Podstawą polityki gospodarczej muszą być dane, a nie ideologia

16.02.2015
Rządy na całym świecie popełniają gospodarcze błędy. James Heckman, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii, uważa, że nawet politykę trzeba opierać na twardych badaniach empirycznych. – Trzeba też myśleć o realnych, choć ukrytych i niezamierzonych konsekwencjach każdej inicjatywy, a nie tylko zadowalać się jej nominalnymi założeniami – przekonuje noblista.

James Heckman (Instituto Ayrton Senna CC BY 2.0)


Obserwator Finansowy: Czy rząd w swoich działaniach interwencyjno-redystrybucyjnych może być efektywny?

James Heckman: Do pewnego stopnia tak.

Zaskakująca odpowiedź jak na przedstawiciela szkoły z Chicago, kontynuującej tradycję Miltona Friedmana…

Rząd może być skuteczny, o ile swoje zadanie traktuje poważnie i o ile projektując swoją politykę, bierze pod uwagę fakty gospodarcze oraz rodzaje zachęt dla uczestników rynku, które dane rozwiązanie może stworzyć.

Tym zachętom (incentives) poświęcił Pan dużą część swojej kariery naukowej. Co jest w tym ujęciu najważnieszym kryterium prowadzenia polityki gospodarczej?

Jeśli chcesz przeprowadzić jakiekolwiek działanie gospodarcze, to – czy mowa o rządzie, czy prywatnej firmie – musisz się liczyć z tym, że założone cele niekoniecznie muszą być tożsame z faktycznymi rezultatami. Innymi słowy działanie może przynieść niezamierzone, a czasami nawet sprzeczne z celami, które chciałeś osiągnąć, konsekwencje. Najważniejszą kwestią w polityce gospodarczej jest więc rzetelne badanie, czy i jakie nieprzewidziane efekty może dać dany program gospodarczy. Żeby to ocenić, musimy się zastanowić, jakie zachęty tworzy, a do czego zniechęca. Należy też rozważyć, na jakie grupy ludzi będzie oddziaływał. Programy rządowe skierowane do jakiejś grupy odziałują także na inne, a czasami na całe społeczeństwo. Niestety, te kwestie są najczęściej ignorowane.

Może Pan podać przykład polityki gospodarczej, która nie zadziałała ze względu na pominięcie problemu zachęt i niezamierzonych konsekwencji?

Nie, ponieważ każde działanie ma swoje skutki. Jeśli rząd coś robi, to muszą być też rezultaty. Weźmy zasiłki dla ubogich. Może to i dobrze, że społeczeństwo za pośrednictwem rządu chce pomagać biednym czy bezrobotnym. Nie kwestionuję tego, ale pomagać trzeba z głową. A jakie zachęty wytwarza dawanie ludziom pieniędzy? Zwiększa czy zmniejsza motywację do poszukiwania pracy? Do edukowania się? Jakie zachęty wytwarza wśród pozostałej części społeczeństwa, która zasiłków nie otrzymuje? Żeby sfinansować socjal, musisz podnieść podatki. Jaki będzie rezultat? Będzie więcej czy mniej miejsc pracy? Ludzie będą mniej czy bardziej skłonni walczyć o utrzymanie się na rynku pracy? Na te pytania trzeba sobie odpowiedzieć, zanim cokolwiek komukolwiek damy.

Słyszy się ostatnio, że w związku z nierównościami społecznymi należy wprowadzić dochód minimalny dla każdego mieszkańca. Co Pan sądzi o takim pomyśle?

W najbardziej ogólnym sensie taki system już istnieje – przecież społeczeństwa zachodnie rzadko zostawiają ludzi samym sobie, funkcjonują zasiłki, programy pomocy, jest opieka społeczna, funkcjonuje pojęcie pensji minimalnej itd. Niemniej rozdawanie stałej kwoty wszystkim ludziom bez względu na ich wysiłki to pomysł samobójczy. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić, że miałoby to przynieść jakiekolwiek korzyści poza krótkookresowymi. Mogę za to wyobrazić sobie masę negatywnych skutków. Dania miała kiedyś bardzo hojne ubezpieczenia społeczne od utraty pracy. Dostawało się równowartość ostatniej pensji właściwie bez limitu czasowego.

Efekt był taki, że stworzono grupę wykwalifikowanych i wykształconych ludzi, którym nie opłacało i nie chciało się pracować. W końcu Duńczycy poszli po rozum do głowy i wprowadzili reformę o nazwie flexicurity, która uzależniła wysokość zasiłku od aktywnego poszukiwania pracy. Z kolei rząd USA wdrażał od lat 60. XX w. program mający na celu redukcję ubóstwa w przyszłych pokoleniach. Wyselekcjonowano grupę społeczną, którą uznano za biedną, i zaczęto dawać jej sute zasiłki. Założenie było takie, że otrzymujące je rodziny zainwestują w swoje dzieci, w ich zdrowie, edukację… Słowem: nie będzie transferu biedy z pokolenia na pokolenie, zwiększy się mobilność społeczna w górę. Jak było w rzeczywistości? Cóż, dokładnie odwrotnie. Nie dość, że – jak potem zbadano – dzieci biednych pozostały biedne, to jeszcze wytworzono zachętę, by pozostawać w biedzie. W końcu właśnie biedni dostawali zasiłki.

Milton Friedman mówił, że opodatkowując pracujących i dając pieniądze bezrobotnym, wytwarza się absurdalną sytuację, w której pracować się po prostu nie opłaca.

Stwierdzenia Miltona miały charakter intuicji dotyczącej tego, jak działają w tej konkretnej sytuacji rynkowej prawa ekonomii. Żeby prowadzić skuteczną politykę gospodarczą, potrzeba czegoś więcej niż intuicja, mianowicie danych empirycznych, które ją czarno na białym potwierdzą bądź jej zaprzeczą. Potrzeba dowodów. Zbieranie takich informacji pomaga w edukowaniu ludzi – dzięki temu możemy im pokazać, jak wiele ich przekonań dotyczących gospodarki to mity. Ludzie wierzą np., że rynek to gra, gdzie ktoś traci i ktoś zyskuje. Można im dowodnie wykazać, że tak nie jest. W USA poziom edukacji ekonomicznej jest dość wysoki i ponadpartyjny. Nie ma znaczenia, czy jesteś demokratą czy republikaninem. W obu przypadkach wiesz, co to popyt, podaż i jak działają, masz dostęp do bardzo szerokiej bazy badań empirycznych dotyczących gospodarki.

To się przekłada na realną politykę. Kiedy w 1995 r. Bill Clinton zobaczył jednoznacznie i negatywnie oceniające program socjalny z lat 60. prace ekonomistów z takich think-tanków jak Brookings Institution, Rand Corporation, Cato czy Heritage Foundation – oparte na wieloletnich dokładnych badaniach empirycznych – zreformował system opieki społecznej i zasiłków. Empiria pozwala uciec od ideologii i próżnych sporów. Kiedyś w Ameryce Łacińskiej rozmawiano o gospodarce w ten sposób: jestem za Hayekiem, jestem za Keynesem. Tak było 30 lat temu. Potem zbierano jednak dane o gospodarce i debata nabrała cech merytorycznych: co działa, a co nie działa. Każde państwo powinno mieć takie niezależne od orientacji politycznej ośrodki badawcze, jak te amerykańskie, które wymieniłem, czy np. Institue for Fiscal Studies w Wielkiej Brytanii. Nieważne, czy rządzą laburzyści czy konserwatyści. Wszyscy korzystają z ich raportów i danych, bo wiedzą, że są rzetelne.

Wierzy Pan w to, że politycy mogą się kierować przede wszystkim merytoryką, a nie kalkulacją polityczną?

Motywy działania polityków są różnorodne, a jednym z najsilniejszych jest walka o kolejną kadencję. Politycy mają więc motywację do polityki, która kupi im głosy konkretnych grup. Im jednak twardsze mamy dane gospodarcze, tym trudniej być populistą. Politycy mają większą swobodę i ponoszą mniejszą odpowiedzialność, gdy polityka jest tylko niepopartą danymi ideologiczną kłótnią.

W Polsce od lat działają programy mające wspierać młode osoby w staraniach o własne mieszkanie. Od samego początku ekonomiści, m.in. eksperci banku centralnego, ostrzegali, że tego typu akcje wspierają deweloperów (dotyczą bowiem rynku pierwotnego), a nie młodych ludzi. I że ceny mieszkań w ich wyniku są zawyżone.

Dlatego trzeba pokazać ludziom konkretnie, co jest skutkiem takich programów. O ile więcej zarobili deweloperzy, jak te programy wpłynęły na ich marżę, na ceny mieszkań, czy w wyniku ich działania spadła czy wzrosła liczba młodych posiadających własne mieszkania itd. Żeby to wszystko ocenić, potrzeba bardzo skrupulatnych i niezwykle drogich badań mikroekonomicznych, inwestycji w narzędzia badawcze, rozwoju ekonomii empirycznej. O ile mi wiadomo, w Polsce zajmuje się nią relatywnie niewielu ekonomistów, niewiele jest też kompleksowych badań rynku.

W Polsce panuje tendencja, by koncentrować się na takich sprawach jak inflacja, stopa bezrobocia, kursy wymiany walut itp. Ekonomiści interesują się raczej makroekonomią. Mamy właściwie głównie makroekonomistów oraz finansistów. Zagadanienia mikroekonomiczne, poza finansami publicznymi, schodzą na dalszy plan.

Cóż, wolną gospodarkę macie dopiero od 25 lat. Ta empiryczna robota musi być wykonana, jeśli polityka gospodarcza ma być skuteczna.

Są tacy, którzy mówią, że empiria w ekonomii ma charakter wtórny, że prawa ekonomiczne mają charakter logiczny i ogólny.

Słynny fizyk Richard Feynman trafnie zauważył, że nauki społeczne to imitacja prawdziwej nauki, bo często nie są poparte żadną empirą. Modele tworzone przez makroekonomistów często są zaledwie luźno zakotwiczone w rzeczywistości, w faktach. Co się dzieje, gdy ich model zawodzi? Odrzucają go? Skądże! Czekają, aż ktoś wymyśli lepszy model. Tymczasem tak naprawdę do obalenia modelu nie potrzeba lepszego modelu, wystarczą fakty, których model nie umie wyjaśnić, albo które go fałszują.

Niektórzy twierdzą, że być może jest to immanente ograniczenie ekonomii, że nie może być ona do końca poparta faktami w stricte naukowy sposób, że nie da się robić powtarzalnych eksperymentów, by udowodnić jakąś teorię i że mimo to ekonomia ma wiele do powiedzenia o świecie. Pewnie trochę racji w tym jest, ale to stwierdzenie zbyt często służy do usprawiedliwienia ekonomicznego bajkopisarstwa. Wie pan, Lew Tołstoj miał wiele do powiedzenia w swoich powieściach, ale nikt na ich podstawie nie zrobi polityki pieniężnej, prawda?

To byłoby nawet zabawne.

Ja nie odmawiam wartości spekulacjom i teoretyzowaniu, ale powinniśmy znaleźć punkt równowagi i dowartościować weryfikację teorii i modeli z pomocą twardych danych. Stephen Hawking nie dostał Nobla z fizyki. Nie zastanawia pana, dlaczego?

Bo teoretyzuje?

W pewnej mierze. Jego badania to fizyka teoretyczna, są one odkrywcze, ale nie potwierdziło ich dotąd żadne doświadczenie. Peter Higgs, odkrywca bozonu, istnieje cząstki przewidział jeszcze w latach 70. XX w., ale Nobla dostał dopiero w 2013 r., gdy jego teorię potwierdzono empirycznie.

Nauka to proces odkrywania prawd o świecie realnym. Tylko matematycy go nie potrzebują, żeby udowadniać swoje teorie. W ekonomii konsekwentne zbieranie danych mikroekonomicznych przynosi olbrzymie korzyści. Dzięki temu widać efekty transferów pieniężnych dokonywanych w ramach rządowej redystrybucji, interwencji czy regulacji. Jakie korzyści przynosi np. uelastycznienie rynku pracy? Dane mikroekonomiczne pokazują, że należy do nich zaliczyć zwiększenie produktywności i mobilności społecznej, ale to w długiej perspektywie. W krótkim okresie mamy spore koszty. Okazuje się, że wzrasta stopa bezrobocia, a w czasie kryzysu pracodawcy nie mają motywacji, by ciąć koszty inaczej niż przez zwolnienia. (>>czytaj również: Kompromitacje nie tylko dawnej ekonomii)

Piękno danych mikro polega na tym, że na ich bazie możesz robić międzynarodowe zestawienia, sprawdzać, jak prawa ekonomii działają w danych uwarunkowaniach. Ekonomia mówi nam co prawda, że jeśli wprowadzjąc płacę minimalną, podniesiesz cenę pracy, to wpłyniesz na rynek pracy, ale dopiero badania empiryczne mogą pokazać, jak dokładnie będzie to przebiegać. Konkretna sytuacja. W Hiszpanii rynek pracy był kiedyś bardzo sztywny i trudno było zatrudniać młodych i imigrantów. Ci, którzy mieli pracę, chronili się przed tymi, którzy jej nie mieli. Rząd wpadł na pomysł, by pozwolić firmom zatrudniać młodych i imigrantów tak, by przez pewien czas nie podlegali części uregulowań rynku pracy.

Efekty? Stopa zatrudnienia w tych grupach społecznych wzrosła, ale dzięki badaniom mikroekonomicznym wiemy, że pierwszy pozytywny efekt był redukowany przez drugi – negatywny. Karencja ustawała mianowicie po pięciu latach. Przed jej upływem firmy zaczęły masowo zwalniać zatrudnionych wcześniej pracowników. Planowały to od samego początku, więc w tych pracowników nie inwestowały. Ze względu na niedostateczne kwalifikacje zwolnieni mieli trudności z ponownym znalezieniem pracy.

W Polsce panuje przekonanie, że właściwie na każdym poziomie gospodarki potrzeba reform. Pan sugeruje, by zainwestować w empiryczne badania ekonomiczne, zanim je zaplanujemy?

Tak. Takie badania są drogie, ale inwestycja się zwraca. To dzięki ekonomistom w Brazylii zreformowano skutecznie system edukacji. 30 lat temu tamtejszy rząd finansował jedynie bogate uniwersytety, zaniedbując kształcenie podstawowe. Ekonomiści wykazali, że poziom nierówności społecznych to w dużej mierze wynik takiej polityki. W wyniku reform system edukacji dowartościował kształcenie w podstawówkach i liceach. Nierówności są mniejsze.

Pewnie zastanawia się Pan, co konkretnie mogłaby badać Polska. Takich kwestii są setki. Macie za progiem wojnę na Ukrainie i pewnie prędzej czy później pojawi się problem: uszczelniać granice czy może otwierać je dla Ukraińców? Badania mikroekonomiczne mogłyby być podstawą do dyskusji o tym, jaki wpływ na wasz rynek pracy i społeczeństwo miałoby otwarcie lub zamknięcie granic. Bez tych danych będziecie skazani na dyskusję ksenofobów z nadmiernymi optymistami i tylko teoretyczno-ideologiczne argumenty.

Rozmawiał Sebastian Stodolak

James J. Heckman – profesor Uniwersytetu w Chicago, specjalista ekonometrii i mikroekonomii, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii z 2000 r. Jego zainteresowania obejmują głównie politykę gospodarczą i sposoby zwiększania jej skuteczności


Tagi


Artykuły powiązane