Trzeba uważać, by odbicie nie trwało tylko chwilę

Spośród krajów G8 Kanadę dotknął kryzys w najmniejszym stopniu.  Przyczyniła się do tego konserwatywna polityka kredytowa banków oraz wysokie ceny ropy i metali. W końcu ub.r. gospodarka zaczęła zwalniać wskutek deficytu handlowego, ale od II kwartału 2009 r. mamy tendencję wzrostową. Mimo zagrożenia inflacją Bank of Canada nie podniósł stóp procentowych. Bo wzrost gospodarczy jest dziś ważniejszy.

Brytyjski ekonomista i filozof David Hume, przez niektórych historyków nazywany ojcem kanadyjskiego dolara, był jednym z tych, którzy wynegocjowali międzynarodowe porozumienie w sprawie naszej waluty, i uchronił nas przed niebezpieczeństwem utraty jej wartości, inflacji. Było to po wojnie francusko-brytyjskiej, którą zakończyło podpisanie traktatu paryskiego w lutym 1763 r.

Tuż przedtem Kanada przeżyła silny atak spekulacyjny – inwestorzy krótkoterminowi wykupywali masowo karty, które były rodzajem obligacji i inne papiery wartościowe. Brytyjscy kupcy przyjmowali papierowe pieniądze, ale obniżali ich wartość do 85 proc. Wówczas Hume pomógł wynegocjować umowę z Francją i Wielką Brytanią, która przyczyniła się do umocnienia naszej waluty. Miał wtedy powiedzieć, że ta waluta będzie najwiarygodniejsza na świecie.

Nie wypada mi oceniać, czy tak się stało. Ale decyzja Banku Kanady 18 stycznia br., by nie podnosić stóp procentowych, na pewno przyczyni się w dłuższej perspektywie, 1-2 lat, do umocnienia kanadyjskiego dolara. Dlaczego?

Należę do tych ekonomistów, którzy uważają, że stopy procentowe powinny być podniesione nieznacznie, o pół, a nawet jedną czwartą punktu procentowego, w czwartym kwartale tego roku. Choć presja inflacyjna jest rzeczywiście bardzo wysoka.

Mimo że większość ekonomistów z Wall Street nie widzi niebezpieczeństwa wzrostu cen w tym roku, reszta, jeśli nie mówi tego głośno, to na pewno jest przekonana o tym, że może się to zdarzyć. Chińczycy wciąż boją się, że ich biliony dolarów zgromadzone w papierach wartościowych mogą mocno stracić na wartości. Spadek wartości stopy wymiany dolara również jest dowodem, że istnieją obawy przed wysoką inflacją w USA.

Zasadniczym powodem tych obaw jest olbrzymi stopień płynności, którą stworzył Fed w pod koniec 2008 i na początku 2009 roku. Wiekszość ekonomistów, także keynesistów, zgadza się, że ilość pieniędzy na rynku określa poziom cen w dłuższej perspektywie. Znaczący wzrost podaży pieniądza w stosunku do ilości towarów i usług nie może skutkować niczym innym, tylko wyższymi cenami. I nigdy nie było takiego wzrostu podaży pieniądza, odkąd Fed rozpoczął akcję odmrażania rynków kredytowych i ratowania gospodarki – oczywiście poprzez zwiększanie podaży dolara.

Ten nowy pieniądz jeszcze nie wpłynął na wzrost cen. Powodem jest spadek prędkości pieniądza, czyli wielkość obrotów dolarem w ciągu roku. Nikt nie jest przekonany jednak, że te spadki są trwałe. Kiedy trend się odwróci, ponad 1 bln dodatkowych rezerw, które wytworzył Fed, może stać się motorem wzrostu cen.

Pogląd niektórych, że inflacja nie jest możliwa w obecnych warunkach, powoduje przyjęcie dwóch błędnych założeń. Pierwsze, które jest przywoływane przez zwolenników Keynesa: ceny nie mogą wzrosnąć w szybkim tempie, jeśli jest jeszcze tak dużo zdolności produkcyjnych. Wydaje się, że Fed i inni zapomnieli o słowie stagflacja. Doświadczyły jej w latach 70. przede wszystkim Stany Zjednoczone, ale również Kanada  i Europa.  Wówczas składały się na nią inflacja, stagnacja aktywności gospodarczej, a także wysokie bezrobocie. Inflacja się napędzała sama. W obawie przed wzrostem cen towarów ludzie je wykupywali. W ten sposób popyt podnosił ceny towarów i napędzał wzrost płac, co powodowało   kolejny wzrost cen i tak koło się zamykało. Rosnące bezrobocie wymagało większów nakładów socjalnych, co skutkowało wzrostem deficytu. A to wpływało na wzrost stóp procentowych i kosztów kredytów inwestycyjnych i konsumpcyjnych. Wraz ze wzrostem stóp procentowych i cen energii aktywność gospodarcza zmalała niemal do zera. I bezrobocie wzrosło jeszcze bardziej.  Taka stagnacja, której częścią jest inflacja, może mieć jeszcze miejsce.

Drugie założenie sprowadza się do przekonania, że Fed wyssa z systemu całą płynność, kiedy prędkość i mnożnik pieniądza wrócą do swojego poziomu. Jednak polityczna dynamika wskazuje, że dzieje się coś innego. Czy Fed naprawdę będzie miał odwagę i znajdzie się wola polityczna, by wstrzymać słaby rozwój gospodarczy w celu zapobiegnięcia potencjalnej inflacji?

Do tego wydaje się zmierzać Ben Bernanke. Takie działania chciał podjąć Fed w latach 60., w czasie wielkiej inflacji. Warto tu przywołać opinię prof. Allana Meltzera, autora historii Fed, który twierdzi, że każde działanie Fed w celu powstrzymania inflacji podnosiło stopę bezrobocia. Jedynym, który odniósł sukces w walce z inflacją, był Paul Volcker. W latach 80. musiał stoczyć bój z całym amerykańskim Kongresem o utrzymanie 10-procentowej stopy bezrobocia. Wydaje się, że Ben Bernanke nie będzie miał takiej szansy, bo zbliżają się wybory uzupełniające. Chyba że opinia publiczna stwierdzi, że poważniejszym problemem niż bezrobocie jest inflacja.

Dlaczego więc bank Kanady utrzymał niskie stopy procentowe, które mogą w ekstremalnym przypadku być małym kamyczkiem, który uruchomi lawinę inflacji?

Gospodarka Kanady nie została dotknięta kryzysem w takim stopniu jak inne kraje. Uderzył w nas tylko mały szrapnel eksplozji bomby recesji w USA.

Są dwa powody, dla których tutaj nie było tej katastrofy. Po pierwsze, banki kanadyjskie zachowywały się bardzo konserwatywnie, udzielając wszelkiego rodzaju kredytów – zwłaszcza hipotecznych. Nie mieliśmy problemu odsprzedaży kredytów lub ich części jako nowych produktów na rynku finansowym, tzw. sekuratyzacji, bo nasze prawo na to nie zezwalało. Obecny kryzys związany z kredytami wiąże się ze wzrostem cen nieruchomości, zwłaszcza w Toronto, Montrealu i okolicach.

Po drugie, nasza gospodarka oparta jest na produkcji energii i wydobyciu surówców, a także na eksporcie metalu. W 2009 r. ceny ropy były relatywnie wysokie w lipcu, sierpniu i październiku. Także w 2010 r. nie przewiduje się wielkich spadków.

To nie oznacza jednak, że ta katastrofa w nas jeszcze nie uderzy, z czego analitycy Bank of Canada zdają sobie sprawę. Wciąż problemem jest bezrobocie i deficyt.

W latach 2004-2007 mieliśmy wysoki wzrost gospodarczy. Zeszły rok był dla nas najgorszy od 1982, kiedy mieliśmy wzrost 2,9 proc. PKB.

Mimo że stopa bezrobocia jest niższa niż w USA, ale w Kanadzie jest  najwyższa od 1991 r. Wzrosła z 6,1 proc. w 2008 do 8,3 w 2009.  Zdarzyło się także coś wyjątkowego w dziejach Kanady. Za każdym razem, gdy uderzał w nas kryzys, prowincja Ontario miała najniższą stopę bezrobocia ze względu na różnorodność biznesu. W 2009 r. prowincja Ontario była jednym z regionów najbardziej dotkniętych bezrobociem.

Trapi nas także deficyt budżetowy. Jest dużo niższy niż w innych krajach, ale wyniesie w tym roku 2,4 proc. PKB.

A zatem Bank of Canada wysyła sygnał reszcie świata, że tradycyjne działania na rzecz powstrzymania inflacji, nawet jeśli jej niebezpieczeństwo jest wysokie, dziś muszą być przemyślane na nowo. Wzrost gospodarczy jest dziś ważniejszy.  Choć w Kanadzie najgorsze już za nami, bo największy spadek miał miejsce w II kwartale 2009 r., a potem następował już nieznaczny wzrost, to jednak istnieją obawy o utrzymanie się tej tendencji. Rynek nieruchomości się umacnia. Wartość giełdy wzrośnie o 30 proc. w tym roku. Wiele ze zniżek podatkowych, które były częścią kanadyjskiego pakietu stymulacyjnego, już funkcjonuje. Czekamy na rezultaty inwestycji, projektów strukturalnych – przyrost nowych miejsc pracy i wzrost gospodarczy.

Nie tylko Kanada, ale duża część gospodarek światowych wciąż musi uważać, by to nieznaczne odbicie nie trwało tylko przez chwilę.

David Orr – ekonomista.  Wykłada finanse na Uniwersytecie w Calgary. Był doradcą rządu kanadyjskiego w 2000-2007.


Tagi


Artykuły powiązane

Notatka dla prezydenta Nixona i jej dalekosiężne skutki

Kategoria: Analizy
W tym tygodniu odbywa się doroczne sympozjum w Jackson Hole, organizowane przez oddział amerykańskiego banku centralnego z Kansas City. Czego tym razem dowiemy się z wypowiedzi ekonomistów i przedstawicieli Fed? Zapewne jednym z tematów będzie popandemiczny wzrost cen w USA i na świecie.
Notatka dla prezydenta Nixona i jej dalekosiężne skutki

Makroekonomiczny dom zbudowany przez Roberta Mundella

Kategoria: VoxEU
Paul Krugman opisuje ewolucję wkładu Mundella do myśli i polityki ekonomicznej, począwszy od jego wczesnych przełomowych modeli, które wciąż są fundamentem nowoczesnej makroekonomii międzynarodowej, aż po jego późniejsze poglądy, które były bardziej kontrowersyjne i wywarły mniejszy wpływ na nauki ekonomiczne.
Makroekonomiczny dom zbudowany przez Roberta Mundella