Autor: Mirosław Gronicki

minister finansów w drugim rządzie Marka Belki

Jak napełnić kasę państwa – rady b. ministra finansów

Nie ma powodu, by rząd i urzędnicy w ministerstwach pracowali w budynkach zlokalizowanych w centrum stolicy. Za pieniądze z Unii zbudujmy miasteczko rządowe na obrzeżach stolicy, a do budżetu wpłyną miliardy złotych ze sprzedaży działek w centrum miasta i wynajmu budynków w atrakcyjnych lokalizacjach – o swoich pomysłach na ratowanie budżetu mówi Mirosław Gronicki.

W tym tygodniu premier Donald Tusk ma przedstawić plan zwiększenia wpływów do budżetu, zakładający m.in. obciążenie rolników podatkiem dochodowym. Tak  jest w wielu krajach Europy – w Niemczech, we Francji, Hiszpanii. Jak ocenia Pan te propozycje?

Jeżeli nie jest to kolejny balon próbny, to oczywiście każde poszerzenie bazy podatkowej jest korzystne dla polskiego systemu finansów publicznych. Jednak z oceną wolałbym się powstrzymać do czasu, aż poznamy szczegóły projektu.

W grudniu 2009 r. napisał Pan z  Jerzym Hausnerem artykuł, w którym szczegółowo omawiają Panowie fatalny stan finansów publicznych Polski. Nie ma w nim jednak propozycji rozwiązań, których oczekiwalibyśmy od byłych ministrów finansów. Nie ma Pan żadnych podpowiedzi dla Jacka Rostowskiego, obecnego szefa resortu?

Oczywiście, że mam i miałem. Razem z Jerzym Hausnerem i z innymi ekonomistami mówiliśmy i pisaliśmy o nich od dawna. Dotyczą przede wszystkim lepszego zarządzania tym, co państwo posiada – uwolnienia  niepracujących aktywów, centralizacji wydatków i przepływów pieniężnych, przejścia na budżet zadaniowy, ułatwień dla przedsiębiorców i likwidacji kilku nieracjonalnych przepisów, co mogłoby w prosty sposób zwiększyć wpływy lub zatrzymać pieniądze w kasie państwa.

Zacznijmy po kolei. Jakie aktywa finansowe ma rząd i co by dało ich uwolnienie?

Wysokość aktywów finansowych polskiego rządu jest jedna z najwyższych w Europie, szacuję ją na ok. 36 proc. PKB. Dla przykładu we Francji, uznawanej za kraj w UE wysoko zbiurokratyzowany, aktywa te wynoszą ok. 10 proc. PKB.

Mówiąc aktywa finansowe, mam m.in. na myśli budynki i działki rządowe. Oto przykład: potężny gmach ministerstwa finansów, w którym samych korytarzy jest ponad 13 kilometrów, mieści się na ogromnej działce w samym sercu stolicy, tuż przy głównym szlaku turystycznym. To prawdopodobnie najdroższa lokalizacja w Warszawie, czyli też w Polsce. Inne resorty, a nawet Sejm czy Urząd Rady Ministrów, stoją na podobnie atrakcyjnych działkach, zresztą NBP także. A można by wybudować miasteczko rządowe na obrzeżach miasta i przenieść tam wszystkie ministerstwa i instytucje rządowe. W ten sposób państwo uzyskałoby wielomiliardowe korzyści ze sprzedaży działek lub wynajmu powierzchni biurowych, a zaoszczędziło m.in. na kosztach komunikacji urzędników państwowych pomiędzy resortami.

W dodatku kto powiedział, że rząd  musi posiadać nieruchomości. Przecież  można by z nich korzystać w ramach leasingu zwrotnego. Sposobów finansowania tego typu projektów jest wiele.

Policzył Pan, ile rząd musiałby przeznaczyć na budowę takiego miasteczka?

Oczywiście, że tak. Ale oprócz naszego udziału na budowę centrum rządowego dostalibyśmy pieniądze z Unii. Janusz Lewandowski, który jest komisarzem od budżetu, tylko by się ucieszył, że może nam dać pieniądze na taki cel.

W dodatku skupienie wszystkich ministerstw w jednym miejscu zdecydowanie ułatwiłoby centralizację zakupów, zarządzania flotą samochodów czy nawet sprzątania biur. Mówi się o tym od lat; obecnie działa tak każdy bank, każda dobrze zarządzana spółka. Politycy też muszą zacząć rozumieć, na czym polega oszczędzanie.

Przy okazji może udałoby się wprowadzić zintegrowany system informatyczny do zarządzania finansami państwa. O tym także mówią ekonomiści przynajmniej od wybuchu kryzysu.

Bo kryzys uświadomił nam, jak wiele pieniędzy wypływa z kasy państwa tylko dlatego, że nie mamy centralizacji przepływów finansowych. Obecnie uczelnie czy samorządy dostają z budżetu pieniądze na wypłaty i trzymają je na kontach, a oprocentowanie traktują jak swój osobisty dochód. A przecież to nie ich dochód, ale państwa. Taka sytuacja jest nie do pomyślenia w jakiejkolwiek instytucji finansowej, gdzie departament skarbowy każdego dnia wie, ile gotówki powinno być w każdym oddziale, i ją tam przekazuje, a pod koniec dnia nadwyżki zabiera i lokuje, by pracowały one dla banku. Tymczasem w przypadku budżetu pieniądze nie pracują dla niego, ale jednostek mu podporządkowanych. Według wyliczeń NBP na depozytach bankowych jednostki budżetowe mają 80 mld zł. Dodając do tego gotówkę w ich kasach, można policzyć, że 10 proc. wszystkich pieniędzy, które są w dyspozycji systemu bankowego, ma sektor publiczny, ale nie dysponent tych pieniędzy, czyli minister finansów. Państwo traci na tym podwójnie, nie zarabia na odsetkach, a do tego, gdy mu brakuje pieniędzy, musi je pożyczyć, emitując papiery dłużne, przez co powiększa zadłużenie.

Pod tym względem jesteśmy w ogonie Europy, scentralizowane zarządzanie płynnością jest już standardem w państwach Unii. Ostatnio zafundowała je sobie Słowacja.

Ile Słowacy zapłacili za ten system?

Za to także płaciła Unia, i my dostalibyśmy na ten cel pieniądze.

Twierdzi Pan, że powinniśmy przejść z budżetu indeksowanego na zadaniowy. Co to oznacza?

Rząd musi przyjrzeć się wydatkom, które ponosi, a które wynikają z jego obowiązków. Na przykład na przedszkola, szkoły, uczelnie, przychodnie i szpitale, będące własnością państwa. Te placówki nie czują się odpowiedzialne za pieniądze, które dostają, i jeśli im zabraknie środków, to beztrosko się zadłużają. W konsekwencji narasta dług budżetu. A przecież państwo nie musi być właścicielem szkół, uczelni czy szpitali. Można by je sprywatyzować i tylko przekazywać subsydia na wykonywanie zadań, do których rząd się zobowiązuje. Prywatni właściciele na pewno będą lepiej zarządzać kapitałem, który dostaną, bo mają świadomość, że ewentualne zadłużenie będą musieli spłacać sami.

Musimy także odejść od indeksowania świadczeń albo indeksować je racjonalnie.

Myśli Pan na przykład o emeryturach?

Emeryci zgodnie z ustawą mają co roku podwyżkę świadczeń o stopę inflacji oraz o 25 proc. wzrostu płacy realnej w poprzednim roku. Jeśli w tym roku płace nominalne będą rosły bardzo słabo, to spowoduje, że różnica pomiędzy emeryturą a płacą zacznie się zwężać. A my powinniśmy raczej preferować tych, którzy pracują. Nie stać nas na zapewnianie wyższych środków osobom na emeryturze kosztem pracowników i podatników.

O jakich preferencjach dla pracujących Pan mówi?

Należałoby wprowadzić różne formy zatrudnienia. Takie na przykład, jakie są w Holandii, która dzięki temu ma jedną z najniższych stóp bezrobocia w Europie. Tam istnieje możliwość elastycznego czasu pracy. Pracodawca z pracownikiem umawia się w kontrakcie, że ten ostatni będzie pracował na przykład 10 godzin tygodniowo. Z punktu widzenia europejskiej definicji bezrobotnym jest człowiek, który tygodniowo pracuje mniej niż dwie godziny.  My pod koniec 2009 r. mieliśmy 1,5 mln osób bez pracy. Wprowadzając elastyczne kontrakty, moglibyśmy to bezrobocie spokojnie zbić.

Takie przepisy byłyby zachętą do zatrudniania matek wychowujących dzieci, które nie chcą  pracować na cały etat. Byłyby także korzystne dla pracodawców. Firmy usługowe czy handlowe często nie potrzebują pracowników w pełnym wymiarze godzin i chętnie przyjmowałyby więcej osób, każdą np. na dwa dni w tygodniu.

Czy jednak na takich przepisach nie skorzysta bardziej państwo, które zostanie uwolnione z konieczności płacenia zasiłków dla pewnej grupy obywateli?

Zasiłek w wysokości pięciuset kilkudziesięciu złotych miesięcznie wypłacany jest tylko przez 6 miesięcy. To często nie rozwiązuje problemów. A rzecz nie polega na dawaniu 500 zł, tylko na zachęcaniu bezrobotnych do szukania zatrudnienia i dawaniu pracodawcom szansy na tworzenie nowych miejsc pracy.

Im więcej osób pracuje, tym więcej wpływa składek do ZUS, tym mniejsze jest niezbilansowanie ZUS. Poza tym pracując, ludzie zarabiają, co wpływa na wzrost popytu wewnętrznego.

Czyli wprowadzając jedną regulację, możemy zmniejszyć bezrobocie, zwiększyć wpływy do budżetu i do systemu emerytalnego. Jakie widzi Pan jeszcze inne proste zmiany, które przyniosłyby budżetowi korzyści?

Uważam, że należy zrezygnować z rozliczania się emerytów z podatku dochodowego. Nie rozumiem, dlaczego emeryci wypełniają PIT. Przecież ich dochody są świadczeniem społecznym, podobnie jak zasiłek dla bezrobotnych. Czyli mogłyby być świadczeniem społecznym wypłacanym netto. A tak najpierw z budżetu przelewa się do ZUS, później z ZUS na konta emerytów, by znów część tych pieniędzy wpłynęła do budżetu.  Każdego roku 5 mln osób wypełnia 5 mln papierków, które sprawdza sztab ludzi.

Takich absurdów mamy więcej. Kolejny to arbitraż podatkowy na wiele towarów, np. olej opałowy. Każdy kto ma dom i w nim piec olejowy, może go sobie kupić z prawie zerową akcyzą. Jeśli ma samochód diesel, może lać do niego ten sam olej i tak robi większość rolników – leje do ciągników zamiast drogiego paliwa diesel, dużo tańszy olej opałowy. Państwo ponosi na tym straty, których nikt nie jest w stanie oszacować. A wystarczyłoby zrównać akcyzy. Tyle że rząd boi się krzyku, że zabiera ludziom możliwość taniego ogrzania mieszkań, i przedkłada populizm nad zdrowy rozsądek. Tymczasem skończyły się czasy swobodnego rozdawania pieniędzy; oszczędności trzeba szukać wszędzie.

Tyle że dziwnym trafem widzą to ministrowie finansów już po opuszczeniu resortów. Tak jest z Panem, z prof. Jerzym Hausnerem, profesor Zytą Gilowską. Wcześniej nie można było przeprowadzić tych reform, tak by następcy nie mieli problemów?

Zidentyfikowaliśmy problemy, ale nie mieliśmy możliwości politycznej. Wola polityczna polega na tym, że trzeba mieć amunicję, broń i posłuch. My mieliśmy tylko amunicję i broń, ale posłuchu już nie mieliśmy. A Platforma Obywatelska ma. PO z założenia miała być partią reformatorską, a zamiast reformować gasi pożary. Na to można poświęcić pewną część czasu, ale pewna część czasu powinna być także poświęcona przygotowaniu fundamentalnych reform, które zapobiegną nadmiernemu zadłużaniu się państwa.

Tylko czy pilnowanie wielkości dziury budżetowej ma jakiś sens, skoro inne kraje UE są zadłużone jeszcze bardziej niż my i nie robią z tego życiowego problemu? Kilka dni temu kanclerz Angela Merkel powiedziała, że jeśli do 2013 r. dług do PKB spadnie w Niemczech poniżej 75 proc., uzna to za wielki sukces.

Naszym nadrzędnym celem jest szybki rozwój Polski. Ten rozwój generują oszczędności krajowe i zagraniczne inwestycje bezpośrednie. Jeśli państwo zaczyna się bardziej zadłużać, to wysysa oszczędności. Taka polityka powoduje, że dramatycznie kurczy się dostępność sektora prywatnego do kapitału i to w momencie, gdy z powodu światowego kryzysu spada wartość napływających do naszego kraju zagranicznych inwestycji bezpośrednich. Więc rozsądna polityka powinna polegać na tym, by jak najmniej oszczędności zabierało państwo.

I nie chodzi tu tylko o finansowanie długu. Prywatyzacja to też zabieranie kapitału z rynku. Jeśli w tym roku minister Grad chce ściągnąć ze sprzedaży państwowych spółek 25 mld zł, to znaczna część tych pieniędzy będzie pochodzić właśnie z prywatnych oszczędności, a te pieniądze mogłyby także być przeznaczone na inwestycje. Więc jeśli ktoś mówi, że przez prywatyzację jesteśmy w stanie zwiększyć dostęp do oszczędności sektorowi prywatnemu, to się myli – skutek krótkookresowy jest przeciwny. Zaletą prywatyzacji jest zupełnie co innego – prywatne przedsiębiorstwa są lepiej zarządzane. Więc w długim terminie generują wyższy zysk, a więc płacą wyższe podatki.

W okresie, w którym jesteśmy, powinniśmy wiele rzeczy równoważyć, tak by nie wydrenować rynku z kapitału, zwiększyć wpływy do budżetu, zmniejszyć wydatki i nie dopuścić do powiększania dziury w finansach publicznych. W przeciwnym razie dogonienie lepiej rozwiniętych krajów Europy zajmie nam wiele lat.

Rozmawiała: Beata Tomaszkiewicz


Tagi


Artykuły powiązane

Powracające kłopoty fiskalne

Kategoria: Analizy
Dobra koniunktura międzynarodowa pozwoliła utrzymać przez kilka lat silny wzrost gospodarczy w Polsce. Dzięki temu poprawiła się też sytuacja finansów publicznych. Spowolnienie, które nas czeka w najbliższych miesiącach oraz konieczność zwiększenia wydatków dla wsparcia zamrożonej gospodarki pogorszą sytuację budżetu.
Powracające kłopoty fiskalne

Aby biurokracja była innowacyjna, musi być inteligentna

Kategoria: Trendy gospodarcze
Kryzys pandemiczny to okazja do przemyślenia roli państwa w gospodarce. Prof. Rainer Kattel, ekonomista z University College w Londynie przekonuje, że administracja może sprzyjać innowacjom, a państwo może być przedsiębiorcze.
Aby biurokracja była innowacyjna, musi być inteligentna

Bankierzy centralni nie mają wpływu na wszystko

Kategoria: Zewnętrzni eksperci
Obecny kryzys z punktu widzenia polityki pieniężnej nie ma precedensu. Jak na razie nie ma ryzyka inflacji. Trzeba jednak uważać, by nie kontynuować działań specjalnych, gdy pandemia już minie - przekonuje Paul Tucker, były wiceszef Banku Anglii.
Bankierzy centralni nie mają wpływu na wszystko