• Gerald P. O’Driscoll

Roosevelt wstrzymał rozwój gospodarczy

23.08.2010
Ekonomiści i politycy obu opcji: keynesowskiej i wolnorynkowej, zdają się dziś w debacie nt. kryzysu stawiać za wzór politykę gospodarczą prezydenta Theodora Roosevelta. Keynesiści podkreślają jego skuteczność w walce z wielkimi korporacjami, a ich przeciwnicy rzekome mądre gospodarowanie zasobami budżetu. Nic nie jest dalsze od prawdy - przekonuje dr Gerald P. O'Driscoll, były doradca zarządu Federal Reserve.

Niektórzy komentatorzy przypominają nam ostatnio o Wielkim Roosevelcie. Ich zdaniem podczas obecnych potężnych zawirowań gospodarczych można łatwo pójść za jego przykładem. Dziedzictwo jego mądrości rzekomo obfituje w gotowe recepty na przywrócenie dawnej świetności gospodarce amerykańskiej i światowej. Kiedy pesymiści widzą drugie dno recesji, a optymiści pozytywne skutki następnego pakietu stymulacyjnego, powinien to być dla nas bodziec do uważnego przyjrzenia się rzeczywistym skutkom polityki gospodarczej prezydenta Roosevelta.

Theodore Roosevelt (TR) był nazywany „dobrym Rooseveltem”, „republikańskim Rooseveltem” bądź „konserwatywnym Rooseveltem” dla odróżnienia go od jego dalekiego kuzyna Franklina, którego uważa się za twórcę amerykańskiego etatyzmu.

Tymczasem zwolennicy etatyzmu swojego patrona upatrują w TR.

Biograf Frank Freidel napisał: „Ucząc się w Groton, [Franklin Delano Roosevelt] po raz pierwszy znalazł się pod wpływem swego dalekiego kuzyna Theodore’a Roosevelta. […] Theodor Roosevelt wyznawał pogląd, że należy maksymalnie wykorzystywać konstytucyjne uprawnienia prezydenta. […] Filozofia silnego wykorzystywania władzy państwa podobała się Franklinowi”. Podczas wielkiego kryzysu FDR realizował „program podkreślający centralne planowanie w tradycji Theodore’a Roosevelta”. Według Freidela hasło FDR „na państwie spoczywa obowiązek ograniczania dochodów za pomocą bardzo wysokich podatków” przypomina słowa, którymi posługiwał się Theodore Roosevelt.

Historyk Eric F. Goldman twierdzi, że Lyndon B. Johnson, który jednocześnie wprowadził gigantyczny program świadczeń społecznych i eskalował wojnę wietnamską, podziwiał „nadaktywny Biały Dom z czasów Theodore’a Roosevelta”. „Kiedy wyobrażałem sobie Teddy’ego Roosevelta – miał powiedzieć LBJ – widziałem go, jak biegnie albo jedzie na koniu, zawsze w ruchu, pięści zaciśnięte, oczy pałające, i mówi, co mu leży na sercu”.

Richard Nixon, który drastycznie poszerzył zakres regulacji państwowych w gospodarce, lubił Theodore’a Roosevelta za „wielką energię i umiejętność zmobilizowania młodego kraju”.

W ostatnich latach sympatię dla TR wyrażali tacy wpływowi republikanie, jak Newt Gingrich, Karl Rove i John McCain.

Przeanalizujmy mit Theodore’a Roosevelta. Po pierwsze, TR dokonał reinterpretacji konstytucji, która pozwalała na ogromne zwiększenie kompetencji władzy wykonawczej. „Uważał, że Kongres musi być posłuszny prezydentowi”, stwierdził biograf Henry Pringle. Roosevelt oczekiwał posłuszeństwa również od Sądu Najwyższego. Wprowadził praktykę rządów dekretem prezydenckim, z pominięciem procesu legislacyjnego. W okresie od Lincolna do poprzednika TR Williama McKinleya dekretów wydano 158, a za samego Roosevelta – 1007. Lokuje się on pod tym względem na trzecim miejscu, za swoimi kolegami „progresywistami” Woodrowem Wilsonem (1791) i Franklinem Rooseveltem (3723).

Niezamierzone konsekwencje zagranicznych wojen

Theodore Roosevelt, laureat Pokojowej Nagrody Nobla, uważał, że „powinniśmy z pogardą i odrazą patrzeć na tych Amerykanów, którzy wołają pokój, pokój, kiedy pokoju być nie powinno”. Ostrzegał przed „groźbą pokoju”.

W 1892 roku, kiedy doszło do sporu z Chile, nakłaniał do inwazji. Jako podpułkownik Rough Riders z pokładu statku płynącego na Kubę napisał do senatora z Massachusetts Henry’ego Cabota Lodge’a: „Musi Pan zdobyć Manilę i Hawaje. Musi Pan zapobiec rozmowom pokojowym, zanim zajmiemy Portoryko i Filipiny, a także zapewnimy niepodległość Kubie”.

TR był zachwycony perspektywą wojny z Kanadą. W 1985 roku napisał do Lodge’a: „Nie obchodzi mnie, czy nasze nadmorskie miasta zostaną ostrzelane, weźmiemy Kanadę”. W liście do swojego szwagra Willa Cowlesa Roosevelt napisał, że armia amerykańska będzie „zmuszona zaciągnąć mnóstwo ludzi tak samo zielonych jak ja do podboju Kanady”.

Jako prezydent Roosevelt zmienił tradycyjną amerykańską politykę nieingerowania w sprawy innych krajów. Dawniej interwencja była wyjątkiem, a on uczynił z niej regułę.

TR był zwolennikiem wielkiej marynarki wojennej, która nie miała służyć do obrony przed konkretnym zagrożeniem – bo żadnego zagrożenia nie było – lecz jako narzędzie ekspansjonistycznej polityki zagranicznej. „Priorytetem dla Roosevelta i jego kolegów ekspansjonistów – stwierdził historyk Howard Keynes Beale – była potęga, prestiż i siła marynarki wojennej, która miała przynieść potęgę i prestiż”.

Najbardziej kontrowersyjną interwencją TR było zajęcie Przesmyku Panamskiego, który należał do Kolumbii. Roosevelt postanowił zbudować kanał łączący Atlantyk z Pacyfikiem, aby amerykańska marynarka wojenna mogła łatwiej operować na obu oceanach. Historyk David McCullough ocenia: „Pośpiech Roosevelta, jego odmowa – nieumiejętność – zobaczenia w stanowisku kolumbijskim czegoś innego niż szantaż, były tragicznymi i niewybaczalnymi błędami”. Czy roztropnie jest mieć prezydenta, który zajmuje zagraniczne terytorium, kiedy uzna to za wygodne?

Inne interwencje TR – w Wenezueli, Dominikanie i Nikaragui – były niewielkie według późniejszych kryteriów i miały przede wszystkim pomóc europejskim inwestorom wyegzekwować długi od latynoamerykańskich dyktatorów, żeby rządy europejskie nie wykorzystały tych długów jako pretekstu do militarnego wejścia na półkulę zachodnią. Jego agresywny interwencjonizm z pewnością spowodował jednak, że jego następcy z mniejszymi oporami włączali się w zagraniczne wojny, w których ginęli Amerykanie, chociaż Stany Zjednoczone nie zostały zaatakowane, uruchamiały nacjonalistyczne reakcje sprzyjające dyktatorom i mnożyły zagranicznych wrogów USA, komplikując zadanie obrony bezpieczeństwa narodowego.

Dotacje „rekultywacyjne” Roosevelta

Roosevelt popierał projekty, które zwiększały wpływy polityków z zachodnich stanów. Subsydiowane przez stany projekty irygacyjne realizowane przed jego dojściem do władzy służyły przyciągnięciu farmerów, którzy mieli uprawiać rolę na zachodnich pustyniach, ale projekty te okazały się nieopłacalne. Roosevelt uznał, że doświadczenie to jego nie dotyczy i postanowił, że rząd federalny będzie promował uprawę roli na pustyniach.

W 1902 roku uchwalono ustawę o rekultywacji ziemi. Każdy senator i kongresmen z zachodu próbował się załapać na subsydiowany projekt rekultywacyjny. Na przykład senator z Newady Francis Newlands martwił się, że liczba ludności jego stanu maleje. Aby zyskać poparcie polityczne dla projektów rekultywacyjnych, trzeba je było porozrzucać po różnych miejscach, z których wiele nie miało sensu ekonomicznego. Gwarantowały straty.

Subsydiowana rekultywacja TR zakończyła się finansową klapą. Farmerzy, którzy nie mieli doświadczenia z irygacją, nadmiernie podlewali pola i systemy irygacyjne zatykał szlam. Inni kupowali więcej ziemi niż byli w stanie uprawiać. Wielu farmerów zrezygnowało, podatnicy pokryli straty, a liczba ludności na obszarach pustynnych zmalała, zamiast wzrosnąć.

TR uchodzi za przeciwnika prywatnych monopoli, ale aprobował nieuczciwe praktyki państwa, które usunęły z rynku prywatnych budowniczych zapór i pomogły Urzędowi Rekultywacji uzyskać pozycję monopolistyczną. Urząd rozrósł się do gigantycznych rozmiarów i miał pod swoją pieczą około 600 zapór i zbiorników w 17 stanach.

Doprowadziło to do kolosalnego marnotrawstwa. Ze zbiorników położonych na gorących obszarach pustynnych parowało więcej wody niż jej zużywały wielkie miasta zachodu.

Etatystyczna niekompetencja

Theodore Roosevelt podważył dominujący w Ameryce pogląd, że decyzje o sposobie wykorzystania ziemi najlepiej podejmują prywatne osoby, które mają interes w podniesieniu wartości swego majątku. Zdławił prywatyzację ziemi, która trwała od ponad stulecia. W 1905 roku przeniósł miliony akrów państwowej ziemi z Departamentu Spraw Wewnętrznych do Departamentu Rolnictwa i powołał Służbę Leśną do zarządzania tymi zasobami.

Ponieważ Roosevelt znacznie ograniczył prywatyzację, lasy państwowe stanowią dzisiaj około 20 proc. powierzchni 11 zachodnich stanów. W sumie rząd federalny jest właścicielem mniej więcej jednej trzeciej ziemi w Stanach Zjednoczonych.

Uzasadnieniem dla państwowej własności lasów był rzekomy „głód drewna”. Gifford Pinchot, pierwszy szef Służby Leśnej, ostrzegał, że za 20 lat w Ameryce skończy się drewno. TR twierdził, że egoistyczne osoby prywatne marnotrawią zasoby naturalne i tylko przepojeni duchem służby publicznej federalni biurokraci będą odpowiedzialnie zarządzali tymi zasobami. Chociaż Pinchot twierdził, że posługuje się „naukowymi” metodami prognozowania, „głodu drewna” nigdy nie było.

W dziedzinie ochrony zasobów Pinchot też nie spisywał się najlepiej. Ludzie wypasający bydło na łąkach lasów państwowych nadmiernie je eksploatowali, bo były państwowe. A tak naprawdę nie miały żadnego właściciela. Jeśli moje krowy nie zjedzą całej trawy, to zrobią to krowy kogoś innego, rozumowano. Na podobnej zasadzie nikt nie miał motywacji do utrzymywania wartości wspólnej własności, ponieważ korzyści mogły przypaść komuś innemu.

Najlepsze praktyki ochrony zasobów TR wdrażał na terenie całego kraju. Pożary uchodziły za złe dla lasów, więc Służba Leśna wszędzie z nimi walczyła, a Smokey the Bear, uświadamiający społeczeństwo amerykańskie w dziedzinie zagrożeń pożarowych, stał się sławny. Wiele dziesięcioleci bez ognia spowodowało, że gromadziły się obumarłe gałęzie i drzewa rosły gęściej. Ponadto mądrzy urzędnicy Służby Leśnej zarządzili zmniejszenie wycinki, co przyspieszyło gromadzenie się suchego drewna, toteż zamiast wielu małych pożarów groziły duże, które trudniej się gasi i przynoszą nieporównywalnie większe szkody.

Roosevelt stworzył pięć parków narodowych, 51 rezerwatów przyrody i 150 lasów państwowych, ale w zarządzaniu nimi popełniano wiele błędów. Na przykład dla ochrony innych zwierząt zabijano wilki, pumy i inne drapieżniki, skutkiem czego wzrosła populacja łosi, które zjadały tyle roślin, że zniknęły bobry. Strażnicy parkowi zamykali wysypiska śmieci, na których karmiły się niedźwiedzie, skutkiem czego misie atakowały kempingi, więc je zabijano. Hope Babcock, były radca prawny National Audobon Society, negatywnie ocenia dorobek Theodore’a Roosevelta w tej dziedzinie: „Trudno znaleźć podstawy do stwierdzenia, że istniejący w naszym kraju paradygmat instytucjonalny dotyczący zarządzania gruntami publicznymi chroni wartość naturalnych zasobów na tych terenach”.

„Rozbijanie trustów”, które ograniczało konkurencję

Uzasadnienie dla przepisów antytrustowych i „rozbijania trustów” przez TR brzmiało, że na wolnym rynku w sposób naturalny tworzą się monopole i państwo musi interweniować dla podtrzymania konkurencji. Było w tym niemało hipokryzji, ponieważ TR opowiadał się za wysokimi cłami, które bynajmniej nie sprzyjały konkurencji, a przy okazji szkodziły amerykańskim konsumentom znacznie bardziej niż jakikolwiek monopol. Istniało nawet takie powiedzenie, że „cło jest matką trustów”.

Roosevelt demonizował przedsiębiorców jako „złoczyńców od wielkiego bogactwa” – sformułowaniem tym posłużył się później jego kuzyn w swojej antybiznesowej krucjacie. Philander Knox, prokurator generalny za Roosevelta, składał pozwy o podział prywatnych spółek, począwszy od holdingu kolejowego Northern Securities w 1902 roku. Najbardziej znane postępowania antytrustowe doprowadziły do podziału American Tobacco Company i Standard Oil Company w 1911 roku, po odejściu Roosevelta z urzędu.

A przecież przez ponad dwie dekady produkcja rosła i ceny spadały – odwrotnie niż można by się spodziewać w gospodarce z mnóstwem monopoli. Roosevelt potępiał monopole kolejowe (w większości zbudowane z pomocą dotacji państwowych), chociaż w minionym półwieczu liczba kolejowych kilometrów wzrosła 250-krotnie, a ceny przewozów spadały. To z kolei działało przeciwko lokalnym monopolom, ponieważ ludzie mogli sprowadzać z daleka tańsze towary. Mimo to TR podpisał ustawę przyznającą Międzystanowej Komisji Handlu prawo do regulowania stawek kolejowych.

„Na początku XX wieku w gospodarce amerykańskiej panowała tendencja do wzrostu konkurencji – pisze historyk Gabriel Kolko. – Konkurencja była nie do przyjęcia dla wielu dużych przedsiębiorstw i grup interesów i ruch w kierunku łączenia się firm w dużym stopniu był efektem dobrowolnego, nieskutecznego dążenia biznesu do zatrzymania trendów konkurencyjnych”. Później Kolko stwierdza, że „wielki biznes popierał reformy z początku XX stulecia jako sposób na ograniczenie konkurencji i ochronę swojego udziału w rynku”.

Mamy coraz więcej dowodów na to, że na wolnym rynku monopole są rzadkie, ponieważ zmiany preferencji konsumentów, zmiany warunków gospodarczych, nowe technologie i nowi konkurenci, krajowi i zagraniczni, odbierają klientów firmom o ugruntowanej pozycji. Poza bardzo nielicznymi wyjątkami monopole tworzą się tylko tam, gdzie państwo utrudnia konkurencję albo wchodzenie nowych firm na rynek za pomocą koncesji czy barier handlowych.

Zaniepokojeni rosnącymi rozmiarami korporacji przemysłowych (którym często pomagały cła i inne przywileje), ludzie nie zdawali sobie sprawy, że rynki krajowe i międzynarodowe powiększały się jeszcze szybciej. John D. Rockefeller zarobił fortunę na rafinacji ropy z zachodniej Pensylwanii, ale jego konkurenci odkryli złoża naftowe w Kansas, Luizjanie, Oklahomie, Teksasie, Kalifornii i za granicą. Wynalezienie żarówki przez Thomasa Edisona spowodowało, że klienci przestali kupować od Rockefellera naftę do lamp, a tani Ford T jeździł na benzynę, produkt naftowy, do którego wytwarzania stworzono wiele nowych spółek. Standard Oil Rockefellera osiągał doskonałe wyniki, ponieważ inwestował w technologie obniżające koszty, ale konkurencja była tak zażarta, że jego udział w rynku malał. Konkurencji byłoby jeszcze więcej, gdyby TR obniżał cła, uchylał korporacyjne przywileje i powstrzymywał się od krytykowania rozsądnie tnących koszty wielkich spółek, takich jak Standard Oil.

Już dawno przyszedł czas, aby ocenić Theodore’a Roosevelta i innych progresywistów nie przez pryzmat ich osobowości i przemówień, tylko przez pryzmat ich działań i konsekwencji tych działań.

Gerald P. O’Driscoll,  ekspert Cato Institute w Waszyngtonie, wcześniej m.in. dyrektor biura analiz Citigroup, wiceszef oddziału Fed w Dallas i jeden z dyrektorów w Heritage Foundation.

Artykuły powiązane


Tagi