycje. Może się wydawać, że to postęp drobny, jednak w zestawieniu z żółwim dotychczas tempem zmian strukturalnych jest on całkiem szybki. Chodzi przecież o proces, który zaczął się w Chinach dopiero w 2011 roku, wraz z przyjęciem 12. Planu Pięcioletniego.

Tkwi w tym niestety istotna pułapka. Choć bowiem postęp w zakresie reorientacji gospodarki jest zachęcający, to Chiny postawiły przed sobą o wiele więcej zadań. Są wśród nich plany równoczesnej modernizacji systemu finansowego, zreformowania reżimu walutowego oraz zajęcia się objawami rozpasania na rynkach akcji, długu i nieruchomości. Jednocześnie władze prowadzą także energiczną kampanię anykorupcyjną, prężniejszą politykę zagraniczną i rozbudzają ubrane w formę „Chińskiego Marzenia” nastroje nacjonalistyczne.

Szczególnie niewdzięczne może się okazać wzajemne współoddziaływanie tych licznych celów. Na przykład zbieżność procesu zmniejszania dźwigni finansowej z pęknięciem bańki akcji może w starej gospodarce przemysłowej wytworzyć samonapędzającą i zacieśniającą się spiralę, która wywoła wstrząs w nastrojach konsumentów i zniweluje dynamikę nowej gospodarki usługowej. Z kolei militarne posunięcia na Morzu Południowo-Chińskim mogłyby zaszkodzić powiązaniom Chin z resztą świata zanim jeszcze będą one w stanie liczyć na popyt wewnętrzny jako na motor wzrostu gospodarczego.

Jak na ironię, może się okazać, że w opartym na rynku, nastawionym na konsumenta systemie chińskim władzom trudniej byłoby dokonywać tych ekwilibrystycznych posunięć. Rząd, który utknął w procesie odchodzenia od modelu gospodarki poddanej ścisłej kontroli i kierowanej przez państwo, wydaje się dryfować. Podkreśla na przykład zdecydowany zwrot ku rynkowi, by zaraz potem energicznie interweniować, bo walą się ceny akcji. Albo wprowadza coraz więcej elementów rynkowych do reżimu kursowego, a jednocześnie powoduje obniżenie kursu renminbi.

Gdyby do tego doszło pełne wahań podejście do reformy przedsiębiorstw państwowych, to Chiny mogłyby się nieuchronnie pogrążyć w czymś porównywalnym z sytuacją, którą Minxin Pei już dawno nazwałtransformacją w potrzasku”, kiedy strategia reform ekonomicznych jest w państwie jednopartyjnym bezradna wobec braku woli politycznej.

W dzisiejszych Chinach, którym przewodzi prezydent Xi Jinping, woli politycznej nie brakuje. Problem stanowi natomiast takie wyznaczenie jej priorytetów, by utrzymać Chiny na kursie reform i reorientacji gospodarki. Każdy ruch wstecz na tym froncie mógłby wciągnąć Chiny w pułapkę, której – jak od dawna obawia się Pei – nie da się uniknąć.

Rozwój gospodarczy to zawsze niewdzięczne wyzwanie. W ostrzeżeniach przed „pułapką średniego dochodu” podkreśla się, iż próby podniesienia dochodu per capita ponad poziom, jaki właśnie osiągnęły Chiny, znacznie częściej w historii kończyły się porażką niż sukcesem. Najgorsze dla Chin byłoby zbyt mocne balansowanie na skraju przepaści. Trzeba więc, by ich przywódcy uprościli i wyjaśnili program działania, gdyż istnieje ryzyko, że staje się on zbyt skomplikowany, by można nim było kierować.

Stephen S. Roach, członek zwyczajny wydziału w Yale University i były przewodniczący Morgan Stanley Asia, jest autorem książki „Unbalanced: The Codependency of America and China” (Nierównowaga: współuzależnienie Ameryki i Chin).

© Project Syndicate, 2015

www.project-syndicate.org


Tagi


Artykuły powiązane