Nie wszyscy w Chinach chcą pomagać Europie

16.09.2011
Chiny często mają żal o to, że Zachód ich nie rozumie i w każdej, wysuniętej w dobrej wierze propozycji, dopatruje się jakiegoś podstępu. Kiedy premier Wen Jiabao podczas otwarcia letniego forum ekonomicznego w chińskim mieście Dalian powiedział, że Chiny chcą pomóc Europie w walce z kryzysem finansowym, od razu odezwały się głosy, iż mają w tym głównie swój interes gdyż chcą, by Europa w zamian bardziej otworzyła swój rynek dla chińskich towarów.
Wen Jiabao, premier Chin, obiecuje pieniądze Europie. (CC By-SA WEF)

Wen Jiabao, premier Chin, obiecuje pieniądze Europie. (CC By-SA WEF)

Wen Jiabao, premier Chin, obiecuje pieniądze Europie. (CC By-SA WEF)

Na razie Unia dodatkowo opodatkowuje chińskie produkty eksportowane do niej  po zaniżonych cenach. Pekin, o czym wspomniał premier Wen, chciałby także zmiany statusu chińskiej gospodarki na rynkową wg standardów europejskich, co radykalnie ułatwiłoby Chinom inwestowanie w Europie. Większość zachodnich komentatorów, tak ekonomicznych jak i politycznych, uważa, że chińskie władze chcą wykorzystać kryzys zadłużeniowy w niektórych państwach strefy euro do poszerzenia swych gospodarczych wpływów. Jednak jeżeli weźmiemy po uwagę fakt, iż to właśnie Unia Europejska, a nie żaden inna organizacja, czy kraj, jest największym partnerem handlowym Państwa Środka, to chińskie obawy o kondycję europejskiej gospodarki nie muszą być wcale udawane.

> video: premier Chin o inwestowaniu w Europie

Oczywiście, nie oznacza to, że przy okazji Chiny nie próbują ugrać czegoś tak gospodarczo jak i politycznie. Jednak gwałtowny spadek popytu zewnętrznego na chińskie towary, dla tutejszej gospodarki może mieć bardzo daleko idące konsekwencje.  W roku 2007 eksport pobudził wzrost gospodarczy o 2,6 pkt proc., w roku 2008 było to już tylko 1, 4 pkt. W tym roku Chiny po raz pierwszy od wielu lat zaczęły więcej importować aniżeli eksportować. Chińskie władze pocieszają, że rolę eksportu przejmie wewnętrzna konsumpcja. Nie będzie to jednak takie proste. Wydaje się bowiem, że inflacja w Chinach „podkręcona” częściowo m. in.  przez wewnętrzną konsumpcję, wymknęła się spod kontroli, choć zewsząd słychać tu zapewniają, że tak nie jest.

Wzrost cen, zwłaszcza żywności, jest tu bardzo odczuwalny, głównie przez ludzi biednych. Mimo, iż co rusz światowe media epatują informacjami, ilu to w Chinach co roku przybywa miliarderów i milionerów, że sprzedaje się tu najwięcej na świecie luksusowych Mercedesów klasy S, a najdroższe marki odzieżowe otwierają tutaj nie małe butiki, lecz całe kilkupiętrowe domy towarowe, to prawda jest taka, że nadal ponad połowa ludzi żyje w Chinach, wg naszych standardów, po prostu w biedzie. By się o tym przekonać wystarczy tylko wyjechać za rogatki jakiejś metropolii. Biedy w Chinach nie trzeba bowiem wcale szukać udając się daleko na zapadłą wieś.

Jak jednak wynika z pierwszych choćby komentarzy tutejszych ekonomistów po wystąpieniu premiera kraju na forum ekonomicznym w Dalianie, generalnie Chiny zamierzają w swej polityce gospodarczej robić to samo co do tej pory, a nawet jeszcze bardziej.

Wiceszef Instytutu Badań Finansowych Chińskiego Centrum Badań nad Rozwojem przy rządzie, Ba Shu Song, powiedział, że wprawdzie tempo wzrostu chińskiego PKB osłabnie w najbliższych latach, Chiny nadal będą prowadziły politykę pobudzania inwestycji i wewnętrznej konsumpcji. Dodał, że oczywiście kraj musi unowocześnić i zrestrukturyzować swój przemysł, zmienić – jak to określił – model całej gospodarki, w większym stopniu postawić na usługi i branże innowacyjne, jednak strategia ekonomiczna którą Chiny z sukcesem realizowały przez ostatnie lata, będzie kontynuowana. Jedyna różnica jaką daje się zauważyć polegać ma na tym, iż wzrost sprzedaży na rynek wewnętrzny ma częściowo zrekompensować spadające wpływy z eksportu. Pytanie tylko, czy przeciętni Chińczycy mają już dość pieniędzy aby aż tyle kupować? To jednak temat na odrębne rozważania.

Również z ostatniego raportu Azjatyckiego Banku Rozwoju wynika, że wzrost gospodarczy rozwijających się azjatyckich gospodarek, nie tylko chińskiej, będzie wolniejszy aniżeli dotąd, głównie ze względu na słabszy popyt zewnętrzny. Bank przewiduje, że zwłaszcza Stany Zjednoczone i Europa mniej będą kupowały w Chinach i całej Azji. Prognoza wzrostu gospodarczego dla Państwa Środka została obniżona z 9,6 proc. do 9, 3 proc.

Wprawdzie Chiny dysponują ogromnymi rezerwami walutowymi szacowanymi na 3, 2 bln dolarów, które pozwolą im przebrnąć przez ewentualną drugą falę światowego kryzysu, to jednak po zapowiedzi chińskiego premiera na „letnim Davos” o wsparciu finansowym europejskiej gospodarki, odezwały się głosy, że powinno się to czynić bardzo ostrożnie. Li Dao Kui zasiadający w komisji polityki monetarnej Chińskiego Banku Ludowego, czyli tutejszego banku centralnego, już po przemówieniu szefa chińskiego rządu, na łamach „China Daily” stwierdził, że najgorszy scenariusz w państwach strefy euro nie jest wcale wykluczony. Nie brakuje także głosów innych chińskich ekonomistów wieszczących nawet możliwość upadku tak euro jak i całej Unii Europejskiej. Taką opinię wyraziła m.in. Chen Feng Yin, szefowa Chińskiego Instytutu Badania Gospodarek Świata.

Jednak nie można wykluczyć, iż jest to świadoma propagandowa kampania mająca w jeszcze lepszym świetle przedstawić propozycję pomocy ze strony chińskich władz dla europejskich gospodarek i złagodzić jej ultymatywny ton. Wypowiedzi te ukazały się na łamach kierowanej głównie do zagranicznej opinii publicznej gazety, czasem też krytykującej niektóre posunięcia ekonomiczne tutejszych władz.

Jednak w tym, że poszczególne państwa, jak i de facto cała Unia, powinny zrobić porządek na swym gospodarczym podwórku, jeśli nie chcą dopuścić do spełnienia się najgorszego scenariusza, zgodni są ekonomiści tak w Europie, jak i w Chinach. Czy ci z Chin mogą mieć lepsze pomysły niż Europejczycy?


Tagi


Artykuły powiązane