To regulacja, a nie własność, jest czynnikiem rozwoju elektroenergetyki

W artykule Niedźwiedzia przysługa dla rynku energii autor poruszył sprawę wypłaty rekompensat dla spółek energetycznych w związku z rozwiązaniem kontraktów długoterminowych na zakup energii. Te kontrakty stały się zabezpieczeniem kredytów dla elektrowni na ich modernizację. Zdaniem autora, to czynnik powodujący, że inwestorzy wstrzymują się z nowymi inwestycjami. Moim zdaniem jest to jeden z ostatnich czynników branych dziś pod uwagę przy podejmowaniu decyzji inwestycyjnych.

Rekompensaty za kontrakty długoterminowe (tzw.KDT-y) niedługo zakończą swój żywot, z wyjątkiem sytuacji w Zespołu Elektrowni Pątnów-Adamów-Konin. KDT-y dla PAK-u mają obowiązywać do 2025 roku, a dla lwiej części innych elektrowni najdalej do 2016 r.

Niedługo – licząc długością trwania inwestycji w elektroenergetyce. Budowa nowej elektrowni gazowej to około 3-4 lat, węglowej to około 5 – 6 lat, atomowej około 10 – 12 lat (rzeczywisty czas trwania zależy od warunków wyjściowych). Czas eksploatacji elektrowni gazowej to 25 lat, węglowej – 40, a atomowej 60 lat.

Obowiązywanie rekompensat jeszcze przez kilka lat nie ma rzeczywistego wpływu na rynek także dlatego, że rekompensaty otrzymują różne podmioty należące do różnych grup energetycznych, a grupy energetyczne sprzedają energię po cenie jednolitej (wyznaczanej na giełdzie lub w czasie procesu negocjacji dwustronnych) czyli uśrednionej dla różnych swoich elektrowni.

Po drugie zaś dlatego, że podzielenie wielkości rocznych rekompensat (tych realnie wypłacanych) przez ilość energii jaka jest produkowana przez elektrownie objęte systemem daje nam rzeczywiste „ekstra przychody” na każdą megawatogodzinę. Są to stosunkowo niewielkie przychody.

W całym problemie nazywającym się: stan polskiej elektroenergetyki nie to jest najważniejsze. Ważniejszych jest wiele innych rzeczy, które nie zawsze są dostrzegane, a jeżeli nawet, to postrzegane są jako rzecz pozytywna a nie negatywna. Polska elektroenergetyka jest jak soczewka, w której skupiają się wszystkie problemy i choroby toczące gospodarkę i państwo. Wymienię tylko kilka.

Pierwszy i chyba najbardziej uwierający problem, to regulacja. Państwo, co do zasady, tworzy warunki i ramy prawne działania biznesu. Państwo polskie przez wiele lat tworzyło (i w jakimś stopniu tworzy nadal) zasady, które zniechęcały do inwestycji w szeroko pojętej elektroenergetyce, wystarczy zapytać ile kilometrów linii wysokiego napięcia powstało w czasie ostatnich 20 lat. Odpowiedź: mało, poniżej 1000 km.

Winą za taki stan rzeczy należy obciążyć właśnie złą politykę – na początku cenową a później taryfową – prowadzoną przez organy państwa. Jeżeli inwestor nie będzie wiedział, że linia energetyczna, którą zamierza zbudować będzie dla niego opłacalna w terminie 10, 12 czy nawet 15 lat, to będzie robił różne uniki aby nie podjąć się tej inwestycji.

Dobra regulacja ważniejsza jest, jeżeli chodzi o zapewnienie bezpieczeństwa dostaw i konkurencji, od własności. Prosty przykład. Wiele lat jedynym właścicielem PGNiG było państwo. W 1990 r. Polska w schedzie po okresie komunistycznym odziedziczyła bardzo małe jak na swoje potrzeby magazyny gazu (620 mln m3), w pierwszej połowie lat 90. podjęto decyzje o budowie dwóch magazynów ale zrobiono to przede wszystkim dlatego, że znalazły się duże i tanie kredyty z EBI. Następnie przez kolejne ponad 10 lat nikt nie podjął decyzji o budowie lub rozbudowie magazynów gazu pomimo, że różni ministrowie gospodarki i Skarbu Państwa, eksperci rynku, a także członkowie kolejnych zarządów państwowego monopolisty powtarzali, jak pacierz zdania o konieczności posiadania większych pojemności magazynowych.

Dlaczego nic się nie działo? Dlatego, że dla PGNiG był to interes nieopłacalny, a polskie przepisy regulujące sprawy ustalania szeroko pojętych taryf gazowych demotywowały do działania.

Wystarczy napisać, że stopa zwrotu z kapitału dla podziemnych magazynów gazu wyznaczona przez Urząd Regulacji Energetyki w I poł. 2006 r. wynosiła 1,5 proc. Kiedy weszła w życie ustawa o zapasach z 07.02.2007 r., w której minimalna (to ważne słowo) stopa zwrotu z zainwestowanego kapitału została ustalona na 6 proc., a precyzyjną metodologię jej liczenia ustala rozporządzenie (obecnie wynosi ona dla magazynów PGNiG około 11 proc.), to jak za dotknięciem czarodziejskiej pałeczki ruszyła rozbudowa istniejących, należących do PGNiG podziemnych magazynów gazu. Wystarczyło zmienić regulację i to co było wiele lat niemożliwe stało się możliwe.

Na rynku energii elektrycznej jest podobnie. To regulacja, a nie własność była, jest i będzie głównym czynnikiem rozwoju lub atrofii – na nasze nieszczęście przez wiele lat atrofii – branży elektroenergetycznej. Nawet jednak przy złej regulacji ważne są kadry, które na górze często się zmieniają (co wiedział nawet taki Maliniak w „Czterdziestolatku” mówiąc: „Ja swego syna to nigdy nie dałbym w dyrektory. Bo Ci na górze, to często się zmieniają”).

W 2002 r. prezes Południowego Koncernu Energetycznego (PKE) Jan Kurp zaczął forsować decyzję o budowie bloku 400 MW w elektrowni w Łagiszy. Cena 1 MWh wyznaczana przez prezesa URE w tamtym czasie wynosiła około 115 zł. Z biznesplanów wynikało, że – by inwestycja była opłacalna – ta cena powinna wynosić około 155 zł za MWh.

Trudno oczekiwać nowych inwestycji kiedy zyski ze starych nie są imponujące i nie istnieją żadne mechanizmy uprawdopodobniające zwrot z inwestycji. Różni przedstawiciele branży stukali się wtedy po głowach patrząc na te relacje cenowe i twierdzili, że elektrownia nie powstanie, bo to nie ma ekonomicznego sensu. Jak to zwykle w życiu bywa nie brakowało „życzliwych”, którzy przy różnych okazjach sączyli przedstawicielom państwa argumenty za bezsensownością takiej decyzji. Stało się inaczej, po długich trudach i bojach PKE uzyskał od właściciela zgodę na budowę elektrowni Łagisza II. Argumenty zarządu PKE opierały się nie na tym co jest dziś, ale na tym co będzie kiedy ta elektrownia powstanie. Ktoś patrzył w przyszłość.

Ponadto pierwszy blok w Łagiszy pochodził z lat 60-tych i wskazywał stopień dekapitalizacji technicznej zgodny z wiekiem, co oznaczało, że długo już nie popracuje. PKE przy takich relacjach cenowych musiał w trakcie realizacji projektu wykazać się znacznie większym wkładem własnym i zabezpieczeniami w stosunku do kredytodawców. Minęło kilka lat, Łagisza II w momencie oddawania do użytku w pod koniec 2009 r. była projektem opłacalnym, cena za 1 MWh wynosiła prawie 200 zł.

Budowa Łagiszy jest jednym z niewielu rodzynków z naszym energetycznym zakalcu

W mediach można było wiele razy przeczytać, jak duże środki z funduszy UE przeznaczymy na „zieloną” energetykę. Było tego 1,5 mld zł, które miały służyć jako dofinansowanie budowy nowych źródeł odnawialnych.

Większość się z tego raduje, a ja się smucę. Wsparcie w Polsce dla energetyki „zielonej” już istnieje i jest duże – w 2010 r. Polska miała najlepszy (dający najwięcej kapitału) system wsparcia budowy elektrowni wiatrowych, za rok 2011 jestem przekonany, że będzie podobnie. Dofinansowania z UE otrzymują projekty najlepsze (chociaż patrząc, na którym jesteśmy miejscu na świecie jeżeli chodzi o korupcję można mieć uzasadnione wątpliwości  czy na pewno wszystkie projekty, które otrzymają wsparcie z UE będą najlepsze). To powoduje, że dobre projekty, które i tak by się spłaciły w określonym terminie i przynosiły profity właścicielom, teraz będą przynosiły jeszcze większe profity – wydane środki z UE zwiększą tylko zyski z danej inwestycji, ale nie spowodują, że tych inwestycji będzie więcej (mam przede wszystkim na myśli inwestycje w farmy wiatrowe).

Pieniądze z UE blokowały rozpoczęcie inwestycji, które już dawno byłyby rozpoczęte. Wszyscy chcieli otrzymać dofinansowanie więc wstrzymywali się z decyzjami i aplikowali o unijny grosz. Było jak w Biblii „wielu powołanych, niewielu wybranych”, ale wszyscy mieli nadzieję, że zostaną wybrani.

Dlaczego wreszcie nie przeznaczyliśmy pieniędzy z UE na rozwój sieci dystrybucyjnych energii elektrycznej, skoro wiemy, że stan polskich linii energetycznych jest zły oraz, że będą budowane źródła energii odnawialnej (OZE), które trzeba będzie do czegoś podłączyć?

Obecnie wiele lokalizacji pod nowe OZE nie będzie możliwych do zagospodarowania, gdyż nie będzie ich do czego podłączyć. Inwestorzy nie chcą (i nie będą chcieli) budować na własny koszt np. 30 czy 40 km linii 110 kV. Tam gdzie w Polsce panują dobre warunki wiatrowe (Suwalszczyzna,  pas wzdłuż wybrzeża), tam brakuje sieci. pieniądze poszły jednak na wiatraki. Ponadto sieci służyłyby nie tylko OZE, ale wszystkim mieszkańcom i podmiotom gospodarczym, do których by dochodziły, a wydane na nie środki służyłyby społeczeństwu a tak służyły będą wybranym ze społeczeństwa.

Otwarta licencja


Tagi


Artykuły powiązane

Rosyjski udział w kłopotach energetycznych Europy

Kategoria: Analizy
UE dyskutuje o sposobach wyjścia z kryzysu energetycznego, a Rosja ma gotową diagnozę i jednoznacznie wskazuje na źródła wzrostu cen oraz sposoby walki z drogim gazem. W świetle faktów „troska” Rosji, głównego beneficjenta i w dużej mierze sprawcy obecnej sytuacji, budzi jednak wątpliwości.
Rosyjski udział w kłopotach energetycznych Europy

Energiewende, czyli jak Niemcy nawarzyli sobie piwa

Kategoria: Analizy
Od ogłoszenia z pompą przez Niemcy Energiewende wiele się zmieniło: fotowoltaikę zawłaszczyły Chiny, wabiąc inwestorów hojnymi dotacjami, a rozbudowa farm wiatrowych straciła impet. Mimo to Niemcy nie zwalniają tempa i stawiają sobie ambitny cel klimatyczny: zero emisji do 2050 r.
Energiewende, czyli jak Niemcy nawarzyli sobie piwa

Sprawa klimatyczna – obowiązki Zachodu, powrót do energii atomowej

Kategoria: Analizy
Wierzymy, że problem z energią i klimatem nie jest być może tak wielki, jak mówią, bo uratują nas wiatry, słońce, wodór i wynalazki do wynalezienia już niedługo. Mówią też jednak, że nadzieja jest  matką głupich. I mogą mieć rację, bo problem jest globalny, a realizacja – niestety - narodowa.
Sprawa klimatyczna – obowiązki Zachodu, powrót do energii atomowej