Autor: Kenneth Rogoff

Profesor ekonomii i polityki publicznej na Uniwersytecie Harvarda, publicysta Project Syndicate

Nie ma prostych recept na zbyt wysoki dług publiczny

Większość - jeśli nie wszystkie - z najbardziej nabrzmiałych problemów makroekonomicznych świata wiążą się z ogromnym nawisem wszelkich form zadłużenia. Ekonomiści podsuwają dziś wiele skrajnych recept rozwiązania tego problemu. Wyborcy i politycy muszą jednak strzec się zwodniczo prostych rozwiązań obecnych problemów zadłużeniowych.
Nie ma prostych recept na zbyt wysoki dług publiczny

Tego węzła nie da się rozwiązać jednym cięciem (CC BY-NC-ND tschörda)

W Europie trująca kombinacja długu publicznego, bankowego i zagranicznego krajów peryferyjnych grozi równowadze strefy euro. Za Atlantykiem efektem impasu między demokratami, Tea Party oraz staroświeckimi republikanami jest olbrzymia niepewność co do tego, jak w długim okresie Stany Zjednoczone zamkną wynoszącą 8 proc. PKB lukę w rządowym budżecie. Japonia natomiast utrzymuje deficyt budżetowy na poziomie 10 proc. PKB, choć rosnące szeregi nowych emerytów zastępują kupno japońskich obligacji na ich sprzedaż.

Co więc, prócz załamywania rąk, powinny robić rządy? Jedną skrajność stanowi uproszczona recepta keynesowska, według której gdy gospodarka jest w recesji, deficytem rządowym nie ma się co przejmować; właściwie im jest większy, tym lepiej. Przeciwną skrajność prezentują absolutystyczni zwolennicy limitu zadłużenia, który chcą, żeby rządy zaczęły równoważyć budżet już jutro (albo i wczoraj). Obydwie te skrajności są niebezpiecznie łatwe.

Absolutyści limitu zadłużenia rażąco nie doszacowują ogromnych kosztów dostosowań, jakie powoduje to narzucone sobie „nagłe wstrzymanie” finansowania długu. Właśnie te koszty sprawiają, że w momencie, gdy rynki finansowe tracą zaufanie do ubogich krajów, takich jak Grecja i wysycha strumień napływu kapitału, przeżywają one ogromne napięcia społeczne i gospodarcze.

Oczywiście, kuszące jest logiczne rozumowanie, że rządy powinny – jak my wszyscy  – musieć równoważyć swój budżet. Niestety nie jest to takie proste. Rządy mają zwykle mnóstwo istniejących zobowiązań związanych z wydatkami. Dotyczą one podstawowych usług jak obrona narodowa, przedsięwzięcia infrastrukturalne, edukacja i ochrona zdrowia – nie wspominając już o emerytach. Żaden rząd nie może tak po prostu z dnia na dzień pozbyć się tej odpowiedzialności.

Gdy Ronald Reagan 20 stycznia 1981 roku objął urząd prezydenta USA, uchylił z mocą wsteczną wszystkie oferty pracy w służbie cywilnej, jakie rząd ogłosił w ciągu dwóch i pół miesiąca między jego wyborem a inauguracją. Stanowiło to rzeczywiście mocny sygnał, że zamierza on przyciąć wydatki rządowe. Bezpośredni tego efekt budżetowy był nieistotny. Rząd może oczywiście zapełnić lukę w budżecie podnosząc podatki, jednak jakiekolwiek nagłe zwroty w tej dziedzinie mogą znacznie nasilić zniekształcenia, powodowane przez podatki.

Choć zwolennicy absolutnego limitu zadłużenia są naiwni, to prostaccy keynesiści – również. Utrzymujące się pokryzysowe bezrobocie uważają oni za nieodparte uzasadnienie znacznie nasilonej ekspansji fiskalnej, nawet w krajach, które – jak USA i Wielka Brytania – i bez tego mają już ogromny deficyt. O ludziach, którzy się z nimi nie zgadzają, mówią oni, że opowiadają się za „zaciskanie pasa” w okresie, gdy superniskie stopy procentowe sprawiają, iż rządy mogą pożyczać prawie za nic.

Kto tu jest naiwny? Całkowicie trafny jest argument, że rządy powinny dążyć do zrównoważenia budżetu w ramach cyklu koniunkturalnego, utrzymując nadwyżkę podczas boomów i deficyt w okresach, gdy aktywność gospodarcza jest słaba. Fałszywe jest jednak myślenie, że ogromne nagromadzenie długu nic nie kosztuje.

Pisząc wspólnie z Carmen Reinhart – a ostatnio także z Vincentem Reinhartem („Debt Overhangs: Past and Present”) serię referatów –  stwierdziliśmy, że bardzo wysoki poziom zadłużenia, 90 proc. PKB, stanowi w długim okresie hamulec wzrostu, którego działanie często utrzymuje się przez dwie dekady lub dłużej. Jego skumulowane koszty mogą być oszałamiające. Od początku XIX wieku przypadki wysokiego zadłużenia trwały przeciętnie 23 lata, czemu towarzyszyło obniżenie stopy wzrostu gospodarczego o ponad 1 punkt procentowy w porównaniu z okresami niższego poziomu długu. Oznacza to, że po ćwierćwieczu wysokiego zadłużenia dochód może być o 25 proc. mniejszy niż byłby przy normalnych stopach wzrostu.

Między zadłużeniem a wzrostem istnieje oczywiście dwukierunkowe sprzężenie zwrotne, ale normalne recesje trwają tylko rok i nie mogą wyjaśniać ciągnącego się przez dwa dziesięciolecia okresu niemocy. Ten hamulec wzrostu może być zarówno skutkiem (co bardziej prawdopodobne) pojawiającej się ostatecznie konieczności podniesienia przez rząd podatków, jak i mniejszych nakładów inwestycyjnych. Tak więc wydatki rządowe w krótkim okresie rzeczywiście dostarczają bodźca, ale dzieje się to kosztem uporczywego obniżenia wzrostu w długim okresie.

Warto zauważyć, że niemal połowie występujących od 1800 r. przypadków wysokiego zadłużenia towarzyszyły niskie lub normalne (po uwzględnieniu inflacji) stopy procentowe. Słaby wzrost i niskie stopy procentowe w Japonii w ciągu dwóch minionych dziesięcioleci to symbol tego zjawiska. Co więcej, obsługa ogromnego obciążenia długiem wywołuje ryzyko, że w przyszłości globalne stopy procentowe wzrosną i to nawet przy braku katastrofy w stylu greckim.

Jest to szczególnie istotne dzisiaj, gdyż wskutek stosowania przez główne banki centralne polityki „złagodzenia jakościowego” zadłużenie wielu rządów ma wyjątkowo krótki okres zapadalności. Narażone są więc one na ryzyko, że gwałtowny wzrost stóp procentowych stosunkowo szybko przełoży się na zwiększenie ich kosztów pożyczkowych.

Wiele z najbardziej dziś rozwiniętych gospodarek zbliża się lub zmierza do zadłużenia na poziomu 90 proc. PKB, który z grubsza biorąc cechuje okresy wysokiego zadłużenia. Dlatego powiększanie i tak dużych deficytów jest propozycją ryzykowną, nie zaś strategią bezkosztową, jak zachwalają wyznawcy uproszczonego keynesizmu.

W nadchodzących miesiącach skupię się więc na powiązanych z tym problemach wysokiego zadłużenia prywatnego i długów zagranicznych, powrócę także do wątku, dlaczego obecnie mamy czasy, kiedy podwyższona inflacja nie jest pomysłem naiwnym. Przede wszystkim bowiem wyborcy i politycy muszą strzec się zwodniczo prostych rozwiązań obecnych problemów zadłużeniowych.

Kenneth Rogoff

Autor jest profesorem ekonomii i polityki publicznej na Uniwersytecie Harvarda, był głównym ekonomistą MFW

© Project Syndicate, 2011.

www.project-syndicate.org

Tego węzła nie da się rozwiązać jednym cięciem (CC BY-NC-ND tschörda)

Tagi


Artykuły powiązane

Potrzebne wprowadzenie stałego bodźca fiskalnego

Kategoria: Analizy
Decydenci gorączkowo starają się opracować odpowiednią politykę w odpowiedzi na kryzys COVID-19. Istnieją przekonujące argumenty za wprowadzeniem trwałego bodźca fiskalnego tak szybko, jak to możliwe, zamiast szamotaniny z wymyślaniem krótkoterminowych środków zaradczych, gdy dzieje się coś złego.
Potrzebne wprowadzenie stałego bodźca fiskalnego

Powracające kłopoty fiskalne

Kategoria: Analizy
Dobra koniunktura międzynarodowa pozwoliła utrzymać przez kilka lat silny wzrost gospodarczy w Polsce. Dzięki temu poprawiła się też sytuacja finansów publicznych. Spowolnienie, które nas czeka w najbliższych miesiącach oraz konieczność zwiększenia wydatków dla wsparcia zamrożonej gospodarki pogorszą sytuację budżetu.
Powracające kłopoty fiskalne