Nasza część Europy, to nie peryferia

12.09.2011
Kraje Europy Środkowej radzą sobie znaczenie lepiej niż najsłabsi członkowie strefy euro. Nic dziwnego, że zmalał u nas zapał do jak najszybszego przyjmowania wspólnej waluty. W Polsce „najszybciej” może oznaczać 2015 rok - takie są wnioski z dyskusji w czasie panelu„Czy Europa Centralna może zarazić się „peryferyzacją”?” zorganizowanego na XXI Forum Ekonomicznym w Krynicy przez NBP.
Od lewej: Marek Belka, prezes NBP, Lucas Papademos, b. prezes Banku Grecji i wiceprezes EBC, Stanisław Gomułka, główny ekonomista BCC (fot.PAP)

Od lewej: Marek Belka, prezes NBP, Lucas Papademos, b. prezes Banku Grecji i wiceprezes EBC, Stanisław Gomułka, główny ekonomista BCC (fot.PAP)

Od lewej: Marek Belka, prezes NBP, Lucas Papademos, b. prezes Banku Grecji i wiceprezes EBC, Stanisław Gomułka, główny ekonomista BCC (fot.PAP)

Moderator panelu, prezes NBP prof. Marek Belka zaczął od wyjaśnienia dwuznaczoności terminu „peryferyzacja”. Pierwsze znaczenie jest oczywiste – to daleka odległość od centrum. Peryferyzacją media zaczęły jednak określać także wszystkie problemy, członków strefy euro: kryzys zadłużenia, niestabilność systemu bankowego itd. Dotknęły one nie tylko południowe krańce strefy euro, ale także Węgry, Rumunię i kraje bałtyckie. Zasadnym jest więc pytanie czy mogą rozprzestrzenić się dalej.

Lucas Papademos – w przeszłości prezes Banku Grecji i wiceprezes Europejskiego Banku Centralnego, a obecnie pracownik naukowy Centrum Studiów Finansowych w Grecji odpowiedział, że nie. Najpierw jednak wymienił trzy przyczyny kryzysu wspólne dla jego kraju, ale też Irlandii i Portugalii.

Po pierwsze były to wysokie deficyty finansujące zbyt duże inwestycje państwowe, które doprowadziły też do niezdyscyplinowanej polityki fiskalnej.

Po drugie w przypadku tych trzech krajów, ale także Hiszpanii i Włoch po przyjęciu euro ich konkurencyjność międzynarodowa spadła.

Po trzecie przez około 10 lat trwała ekspansja kredytowa, której sprzyjały niskie stopy procentowe utrzymywane przed przystąpieniem do strefy euro. Duża ilość tanich pieniędzy stworzyła bańkę na rynku nieruchomości, która prędzej czy później musiała pęknąć.

Zdaniem Papademosa największym wyzwaniem jest teraz znalezienie takiego sposobu na wyjście z długów, który nie zdusi wzrostu gospodarczego, ani nie zwiększy bezrobocia. Nie jest to oczywiście łatwe z takimi problemami systemowymi, z jakimi mamy do czynienia, z mało płynnym rynkiem obligacji i niechęcią polityków do wprowadzania bolesnych reform. Dlatego jedyne skuteczne rozwiązania to te ponadnarodowe – szczególnie wzmocnienie Europejskiego Funduszu Stabilizacji Finansowej, który pomógłby obniżyć presję na rynku obligacji. Całą tę skomplikowaną sytuację można nazwać „peryferyzacją” strefy euro.

Dlaczego jednak nie zagraża ona krajom, w których płaci się w złotówkach, koronach, czy forintach? Antonio Borges – dyrektor departamentu europejskiego Międzynarodowego Funduszu Walutowego uspokajał, że nie mamy za sobą dekady lokowania pieniędzy w nieproduktywne sektory i niepotrzebną infrastrukturę.

– Na razie kraje Europy Środkowej i Wschodniej realizują pozytywny model integracji ekonomicznej. Kapitał poszedł tam, gdzie powinien, bardzo często w produktywne sektory, generując wzrost produktywności i fantastyczne wskaźniki eksportu – chwalił Borges.

– Te kraje są teraz bardzo zintegrowane z Europą Zachodnią, w sferze handlu często bardziej niż peryferia strefy euro – dodawał.

Oczywiście ten obrazek nie jest wyłącznie sielankowy. Borges wypomniał Węgrom wysoki dług publiczny oraz 8 proc. deficyt w Polsce, który nie stanowi problemu tylko dlatego, że mamy wzrost gospodarczy. Borges radził też przemyśleć tempo wejścia do strefy euro. Z przyjęciem wspólnej waluty wiąże się bardzo wiele korzyści, ale wymaga też ono ogromnej dyscypliny fiskalnej. Tymczasem pokusa tanich kredytów i inwestowania w domy, konsumpcję i nieproduktywne sektory zawsze jest bardzo silna.

Dylematom związanym z wejściem do strefy euro było poświęcone także wystąpienie profesora Stanisława Gomułki, obecnie głównego ekonomisty Business Centre Club. Przypomniał on, że na pytanie „kiedy do euro” każdy polski minister finansów odpowiadał „najszybciej jak się da”. Teraz te odpowiedzi są bardziej zniuansowane. Jedni radzą poczekać na to co wyniknie z kryzysu, drudzy przekonują, że w przeciwieństwie do peryferii sam środek strefy nadal jest zdrowy, a więc „najszybciej jak się da” dalej obowiązuje.

Jeśli zakładamy tę drugą opcję – ocenił Gomułka – euro moglibyśmy przyjąć najwcześniej w 2015-2016 roku. Warunków jednak jest cała masa – po pierwsze nie wiemy jak będzie wtedy wyglądać strefa euro i czy poradzi sobie z problemami Hiszpanii i Włoch, po drugie musimy najpierw spełnić szereg kryteriów. Bank centralny musi mieć inflację pod kontrolą, a rząd zadbać o to, żeby już w 2013-2014 roku nie było deficytu.

To drugie wydaje się trudne, ale profesor Gomułka przypomniał, że jego wieloletnie doświadczenie w doradzaniu różnym rządom wskazuje, że właśnie kryzys motywuje polityków do przeprowadzania reform. W rundzie pytań profesor Gomułka przyznał jednak, że czym innym jest mówienie o długofalowych źródłach wzrostu, a czym innym przywrócenie zwykłej makroekonomicznej stabilności i to drugie zadanie jest teraz pilniejsze.

Miroslav Singer – prezes Czeskiego Banku Narodowego zauważył, że obecny kryzys ma inną naturę niż poprzedni z 2007 roku. Brakuje przede wszystkim wiarygodności. Choć w Europie Środkowej brakuje jej trochę mniej, a co za tym idzie nasze stopy wzrostu nadal będą wyższe od peryferii strefy euro.

Nieprzypadkowo wszyscy paneliści mówiąc o naszej części świata używali przymiotnika sustainable. Zrównoważony, trwały rozwój, który w ostatniej dekadzie mógł kontrastować z konsumpcją Greków czy Portugalczyków, teraz zaczyna nam się opłacać.

Relację z debaty na Forum Ekonomicznym w Krynicy można obejrzeć tutaj.


Tagi


Artykuły powiązane