Recenzja: Europa nie potrzebuje euro

06.10.2013
Thilo Sarrazin, autor książki „Europa nie potrzebuje euro”, przez lata był dość spokojnie wspinającym się po szczeblach kariery ministerialnym i samorządowym urzędnikiem, aż doszedł do stanowiska członka zarządu Bundesbanku. I po nieco ponad roku musiał go opuścić.
okladka Europa nie potrzebuje euro


Jego wina polegała na tym, że wygłosił kilka poglądów skandalicznie niepoprawnych, choć rzecz jasna podzielanych przez wielu jego rodaków. W licznych wywiadach i głośnej w 2010 roku książce „Niemcy likwidują się same: Jak wystawiamy nasz kraj na ryzyko” ostro skrytykował muzułmanów w Niemczech zarzucając im niechęć do integracji przy równoczesnym korzystaniu pełnymi kieszeniami ze świadczeń państwa dobrobytu socjalnego. Sprzedał 1,5 miliona egzemplarzy.

Książka nie była dotychczas wydana w Polsce, ale zapewne zakończyłaby się sukcesem wydawniczym, jeśli popatrzeć na popularność zdobytą przez Maxa Mariusza Kolonko w jego antyislamskiej krucjacie. W książce i w wywiadach Sarrazin potrafił powiedzieć, że „Turcy podbijają Niemcy w taki sam sposób, jak kosowscy Albańczycy zdobyli Kosowo: swoją wysoką stopą przyrostu naturalnego”. Albo „Nie muszę żywić szacunku dla kogoś, kto żyje na koszt państwa, nie uznaje tego państwa, nie dba o sensowne wykształcenie swoich dzieci i produkuje non stop nowe małe dziewczynki w chustach na głowie”.

Lewica natychmiast zarzuciła mu nacjonalizm, ksenofobię, rasizm, aprobatę eugeniki i Bóg wie co jeszcze. „To lewicowi faszyści, którzy niczego nie czytają i niczego nie rozumieją” – replikował. Socjaldemokraci  rozpoczęli starania o wyrzucenie go z partii – Sarazzin należy do SPD – ale w końcu nie wyrzucili.

Politycy opisywali Sarrazina jako plemiennego wojownika, a Angela Merkel powiedziała, że jego stwierdzenia są kompletnie nie do zaakceptowania i szkodzą Niemcom. Ale zaledwie w kilka tygodni później publicznie stwierdziła, że t.zw. polityka multi – kulti poniosła fiasko.

Drugi z cytatów pokazuje też, co jeszcze boli Sarrazina – mianowicie rozdęte państwo socjalne. Będąc w pierwszej dekadzie wieku przez wiele lat szefem finansów Berlina  doprowadził budżet ciężko zadłużonego miasta do stabilizacji, zwalniając setki urzędników, wyprzedając majątek i ograniczając  świadczenia socjalne. W tym celu potrafił też wykazać na własnym przykładzie, że 4 euro dziennie wystarczy na wyżywienie.

Można powiedzieć, że dość spójna z krytyką rozdętego państwa socjalnego jest krytyka rozdętej pomocy w Europie – już nie socjalnej, lecz dla krajów południa strefy euro. Wszak ratunek dla zadłużonych państw oznacza podtrzymywanie ich dochodów i budżetów przez opodatkowanie części zamożniejszej i rządzonej rozsądnie. Czytaj – Niemiec. Dlatego po rozstaniu z Bundesbankiem, obserwując kolejne palpitacje eurokryzysu, Sarrazin napisał swoją drugą kontrowersyjną książkę: „Europa nie potrzebuje euro”.

Jego teza jest prosta: euro nic nie dało posiadaczom wspólnej waluty, ani na południu, ani na północy. Przeciwnie, wpędziło w kłopoty. Dlatego trzeba się go pozbyć. Pomoc dla  krajów dotkniętych kryzysem powinna być wstrzymana, lub jej warunki bardzo zaostrzone. A gdyby nie udało się wrócić do ograniczeń, które wprowadzał Traktat z Maastricht, czy statut Europejskiego Banku Centralnego – w tej chwili powszechnie łamane – to wówczas albo Niemcy powinny wrócić do marki, albo kraje, które nie chcą przeprowadzić reform stabilizujących, powinny opuścić strefę. Dla Grecji to bardzo prawdopodobne, ale narastają również pytania o powrót do narodowych walut w Portugalii, Hiszpanii, Włoszech, nawet we Francji, gdyż wszędzie tam kultura i mentalność nie pasują do zasad euro.

Sarrazin pisze jednak również, że choć „wprowadzenie w Unii Europejskiej wspólnej waluty bez jedności politycznej było wielkim błędem” to „teraz jednak byłoby błędem, gdybyśmy bez skrajnie naglących powodów rozerwali unię walutową akurat w miejscu najbardziej newralgicznego spojenia – między Niemcami a Francją”.

Oczywiście, eurosceptyków jest dostatek i w Europie – w Niemczech, Wielkiej Brytanii, Szwecji czy w Polsce, i w Ameryce gdzie wręcz wśród ekonomistów dominuje przekonanie , że strefa nie przetrwa w obecnym kształcie. Jednak nawet od niemieckiego eurosceptycyzmu do zgody na wyjście ze strefy euro droga daleka; partia Alternatywa dla Niemiec nie weszła do Bundestagu we wrześniowych wyborach, choć otarła się o granicę 5 procent. Tak więc poglądy Sarrazina nie są niczym nadzwyczajnym, ale pozostają umiarkowanie popularne. Natomiast książka zawiera ciekawe analizy historyczne i ekonomiczne, pisane z niemieckiego punktu widzenia, które stanowią o jej wartości.

Jeśli chodzi o historię, to ciekawe są rozważania o przeszłości Europy, o tym co i kiedy ją spajało – dość chwilowo zresztą. Z przypomnieniem, że „ od upadku Imperium rzymskiego nigdy nie powiodły się próby stworzenia uniwersalnego imperium europejskiego”. I dość rzadko spotykaną uwagą, że ostatnie 200 lat to w Europie czas rozpadu kolejnych imperiów i państw (Zjednoczone Królestwo, Austro-Węgry, Skandynawia, Imperium Osmańskie, rzesza Niemiecka), a ponad 20 lat temu rozleciały się ostatnie w Europie wielkie państwa wielonarodowościowe – ZSRR, Czechosłowacja i Jugosławia. My natomiast ciągle staramy się  integrować Europę.

A Belgia? Hiszpania? „Belgia jest dziś jednym państwem tylko w najbardziej powierzchownym znaczeniu, a Hiszpania walczy z tendencjami separatystycznymi Katalończyków i Basków” – odpowiada Sarrazin. Bardzo ciekawe są też cytowane przez Sarrazina opinie na temat zanikania tego, co tworzyło wspólnotowy grunt w kulturze Europy, poczynając od łaciny, greki, chrześcijaństwa, historii i filozofii. „Puste miejsce wypełniają teraz globalne wydarzenia sportowe, międzynarodówka użytkowników smartfonów i  członków Facebooka”. To rzecz jasna nie to samo.

Wreszcie cenne jest przypomnienie rozpadu systemu z Bretton Woods („system załamał się dlatego, że jego uczestnicy nie przestrzegali reguł tego sytemu, kto chce może się w tym dopatrywać analogii do aktualnych problemów Unii”) , jak doszło do unii walutowej i wspólnej europejskiej waluty i jaka była rola Helmuta Kohla. Ciekawe są też rozważania o uniach walutowych w historii, z konkluzją, że trwałe były te oparte na standardzie złota. Interesujący jest również obszerny rozdział opisujący meandry polityki fiskalnej i monetarnej w Europie w latach 2009 – 2012 pisany po części z pozycji insidera.

W kolejnych rozdziałach autor przedstawia swoje obserwacje na temat światowego kryzysu finansowego, a także mechanizmów ustanawiania budżetów w poszczególnych państwach strefy euro. Niby nic w tych uwagach nie ma nadzwyczajnego. Ale brzmią przekonywująco z dwóch powodów. Po pierwsze, niewątpliwie Sarrazin częściej odwołuje się do zdrowego, lekko cynicznego rozsądku niż do wyszukanych teorii i wydumanych interpretacji (i usprawiedliwień) polityków. Po drugie, ma spory talent nazywania rzeczy o imieniu i tłumaczenia w prosty sposób skomplikowanych zagadnień.

Oczywiście i tym razem Sarrazin wywołał kontrowersje, choć wydaje się mniejsze niż poprzednio. Najbardziej krytycznie oceniono jego pogląd, że Niemcy zaangażowały się w podtrzymanie projektu euro, zamiast opuścić strefę, ze względu na nadal istniejący kompleks winy po II wojnie światowej, a w szczególności z powodu odpowiedzialności za Holocaust. Z tego samego powodu prowadzą tak otwartą politykę imigracyjną i azylową. Po lekturze nowej książki politycy nazwali Sarrazina prowokatorem i szowinistycznym zwolennikiem marki niemieckiej, jej tezy „nonsensami podnoszącymi włosy na głowie” (minister finansów Schauble), a jeden z liderów chadecji stwierdził po prostu, że Sarrazin się znowu myli, bo euro jest sukcesem i taką właśnie success story pozostanie. Jak to skomentował jeden z czytelników książki: “Widzę nowy trend w nowoczesnej polityce, heretycy lub ludzie, którzy ośmielili się mówić prawdę, są znienawidzeni przez obie strony politycznego spectrum podobnie. To oznacza, że robią coś właściwego”.

To, że euro nikomu nic nie dało Sarrazin uzasadnia – posługując się statystyką – m.in. niskim wzrostem gospodarczym w Europie, w tym w Niemczech, wysokim poziomem bezrobocia w południowej Europie i spadkiem udziału eksportu niemieckiego do Unii w całym eksporcie z tego kraju. Zaprzeczając w ten sposób popularnemu poglądowi, że Niemcy są beneficjentem powstania euro. Nie są, a ryzyka euro są znacznie większe niż wątpliwe korzyści dla Niemiec – twierdzi Sarrazin. Pisze: „Jak do tej pory fiasko poniosło nie euro, lecz nadzieja , że przyniesie ono wyższy wzrost gospodarczy i wyższe zatrudnienie, że pomoże słabszym. Okazało się, iż przy niewłaściwej polityce narodowej euro szkodzi i wzrostowi gospodarczemu, i wzrostowi zatrudnienia”.

Wygląda więc na to, że sprawa euro jest dla Sarrazina nawet nie grą o sumie zerowej, lecz ujemnej; nikt nie zyskał, wszyscy stracili. Wspólna waluta zaszkodziła integracji gospodarczej krajów objętych unią walutową zamiast ja pobudzać, bo „zaszkodziła konkurencyjności krajów południowych w stosunku do Niemiec i reszty świata”. Czy to zbyt pesymistyczna albo jednostronna ocena? Być może filozofię autora tłumaczy sentencja wygłoszona w niedawnej rozmowie z magazynem Business Week: „Pesymizm jej warunkiem wstępnym jakiejkolwiek realnego i intelektualnego postępu.”

Co dalej? Angela Merkel twierdzi, że jeśli euro upadnie, Europa też upadnie. Sarrazin natomiast uważa, że europejska integracja miałaby się znacznie lepiej bez wspólnej waluty, która ją destabilizuje zamiast jednoczyć. Paradoksalnie, oboje mogą mieć rację.

To czy euro przeżyje – w całej Europie, czy tylko w jej części, jest w gruncie rzeczy bez znaczenia. Nie będzie to miało żadnego wpływu na pokój w Europie, wzrost gospodarczy, zatrudnienie, znaczenie Europy w świecie – twierdzi w podsumowaniu Sarrazin. I zapowiada, że Klub Śródziemnomorski, który dziś wszechwładnie rządzi w Europejskim Banku Centralnym, pewnego dnia wprowadzi proinflacyjna politykę pieniężną. „A Niemcy i pozostałe kraje północne, które są w mniejszości , nic nie będą mogły na to poradzić”.

Na razie Niemcy stworzyły wrażenie – zgadzając się na wykupienie Grecji – że można je bezkarnie szantażować. Nie powinny być jednak zakładnikiem potrzebujących pomocy krajów strefy euro. Dlatego Sarrazin zachęca do twardej postawy, nawet jeśli może ona doprowadzić do wyjścia ze strefy. To nic strasznego. „Europa powinna być kontynentem państw narodowych łączących swoje siły tam, gdzie to jest wskazane, a zachowujących indywidualną elastyczność tam, gdzie dany kraj tego sobie życzy”. Wspólna waluta to instrument polityki, ale nie należy jej przypisywać wartości same w sobie. W przeciwnym razie byłaby to ideologia, a nie polityka – kończy Sarrazin .

OF


Tagi


Artykuły powiązane