Autor: Jacek Krzemiński

Dziennikarz ekonomiczny, publicysta.

Kraje UE zaczynają racjonalizować wydatki na ekologię

Mimo kryzysu UE nie zamierza łagodzić polityki na rzecz ochrony środowiska i walki z globalnym ociepleniem, chociaż kosztuje to państwa Wspólnoty dziesiątki miliardów euro rocznie. Wiele krajów, właśnie na skutek kryzysu, zaczyna więc wydawać pieniądze na ekologię bardziej efektywnie i racjonalnie niż dotąd. Przykładem tego jest Polska.
Kraje UE zaczynają racjonalizować wydatki na ekologię

(Opr. DG/CC By-SA Uwe Hermann)

Unijna polityka związana z ochroną środowiska to dziś przede wszystkim tzw. polityka klimatyczna, mająca na celu walkę z globalnym ociepleniem. Ta polityka  jest w Polsce bardzo często krytykowana. Ostatnio dostało się jej od Krajowej Izby Gospodarczej, która zaapelowała do rządu, by zdecydowanie sprzeciwiał się próbom zaostrzenia.

Parlament Europejski i Komisja Europejska nie zamierzają łagodzić przyjętego pięć lat temu pakietu energetyczno-klimatycznego (zakładającego m.in. zmniejszenie emisji dwutlenku węgla w UE o 20 proc. do 2020 r.). Ze strony niektórych europosłów i członków KE pada wciąż postulat, by unijną politykę w tej dziedzinie zaostrzyć. To znaczy, żeby nałożyć na kraje członkowskie obowiązek zmniejszenia emisji CO2 nie o 20, ale o 30 proc. do 2020 r. Jest jednak mało realne, żeby ten postulat udało się przeforsować.

Zdecydowanie sprzeciwia mu się właśnie polski rząd (już raz zgłosił weto w tej sprawie).

W Polsce utarła się opinia, że władze UE chcą walczyć z globalnym ociepleniem wyłącznie ze względów ideologicznych, że walka z ociepleniem klimatu to „nowa religia Zachodu”. To jednak mylny pogląd, bo unijna polityka klimatyczna oparta jest w dużej mierze na racjonalnych przesłankach.

Jedną z najważniejszych jest fakt, że kraje UE mają za mało własnych złóż surowców energetycznych (ropy, gazu, węgla czy uranu) i muszą te surowce w dużych ilościach importować, co pogarsza nie tylko ich sytuację ekonomiczną (m.in. przez pogorszenie salda handlu zagranicznego – Polska ma ujemne saldo tego handlu głównie przez import ropy i gazu), ale także polityczną. Bo ropę czy gaz UE importuje także z takich krajów, jak Iran, Wenezuela, Arabia Saudyjska, Irak czy Rosja, które nie tylko łamią prawa człowieka (co przywiązanym do nich krajom UE się nie podoba), ale są też – ze względu na niestabilną sytuację polityczną czy awanturnicze lub autorytarne rządy – niepewnymi dostawcami.

Co gorsza ceny surowców energetycznych – na skutek wzrostu globalnej konsumpcji energii i paliw (za ów wzrost odpowiadają przede wszystkim duże kraje rozwijające się: Chiny, Indie, Brazylia, Indonezja itd.) – cały czas pną się w górę i według Międzynarodowej Agencji Energetycznej nie zanosi się na zmianę tego trendu.

Władze UE od lat wkładają więc spory wysiłek w to, żeby jak najbardziej uniezależnić Wspólnotę od importu surowców energetycznych, żeby ten import był jak najmniejszy. Np. poprzez dyrektywy, wymuszające na krajach członkowskich wspieranie rozwoju energetyki odnawialnej, dzięki której można zmniejszyć zużycie gazu, ropy czy węgla. Temu celowi miał też służyć w dużej mierze unijny pakiet energetyczno-klimatyczny.

Pierwsze założenie owego pakietu brzmi: do 2020 r. co najmniej 20 proc. energii produkowanej w UE ma pochodzić ze źródeł odnawialnych.  Drugie: do 2020 r. zużycie energii w krajach Wspólnoty ma zmniejszy się o 20 proc. Biorąc pod uwagę, że w Polsce, ale i w wielu innych państwach unijnych, wciąż marnuje się mnóstwo energii (polski przemysł jest kilkakrotnie bardziej energochłonny od niemieckiego), że z większości budynków w naszym kraju wciąż ucieka zimą mnóstwo ciepła, wszelkie działania na rzecz bardziej efektywnego wykorzystywania energii, to czysty zysk. Warto w tym miejscu przywołać przykład Danii, która od lat – mimo wzrostu gospodarczego – nie zwiększa zużycia energii, bo postawiła na energooszczędne rozwiązania i technologie.

Trzecie główne założenie unijnego pakietu klimatyczno-energetycznego brzmi: emisja CO2 w krajach członkowskich musi zmniejszyć się do 2020 r. o 20 proc. Ten obowiązek najłatwiej spełnić, zmniejszając zużycie węgla i ropy (ich spalaniu towarzyszy duża emisja dwutlenku węgla), a jednocześnie stawiając na odnawialne źródła energii, zakwalifikowane przez władze UE, do tzw. źródeł zeroemisyjnych.  Zaliczane są do nich nie tylko elektrownie wiatrowe, wodne czy słoneczne, ale także biogazowe i biomasowe oraz instalacje geotermalne i pompy ciepła. Polska pod tym względem ma duże pole do popisu.  Według Światowej Rady Energii Wiatrowej (Global Energy Wind Council) Polska ma jedne z najlepszych w Europie warunków klimatycznych do rozwoju energetyki wiatrowej. Chodzi, oczywiście, o tzw. wietrzność, czyli siłę i częstotliwość występowania wiatrów. Dzięki temu duże elektrownie wiatrowe opłaca się budować na większości obszaru naszego kraju.

Polska ma obok Niemiec i Francji najwięcej w UE użytków rolnych oraz setki tysięcy hektarów odłogów, których dużą część można by przeznaczyć na uprawy roślin energetycznych, a te z kolei przetwarzać na biogaz. Biogaz, który po uzdatnieniu z powodzeniem zastępuje zwykły gaz i może służyć także jako paliwo do aut. Ten surowiec można wytwarzać także z odpadów (rolnych, z przemysłu spożywczego, ubojni, osadów ściekowych, śmieci komunalnych), co ułatwia i czyni tańszą ich utylizację. Te zalety biogazu dawno już doceniły Niemcy, które – z kilkoma tysiącami biogazowych instalacji –  są światowym liderem w tej dziedzinie.  A Polska – zdaniem prof. Jana Popczyka z Politechniki Śląskiej, jednego z najlepszych ekspertów energetycznych w naszym kraju – może produkować jeszcze więcej tego surowca niż nasz zachodni sąsiad. Tyle, że moglibyśmy przestać importować gaz z Rosji.

Warto dodać, że władze UE stawiają na ekologię, odnawialne źródła energii, jeszcze z innego ważnego powodu. Kraje Wspólnoty mają nie tylko niezbyt dużo złóż ropy czy gazu, ale także niewiele zasobów innych surowców naturalnych. Są skazane na ich import. Dlatego stawiają na inny od tradycyjnego model gospodarczy, na tzw. gospodarkę wiedzy, w której liczy się przede wszystkim kapitał ludzki, kreatywność, innowacyjność,  a nie posiadane złoża surowców. Energetyka należy do tych dziedzin, w których obecnie powstaje najwięcej innowacji, gdzie najwięcej inwestuje się w badania i tworzenie nowych technologii. Te badania i technologie skupiają się na odnawialnych źródłach energii. Wielu ekspertów jest zdania, że kolejny przełom technologiczny na świecie wyjdzie właśnie z branży paliwowo-energetycznej.

Jak to się ma do unijnej polityki klimatycznej? UE jest dziś dzięki niej światowym liderem w energetyce odnawialnej. Bruksela liczy, że w ślad za tym posypią się we Wspólnocie przełomowe wynalazki w tej dziedzinie, innowacje, nowatorskie w skali świata technologie, na których eksporcie kraje unijne zarobią krocie, stworzą dzięki temu tysiące nowych miejsc pracy. To już zresztą zaczyna się dokonywać. W 2010 r. w UE w energetyce odnawialnej i związanym z nią przemysłem pracowało już ponad 1,1 mln osób (o 25 proc. więcej niż w 2009 r.), z czego najwięcej, bo aż 361 tys., przypadło na Niemcy.  Nasz zachodni sąsiad, który już dawno postawił na energetykę odnawialną, jest dziś numerem jeden na świecie w technologiach związanych z tą branżą. Eksportuje na dużą skalę – m.in. do krajów rozwijających się – panele fotowoltaiczne, urządzenia do elektrowni wiatrowych czy do instalacji biogazowych.

Co ciekawe, także Polska staje się liczącym eksporterem w tej branży. Polskie firmy produkują taniej niż zachodnioeuropejskie. Równie ważne jest to, że Polacy tworzą już własne i do tego naprawdę dobre technologie związane z energetyką odnawialną, np. nie gorsze od niemieckich instalacje biogazowe. Jeden z kolektorów śląskiej firmy Watt został niedawno uznany za najbardziej wydajny tego rodzaju sprzęt na świecie. Inna polska firma opracowała jako pierwsza na świecie elektrownię wodną, nie wymagającą piętrzenia rzeki.

Władze UE liczą jednak na jeszcze coś innego. Na to, że wspierając źródła odnawialne, doprowadzą do takiego ich upowszechnienia i skoku technologicznego w tej dziedzinie, że przestaną one by ć droższymi źródłami energii  niż ropa, węgiel czy gaz i nie trzeba będzie ich już subsydiować. Elektrownie wiatrowe już dziś opłaca się budować nawet bez dotacji i innych form państwowego wsparcia. Dlatego w wielu krajach unijnych coraz częściej mówi się o stopniowym odchodzeniu od wspierania przez państwo energetyki odnawialnej. Albo przynajmniej racjonalizacji tego wsparcia.

Niemcy już zaczęły to robić, zmniejszając np. dopłaty do produkcji prądu w elektrowniach wiatrowych (uznały, że ten sektor mają już wystarczająco rozwinięty i nie trzeba go już wspierać tak, jak dotychczas). W Polsce Ministerstwo Gospodarki zaprezentowało w grudniu ubiegłego roku projekt ustawy o odnawialnych źródłach energii. Zakłada on zmniejszenie państwowego wsparcia dla elektrowni wiatrowych, wodnych, firm, produkujących prąd przy użyciu tzw. metody współspalania (polega ona na dorzucaniu do kotłów węglowych biomasy, przede wszystkim odpadów drzewnych z tartaków, fabryk mebli i produkcji leśnej).

Główną ideą tego projektu jest to, żeby naprawić błędy istniejącego systemu, zracjonalizować go, żeby nie wspierać samej produkcji (tak, jak dziś, co skutkuje np.  tym, że olbrzymie dopłaty dostają np. stare, dawno już zamortyzowane elektrownie wodne), ale inwestycje. Po to, żeby nie marnotrawić pieniędzy przeznaczanych na wsparcie tego sektora, żeby nowych elektrowni bazujących na źródłach odnawialnych przybywało szybciej niż dotąd. Przy okazji Ministerstwo  Gospodarki chce doprowadzić do tego, żeby koszty wspierania energetyki odnawialnej, dziś wliczane do ceny energii i w ten sposób przerzucane na odbiorców, były mniejsze niż dotychczas.

Dobrym przykładem racjonalizowania i ograniczania przez kraje unijne obciążeń wynikających z unijnej polityki klimatycznej jest wspieranie rozwoju biopaliw, także uznawanych za odnawialne źródło energii. Jako takie są one od lat popierane przez władze UE, które liczyły na to, że produkcja biopaliw w krajach Wspólnoty również zmniejszy ich zależność od ropy, a w dodatku zwiększy dochody unijnych rolników.  Cztery lata temu przyjęta została unijna dyrektywa, która nałożyła na państwa członkowskie obowiązek  zwiększenia udziału biopaliw w ogólnej sprzedaży paliw do 10 proc. w 2020 r. Miały dojść do tego celu stopniowo, co roku zwiększając obowiązkowy udział biopaliw. C

zęść unijnych krajów zaczęło tę dyrektywę oprotestowywać, co nasiliło się po wybuchu kryzysu finansowego w 2008 r. Efekt jest taki, że część państw UE najpierw narzuciło sobie bardzo ambitne plany związane z realizacją tej dyrektywy, chciały spełnić jej wymogi przed 2020 r., a potem zaczęły się z tego wycofywać i przyjęły wolniejsze tempo dostosowywania się do tej dyrektywy. Obniżały przyjęte wcześniej tzw. narodowe cele wskaźnikowe. Zrobiły to m.in. Wielka Brytania, Holandia, Włochy, Słowacja, a w tym roku także Polska (w naszym kraju dodatkowo zlikwidowano w zeszłym roku wszelkie ulgi dla producentów biopaliw).

Z prostej przyczyny. Koszt produkcji biopaliw jest wciąż wyższy niż benzyny, oleju napędowego czy gazu, więc ich dodawanie do tradycyjnych paliw (tak, jak to teraz miejsce) podnosi  ceny na stacjach benzynowych. Ciekawe jest to, że władze UE – na skutek kryzysu, ale i coraz powszechniejszej krytyki biopaliw (wielu ekspertów obarcza je odpowiedzialnością za wzrost cen żywności i kwestionuje ich „ekologiczność”) – nie łagodzą dotyczącej ich dyrektywy. Da się to jednak dość łatwo wytłumaczyć.

Dziś do benzyny i oleju napędowego dodaje się w UE etanol (produkowany ze zboża i ziemniaków) oraz estry (wytwarzane z roślin oleistych, np. rzepaku), zaliczane do tzw. biopaliw pierwszej generacji. Krytykowanych za to, że są drogie i że podbijają ceny żywności. Bez ich upowszechnienia trudno byłoby jednak stworzyć tzw. biopaliwa drugiej generacji, które mają być dużo tańsze i wydajniejsze oraz w dużo mniejszym stopniu wpływać na ceny żywności (m.in. dlatego, że te paliwa będzie można produkować  z odpadów rolnych czy spożywczych, a w przypadku ich produkcji z roślin będzie się te rośliny wykorzystywać w całości, a nie tylko ich niewielką część, jak dziś w przypadku estrów, produkowanych z ziaren rzepaku czy etanolu z ziaren zbóż).

Na koniec dwie ważne uwagi. Polska dotąd zbyt często skupiała się na kontestowaniu proekologicznych inicjatyw władz UE (dotyczy to przede wszystkim unijnej polityki klimatycznej), nie próbując zrozumieć jej przyczyn i nie przedstawiając własnych alternatywnych rozwiązań w dziedzinie ekologii. Np. w przypadku polityki klimatycznej, która boleśnie uderza w duże państwowe grupy energetyczne w Polsce, mogliśmy domagać się złagodzenia jej zapisów w stosunku do naszych elektrowni węglowych, proponując w zamian np. wielki rządowy program zwiększenie efektywności energetycznej (taki program wdrożyła u siebie np. Dania) albo rządowe wsparcie dla pomp ciepła (w Szwecji instaluje się je w większości nowych budynków) czy  zalesianie przez państwo na masową skalę nieużytków (lasy – jak wiadomo – pochłaniają CO2). Takich alternatywnych propozycji ze strony polskiego rządu jednak nie było.

Szefowie naszych największych firm energetycznych – kontrolowanych przez państwo – zamiast zdecydowanie postawić na energetykę odnawialną ( tak, jak to robią zachodnioeuropejskie koncerny z tej branży), wolą tracić czas i energię na lamentowanie i krytykowanie unijnej polityki klimatycznej. Nie wspominają przy tym, że jak na razie są w Polsce jej głównym beneficjentem, bo to one dziś – za sprawą dorzucania drewna do węglowych kotłów, czyli tzw. współspalania – najbardziej korzystają z rządowego wsparcia dla energetyki odnawialnej.

Krytykując unijną politykę klimatyczną, zapomina się też, że opłaty za emisję CO2, jakie od przyszłego roku mają płacić w UE elektrownie węglowe i część przemysłu, mają zasilać budżety narodowe (w przypadku Polski trafią więc do polskiego budżetu państwa), a nie kasę UE.

Nie można zapominać również o tym, że w krajach unijnych za sprawą wyraźnie proekologicznej polityki władz UE od lat poprawia się stan środowiska, czystsze staje się powietrze, rzeki, dzięki czemu żyjemy w bardziej przyjaznych, sprzyjających zdrowiu warunkach. Tego nie da się przecenić, co dobrze wiedzą Niemcy czy Skandynawowie, od lat zdecydowanie proekologiczni, a jednocześnie cieszący się wyższą jakością życia niż choćby Amerykanie. Jedno z drugim z pewnością ma związek, bo proekologiczność Niemców i Skandynawów wynika z ich bardziej – niż w przypadku USA – prospołecznej polityki, także w gospodarce.

> więcej: opinie przedsiębiorców działających na rynku OZE


(Opr. DG/CC By-SA Uwe Hermann)

Otwarta licencja


Tagi


Artykuły powiązane

Energetyczna rewolucja: czekają nas problemy czy świetlana przyszłość?

Kategoria: Analizy
Szybko rosnący udział odnawialnych źródeł w produkcji energii elektrycznej wywraca sektor energetyczny do góry nogami. Jedni wieszczą, że skończy się to katastrofą, wielkimi awariami zwanymi blackoutami. Inni mówią, że czeka nas świetlana przyszłość.
Energetyczna rewolucja: czekają nas problemy czy świetlana przyszłość?

Problemy ukraińskiej energetyki

Kategoria: Analizy
Czy w czasie kryzysu Ukrainie nie jest potrzebna tania energia elektryczna? Tak wynika z całego ciągu decyzji, które ostatnio doprowadziły do wyłączenia znacznej części bloków państwowych elektrowni atomowych i w rezultacie do radykalnej podwyżki cen prądu.
Problemy ukraińskiej energetyki

Wiatr od morza

Kategoria: Analizy
Najlepsze na świecie warunki do budowy morskich elektrowni wiatrowych są na Bałtyku, Morzu Północnym, Żółtym i Wschodniochińskim – wynika z analiz Międzynarodowej Agencji Energii (IEA). Dla Polski to ogromna szansa, biorąc pod uwagę, że ten segment energetyki już rozwija się bardzo dynamicznie.
Wiatr od morza