Autor: Jan Cipiur

Dziennikarz ekonomiczny, publicysta Studia Opinii.

Nierówności płacowe narastają głównie pomiędzy firmami

Tezę o historycznie wielkim poziomie nierówności na Zachodzie uważa się powszechnie (ale czy na pewno słusznie?) za udowodnioną i nie w tej kwestii kruszone będą kopie. Istotniejsze jest zgłębianie przyczyn zróżnicowań, bez względu na ich miarę, ocenę polityczną, ekonomiczną, społeczną i moralną.
Nierówności płacowe narastają głównie pomiędzy firmami

Zachodnie nierówności przypisuje się przede wszystkim zdziczeniu, a jeśli to słowo za mocne – wynaturzeniu współczesnego kapitalizmu goniącego za zyskiem, jak sfora psów za dzikiem. Drugim wytykanym palcami antychrystem jest globalizacja. Choć wyciągnęła i stale wyciąga z nędzy miliardy ludzi, mniejsza to ponoć zasługa niż krzywda mieszkańców bogatych zakątków globu (głównie relatywna, a rzadko rzeczywista).

W innym tekście pisałem o rencie pobieranej przez Zachód pełnym garściami przed dzisiejszą globalizacją, a teraz jakby mniejszą. Tym razem najpierw o innych rentach, które są dochodem nadzwyczajnym, przewyższającym znacznie poziom zysków oczekiwanych jako efekt inwestycji lub nakładu pracy. Renty ujawniają się w specyficznym środowisku. Klasycznym przykładem jest brak konkurencji umożliwiający budowę monopoli, a najczęściej oligopoli, czyli grup podmiotów kontrolujących dany rynek nawet bez formalnych porozumień.

Trafnym przykładem krajowym jest oligopol naftowy tworzony przez Orlen i Lotos. Gdy ceny ropy spadają na łeb, a kurs dolara do złotego stoi w miejscu, to na obniżki cen detalicznych paliw czekać trzeba tygodniami. Gdy zaś koszt baryłki wychyli się ledwo o parę dolarów w górę, to nieproporcjonalnie wysoka podwyżka przy dystrybutorze następuje już w parę godzin po zmianie cen surowca. Ludzie od PR zatrudniani przez nafciarzy mają na to mnóstwo wytłumaczeń, ale nie warto im wierzyć.

Najdroższe w Polsce są zazwyczaj paliwa w Płocku, tuż pod bokiem olbrzymiej rafinerii. Dlaczego? Dlatego że inne koncerny nie otwierają w tym mieście zbyt wielu swoich stacji (tyle tylko ile wymaga konieczność pokazania, że tam też są obecne). Konkurencji jest w Płocku mało, ponieważ zawsze przegra na tym terenie z Orlenem. Budzi to zrozumiałą złość mieszkańców i władz miasta. Swego czasu jeden z dyrektorów Orlenu odparował w dyskusji na ten temat, że paliwa są być może w Płocku drogie, ale są za to… najświeższe w całej Polsce.

Dystans płacowy

Paskarskie renty pobierają zatem nie tylko liderzy tacy jak Google, Amazon, Apple i temu podobni „globaliści”, ale także nasze szaraczki cicho siedzące pod miedzą. Niedawno na tle zatargu płacowego z załogą (jest to informacja traktowana jako bardzo poufna) koncern podał, że średnie wynagrodzenie w PKN Orlen wynosi sporo ponad 9 tys. zł. Było to ok. 2,5 razy więcej niż ówczesna średnia dla przedsiębiorstw. Trudno rozsądzać, czy aparatowy w Orlenie ponosi większą odpowiedzialności i ma wyższe umiejętności niż tokarz, spawacz itd. w firmie produkującej – dajmy na to — cysterny do przewozu żrących kwasów, ale warto mieć świadomość, że różnice w wynagrodzeniach zależą również od miejsca zatrudnienia. Dowodów poważniejszych niż przyczynek z Płocka nie trzeba szukać długo.

Prezydent Obama zapoznał się rok temu z prezentacją wyników badań nt. wielkości zwrotów z zainwestowanego kapitału na przestrzeni ostatniego półwiecza. Zbadaniem tego wskaźnika zajął się Jason Furman z Rady Doradców Ekonomicznych Białego Domu (Council of Economic Advisors) działający we współpracy z Peterem Orszagiem – teraz wiceprezesem banku Lazard Freres, a przedtem m.in. dyrektorem Office of Management and Budget – jednostki podległej prezydentowi.

Okazało się, że liderzy wyścigu po zyski wysforowali się przed peleton tak daleko jak nigdy w ciągu pół wieku. W latach 90. XX wieku zyski 10 proc. (ostatniego decyla) najbardziej dochodowych przedsiębiorstw amerykańskich były ponad trzy razy wyższe od mediany zysków dla amerykańskich spółek giełdowych spoza sektora finansowego. Dzisiaj ten sam wskaźnik (zwrot z zainwestowanego kapitału) jest dla czołowych 10 proc. firm amerykańskich aż osiem razy większy niż dla reszty. Skoki na najwyższe półki zyskowności nie są przypadkowe, w tym znaczeniu, że wkrótce po wdrapaniu się na najwyższy pułap z reguły nie następuje spadek na ziemię. Aż 4/5 z tych firm, w których zwrot z kapitału wynosił w 2003 r. 25 proc. i więcej, takie same sukcesy dochodowe notowały również 10 lat później.

Czy nienaturalnie wysoki (w świetle wartości dominujących) poziom zwrotu z kapitału u liderów zyskowności jest przyzwoity? Jeśli wziąć za dobrą monetę poglądy speców od dzielenia bardziej sprawiedliwie– z pewnością nie. Jest jednak drugie pytanie: czy gdyby zyski czołówki były niższe, to czy cieszylibyśmy się tak wielkim postępem w wyszukiwaniu wszystkiego w sieci (Google), czy kupowalibyśmy tyle czegokolwiek, stukając tylko po klawiaturze (Amazon), czy bajdurzylibyśmy tyle, najczęściej bez istotnego sensu, na Facebooku, czy żyłoby się nam na początku XXI wieku tak dobrze i wygodnie, jak nigdy przez setki lat przedtem.

Pogoń za zyskiem jest faktem, rodzi nierówności, ale nie wynaleźliśmy do tej pory innego napędu rozwoju. Próby w tym kierunku czynione od 1917 r. wraz z udanym przewrotem bolszewickim w Piotrogrodzie wpędziły zaś w nędzę bezwzględną, a później relatywną, miliardy ludzi z kilku pokoleń. Można pytać, po co ta pogoń, ale w takim razie równie zasadne byłoby pytanie, po co komu te smartfony, tomografy, samochody elektryczne – można było przecież na nie jeszcze z pół wieku poczekać.

Chodzi o to, gdzie pracujesz

Czwórka naukowców z różnych ośrodków (Erling Bath, Alex Bryson, James Davis i Richard Freeman) potwierdza przypadek przepłacania w Orlenie, pokazując, że „Chodzi o to, gdzie pracujesz”. Piszą, że większość rozziewu płacowego rosnącego od lat 70. ubiegłego stulecia związana jest z różnicami w wynagrodzeniach wewnątrz przedsiębiorstw, a nie z różnicami między poszczególnymi firmami. Ludzie pracujący w najbardziej zyskownych firmach zarabiają o wiele lepiej niż ci z firm radzących sobie nieźle, ale istotnie gorzej niż liderzy. Badanie to pochodzi z lata 2014 roku. Jest wszakże kolejne, o rok nowsze i nieco głębsze, lecz przede wszystkim identyczne w końcowych wnioskach.

Jae Song, David J. Pierce, Fatih Guvenen, Nicholas Bloom i Till von Wachter opublikowali w serii NBER Working Papers pracę o „Umacnianiu nierówności”. Miejsce obserwacji to również USA, a przedział czasowy to lata 1978-2012. Także według tej piątki rosnące nierówności płacowe są skutkiem różnic wysokości wynagrodzeń między firmami. Nierówności w tym układzie, tj. między firmami, powiększyły się przez 34 lata.

Jeszcze bardziej intrygujący jest wszakże inny wniosek. W badanym okresie nie uległy mianowicie istotnym zmianom proporcje różnic w wynagrodzeniach ogółem między najwyższym kierownictwem (prezesi i najważniejsi dyrektorzy) a ich pracownikami z najniższych szczebli drabinki płacowej (wykres na górze). Jeśli zatem rosną wynagrodzenia szefów, to w tym samym mniej więcej tempie rosną zarobki robotników.

Teza ta znajduje potwierdzenie we wnioskach Alana Kruegera z Uniwersytetu Princeton – byłego szefa wspomnianej Council of Economic Advisers, który zilustrował je wykresem pokazującym, że zarobki menedżerów firm rosły po 2003 r. z grubsza w takim samym tempie jak zarobki stróżów w tych firmach.

Superstar economy

Tenże prof. Krueger w wykładzie dla urzędników Białego Domu pt. „Kraina nadziei i marzeń…” przekonuje, że świetnie tłumaczy się zjawiska gospodarcze na przykładzie branży muzycznej. Ostatnie dekady są egzemplifikacją narastania procesu nazywanego „zwycięzcy biorą wszystko”, zaś przemysł muzyczny doszedł już do wariantu „superstar economy”. Ponad miarę nagradzani są szczęśliwcy i utalentowani, których zarobki pędzą, kosztem reszty próbującej gonić. Czołganie to nie bieg, więc skutków tej „pogoni” nie ma.

Od 1981 r. do 2012 r. przeciętne ceny biletów na koncerty wzrosły w USA o prawie 400 proc., podczas gdy wskaźnik inflacji CPI wzrósł w tym samym czasie o 150 proc. W 1982 r. 1 proc. najlepiej opłacanych gwiazdorów otrzymywało 26 proc. dochodów z występu, a 20 lat później było to już 56 proc.

Zdaniem Alana Kruegera są cztery główne czynniki narastającego rozwarstwienia w wyniku dochodzenia do modelu „superstar economy”: technologia, skala, szczęście i erozja norm społecznych. Wskutek tej  erozji rośnie przyzwolenie na niebotyczne zarobki, a zarazem obojętność na stagnację na dole.

Wg magazynu Forbes, najlepiej zarabiającą gwiazdą YouTube z dochodem 15 mln dolarów był w 2016 r. Szwed Felix Kjellberg, znany w sieci jako PewDiePie. Nikt rozsądny zajmujący się w miarę poważnymi sprawami nie potrafi pojąć, dlaczego żenujący 10-minutowy filmik tej pożal się Boże „gwiazdy” miał po niecałej dobie ponad 2,7 mln wyświetleń, a komuś w Polsce chciało i/lub opłacało się przygotować do niego polskie napisy.

W pewnej mierze, kupując badziewie i uprawiając kult modnych marek, sami tworzymy enklawy niezasłużonego lub nadmiernego bogactwa. Co paradoksalne, współtwórcami nierówności na tej zasadzie są w przeważającej mierze ludzie młodzi, w tym tzw. prekariat, tj. grupa, która uważa, że od razu należy się jej to wszystko, co przez wieki zdobywało się latami.

Niedoceniany jest negatywny wpływ nadmiernych i wręcz wszechogarniających regulacji. Doradcy prezydenta USA ustalili, że w latach 50. XX wieku zatrudnienie w obszarach poddanych licencjonowaniu przez państwo (np. produkcja i sprzedaż broni) wynosiło 5 proc. Obecnie jest to 25 proc. Nie chodzi o całkowitą likwidację kontroli niektórych obszarów, ale zdawać sobie warto sprawę, że przyczynia się ona do powiększania nierówności. W stanie Michigan szkolenie na ochroniarza trwa trzy lata, w większości innych stanów mniej więcej dwa tygodnie. W Michigan ochroniarz może żądać więcej niż gdzie indziej, ponieważ dostęp do zawodu jest ograniczony, więc pracodawca ma mniejsze pole manewru. Powie wielu, że to dobrze, ale ilu bez szkół i wiedzy nie dostanie przez to pracy, którą są jeszcze zdolni wykonywać?

Więcej i więcej

Ponadprzeciętne zyski tworzą fortuny dochodowe. Wolne środki pozostające po zaspokojeniu apetytów właścicieli i kosztów powolnego z reguły rozwoju organicznego muszą się mnożyć, bo w gospodarce ruch do przodu jest esencją esencji. Gra na rynkach finansowych jest niebezpieczna, więc lubianym sposobem zwielokrotniania potencjału i dochodów są akwizycje. Skutki to postępująca koncentracja, która nie sprzyja oczywiście dobroczynnej konkurencji. W szeroko zakrojonym badaniu The Economist wyodrębnił w USA ok. 900 branż. Średnioważony udział czterech największych firm z każdej branży wzrósł w latach 1997-2012 z 26 proc. do 32 proc.

McKinsey Global Institute zmierzył z kolei zyski i przychody w skali światowej. 10 proc. spółek publicznych osiąga 80 proc. wszystkich zysków, a firmy z przychodami rocznymi powyżej 1 mld dolarów gromadzą ok. 60 proc. światowych przychodów. Jeśli w 1990 r. liczba fuzji i przejęć (M&A) wyniosła 11,5 tys., a łączna wartość tych transakcji była równa 2 proc. produktu globalnego brutto, to obecnie liczba ta sięga 30 tys. rocznie, a wartość 3 proc. produktu globalnego. W 1994 r. firmy amerykańskie z rankingu Fortune 500 wytwarzały 57 proc. PKB USA, a w 2013 r. wskaźnik ten podniósł się do 63 proc. Im firmy większe, a zatem zasobniejsze, tym chętniej opuszczają giełdę. Liczba spółek notowanych spadła w Stanach Zjednoczonych 6797 w 1997 r. do 3485 w 2013 r.

Ostatnie lata są jednocześnie początkiem wielkich projektów finansowanych ze środków prywatnych. Ich ikoną jest Elon Musk z wdrażanymi z powodzeniem ideami masowej motoryzacji elektrycznej i rakietami kosmicznymi wielokrotnego użytku. Koncentracja służy niewątpliwie gromadzeniu olbrzymich zasobów finansowych służących rozwojowi wyzwalanemu przez jednostki. Przeważa opinia, że to niedobry proces. Są jednak rozliczne i bardzo jasne plamy na obrazie malowanym zdecydowanie zbyt ciemnymi barwami. Można pójść o zakład, że Warren Buffet z majątkiem wartości ponad 70 mld dolarów przeznacza na potrzeby osobiste znacznie mniej niż większość milionerów uboższych od niego nawet dziesięć tysięcy razy. Nie słychać o ekscesach Billa Gatesa, za to bardzo głośno jest o działaniach charytatywnych jego rodziny.

Pożytki z bogactwa

Chodziło w tym króciutkim tekście (Thomas Piketty rozpisał się o nierównościach na 800 stronach i poza taką sobie diagnozą nic z tego nie wynika) o chwilę głębszej refleksji za każdym razem, gdy w ferworze płytkich zazwyczaj dyskusji wyciągany jest problem nierówności. Przede wszystkim nie przeżywamy teraz szczytu tego zjawiska. Gdyby podejść do sprawy rzeczowo, to wracamy w stare koleiny odwiecznych podziałów dochodowych. W latach 30. ubiegłego wieku nierówności były większe niż dzisiaj.

Państwa wykorzystują możliwości udziału w rozwoju gospodarczym i technicznym, ale poza wyjątkami takimi jak NASA, CERN, sowiecki program kosmiczny i zbrojeniowy oraz kilka jeszcze przedsięwzięć, pozostają z efektami daleko w tyle za sektorem prywatnym. Koncentracja środków sprzyja podejmowaniu wyzwań. Państwowy Ośrodek Maszynowy w powiecie końskowolskim nie udźwignąłby raczej projektu samochodu elektrycznego naszych czasów, podobnie jak nie udźwigną takiego projektu konsorcja firm od Sasa do Lasa z ledwo milionami wolnych środków.

Bez nierówności i harówki najzdolniejszych i najwytrwalszych nie byłoby tych wszystkich atrybutów początku XXI wieku, bez których ludzie w wieku od lat kilkunastu aż do pięćdziesiątki nie wyobrażają sobie szczęśliwego życia. Międli się wszędzie, także u nas, o start-upach, zapominając, że sukcesy firm na rozbiegu wymagają nie tylko pieniędzy pochodzących z reguły od prywatnych inwestorów, ale także lub nawet przede wszystkim wolności i oczywistości prawnopodatkowej.

Jednak każdy sukces start-upu to nie tylko jakiś przełom, a także niesłychanie kaloryczna pożywka nierówności. Czy chcielibyśmy bowiem pozbawić nowatorów sowitej nagrody za to, że używali głowy intensywniej niż miliony ziomków?


Tagi


Artykuły powiązane

Zbyt mało wiemy o polskich nierównościach

Kategoria: Wskaźniki ekonomiczne
Zbyt mało jeszcze wiemy o prawdziwej skali nierówności dochodowych i majątkowych w Polsce. Zbyt mało polskich uczonych się tym interesuje i bada - przekonuje dr hab. Michał Brzeziński, ekonomista z Uniwersytetu Warszawskiego.
Zbyt mało wiemy o polskich nierównościach

Ekonomia zawiści

Kategoria: Analizy
Joseph Epstein napisał kiedyś, że z siedmiu grzechów głównych tylko zawiść nie wiąże się z żadną zabawą czy przyjemnością. A do tego może być szkodliwa dla gospodarki.
Ekonomia zawiści

Jak Amerykanie kupowali i budowali kraj

Kategoria: Trendy gospodarcze
Informacja o zamiarze zakupu przez USA Grenlandii zeszła z łamów gazet, jak każda rewelacja ogłaszana w sezonie ogórkowym. Natomiast dwieście i sto lat temu Amerykanie rzeczywiście kupowali na potęgę całe terytoria. Zarobili na tym krocie, nie mówiąc już o tym, że zbudowali na tym handlu superpaństwo.
Jak Amerykanie kupowali i budowali kraj