Pułapki uproszczeń poglądów ekonomicznych

10.12.2012
W dyskursie o stanie gospodarki światowej pojawiają się określenia ekonomia liberalna, albo ekonomia interwencjonistyczna. Definicje językowe są arbitralne. Prowadzi to do błędnego obrazu teorii ekonomicznych i spłycenia dyskusji. Szufladkuje się bowiem wielu wybitnych myślicieli przez pryzmat ich poglądów politycznych, a nie wartości ich teorii.
(CC BY-SA genericface)

(CC BY-SA genericface)

(CC BY-SA genericface)

W rzeczywistości nie istnieje coś takiego jak „liberalna” albo „etatystyczna” szkoła ekonomii. Nikt takich szkół nigdy nie stworzył. Każdy kto posługuje się takimi pojęciami, naraża się na ideologizację świata, która z jednej strony jest wygodna, ale z drugiej daje błędny jego obraz. „Szkoły” ekonomiczne to określenie pewnych ruchów intelektualnych, do których przynależeli rozmaici przedstawiciele. A łączyła ich pewna wspólna optyka, jakieś podobne podejście w stosowanej metodzie.

Różne oblicza etatyzmu

Żeby zobrazować o co chodzi posłużmy się dwoma przeciwnymi przykładami. John Kenneth Galbraith oraz John Maynard Keynes byli obydwaj zwolennikami aktywnej polityki państwa. Trudno jednak ich uznać za przedstawicieli tej samej szkoły, ponieważ zajmowali się zupełnie inna ekonomią. Galbraith skupiał się na opisie instytucjonalnym, zajmował się kwestią korporacji i twierdził, że problemem ówczesnego amerykańskiego społeczeństwa jest nadmierna konsumpcja, skierowana na „wyimaginowane potrzeby”.

Keynes natomiast, choć również zwolennik etatyzmu, zajmował się ekonomią „popytu globalnego” i wskazywał na problemy wiążące się z kryzysami makrogospodarczymi. Jego zdaniem konsumpcja była zbyt mała i powinna zostać zwiększona na cokolwiek, włącznie ze skrajnym marnotrawstwem. Choćby to miało nawet być drukowanie pieniędzy, wsadzanie do butelek i zakopywanie ich pod ziemią (po to, by następnie zatrudniać ludzi do ich odkopywania).

Mimo iż moglibyśmy obydwu tych myślicieli zaszufladkować i nazwać zwolennikami interwencji państwa, byłoby to dla nich krzywdzące, gdybyśmy się na tym zatrzymali. W celu ich dokładniejszego poznania musimy ich tak naprawdę „zdehomogenizować”, wejrzeć w ich prace, znaleźć różnice i zrozumieć co mieli na myśli. Wtedy zaś okaże się, że wcale nie byli przedstawicielami jednej szkoły, a mamy do czynienia z dwoma różnymi ekonomiami: Keynesa i Galbraitha.

Liberalizm też niejedno ma imię

Podobnie jest w drugim przypadku, ekonomistów: Miltona Friedmana oraz Friedricha Augusta von Hayeka. Obydwaj często są wymieniani obok siebie jako przedstawiciele „ekonomii neoliberalnej”. Podobnie jak Galbraith i Keynes „interwencjonistycznej”. Owo podejście jest na przykład widoczne w podręcznikach z doktryn.

Tymczasem różnice między Friedmanem i Hayekiem są daleko idące, a skończyły się nawet dosyć poważnie. Gdy Hayek był zatrudniany na Uniwersytecie Chicagowskim, to trafił do katedry socjologicznej, nie ekonomicznej. Zapewne był to owoc oporu przedstawicieli szkoły ekonomicznej Chicago (w tym Friedmana), ponieważ ich ekonomia tak bardzo różniła się od tej Hayeka.

A przecież obydwaj byli zwolennikami redukcji interwencjonizmu państwowego. Owszem, różnili się trochę co do pewnych szczegółów, a Friedman w wielu kwestiach (poza sprawą produkcji pieniądza) był bardziej wolnorynkowym radykałem od Hayeka (który popierał więcej regulacji).

Niemniej jednak główna różnica tkwiła w radykalnie odmiennym podejściu do nauki makroekonomii. Makroekonomia Hayeka, o ile można użyć w ogóle takiego słowa, jest przesiąknięta makroekonomicznym sceptycyzmem. Austriak bardzo zachowawczo podchodził do agregatowych statystyk dotyczących na przykład ogólnego poziomu produkcji (PKB) oraz ogólnego poziomu cen (np. CPI). W swoim pracach opisywał fluktuacje gospodarcze, zagłębiając się „poniżej” tych agregatów.

Nie zajmował się na przykład kwestią „całkowitych inwestycji”, ale inwestycji na różnych etapach procesu produkcyjnego (bliżej bądź dalej konsumenta). Podobnie nie interesował go tak bardzo ogólny poziom wszystkich cen, ale raczej różnice między poszczególnymi poziomami cen (w tym właśnie dóbr bliżej lub dalej od finalnych stadiów).

Friedman natomiast przyjmował perspektywę dużo bardziej zorientowaną na agregaty. W jego modelu ogólny poziom produkcji i ogólny poziom cen są najważniejsze. Co więcej, żywił dużo większe zaufanie do formalnego modelowania całych procesów gospodarczych. Nic dziwnego, że bardzo zachowawczo podchodził do ekonomii Hayeka. Chociaż bardzo cenił sobie jego poglądy polityczne, to wobec jego opracowań naukowych pozostawał negatywnie nastawiony. Vice versa zresztą. Hayek swego czasu określił jeden z najważniejszych artykułów Friedmana za „równie niebezpieczny” co legendarna Ogólna teoria zatrudnienia, procentu i pieniądza autorstwa Keynesa.

Co innego doktryny, co innego sympatie

Dla Friedmana dużo ważniejsza od makroekonomicznych opracowań Hayeka była polityczna praca „Droga do zniewolenia”, albo „Konstytucja wolności”. W sumie nic dziwnego, skoro makroekonomiczne opracowania Hayeka, chociaż były wymierzone w ekonomię Keynesa, to były jednocześnie wymierzone w późniejszą ekonomię Friedmana. Podstawowy Hayekowski zarzut wobec ekonomii Keynesa brzmiał, że „maskuje mechanizmy zmiany”, ponieważ operuje nazbyt ogólnymi wielkościami. Zarzut ten z pewnością może zostać powtórzony wobec ekonomii Friedmana (która jest jeszcze bardziej agregatowa od Keynesowskiej).

Friedman uważał się za kontynuatora Keynesa i uznawał go za jednego z najważniejszych ekonomistów w historii myśli. Friedman krytykował Keynesa za poglądy interwencjonistyczne, ale jednocześnie chwalił za opracowania makroekonomiczne (gdyż sam je kontynuował i jednocześnie rozwijał). Ideologiczny sprzymierzeniec Friedmana, Friedrich von Hayek miał natomiast zupełnie przeciwne zdanie o Keynesie. Uważał, że ten był bardzo słabym ekonomistą, źle oczytanym w makroekonomicznej literaturze ówczesnych mu czasów, choć świetnie oczytanym filozofem i bardzo bystrym dyskutantem. Co więcej, Hayek i Keynes byli bardzo bliskimi znajomymi. Jak widać, kwestia oceny naukowej wartości poszczególnych szkół ekonomicznych wcale nie musi być warunkowana osobistymi relacjami, ani doktrynalnymi przekonaniami.

Ludzie lubią szufladkować

Ktoś kiedyś błyskotliwie stwierdził, że ilekroć trafimy na dwie strony jakiejś debaty, to jej analiza pozwoli nam przekonać się, że ów świat ma dużo więcej stron niż tylko dwie. Rzeczywiście, chociaż konfrontacja wielokrotnie przebiega wokół jednej osi, to gdy rozważymy argumenty różnych stron, to okaże się, że stron może być więcej. Ludzie jednak lubią szufladkować, ponieważ upraszcza to znacznie ich życie. Niestety upraszcza również intelektualną głębię rozmaitych myślicieli. W rzeczywistości utrudnia widzenie świata, a dodatkowo sprzyja ideologizacji. Ta jest z kolei bardzo wygodne dla kogoś, kto jest zaangażowany w ideologiczną walkę.

Podobnie rzecz ma się z tymi, którzy krytykują „neoliberalną ekonomię”. Wskazanie na to, że takiej ekonomii tak naprawdę nie ma, może pozostawić dosyć skonfundowanym. Łatwo jest napisać, że „Międzynarodowy Fundusz Walutowy promuje neoliberalną ekonomię”, albo że „W Argentynie zawiodły kilkudziesięcioletnie eksperymenty z ekonomią liberalną”.

Dużo trudniej jednak jest wejść w szczegóły i odpowiedzieć na pytania, o jaką dokładnie szkołę ekonomiczną chodzi, skoro w rządach, albo biurokracji jak MFW, pracują ludzie wykształceni w różnych miejscach, o różnych poglądach, mających za sobą różne publikacje. Szczególnie zaskakujące są insynuacje, jakoby MFW podążał za zaleceniami Miltona Friedmana, skoro ten popierał całkowite rozwiązanie MFW. Ilekroć słyszymy, że MFW podąża za zaleceniami Friedmana, nie łudźmy się, że tak jest, bo MFW się raczej nie rozwiąże. Zapewne mamy do czynienia z jakąś fałszywą narracją.

Ekonomia liberalna, podobnie jak ekonomia etatystyczna, tak naprawdę nie „istnieje”. Mamy różne szkoły ekonomiczne, których przedstawiciele są mniej lub bardziej zwolennikami etatyzmu lub liberalizmu. Na szczęście jednak nie to jest decydujące w ich opracowaniach, nie to decyduje o ich wartości. A przynajmniej nie powinno…

OF


Tagi


Artykuły powiązane