USA w japońskiej pułapce

18.10.2011
Czy Stany Zjednoczone powtórzą japoński scenariusz i zapomną co znaczy „dynamiczny wzrost PKB”, pogrążając się w stagnacji, jak japońska gospodarka, która jest w tym stanie od dwóch dekad? Wiele na to wskazuje. Doprowadzić do tego może bardzo podobna polityka antykryzysowa.
Replika pierwszej siedziby Hondy w USA. (CC BY-NC-ND Honda)

Replika pierwszej siedziby Hondy w USA. (CC BY-NC-ND Honda)

Replika pierwszej siedziby Hondy w USA. (CC BY-NC-ND Honda)

Japończycy nas wykupią! – grzmiały nagłówki amerykańskich gazet w latach ’80. Stopa wzrostu japońskiej gospodarki rzadko wówczas spadała poniżej 4 proc. rocznie, skośnoocy inwestorzy zaczęli śmiało zaglądać na Wall Street, a firmy z Kraju Kwitnącej Wiśni – przekonywać do siebie Amerykanów. Wróżono, że w przyszłości to właśnie Japonia będzie największą gospodarką świata.

Jak to? USA dopiero na drugim miejscu? Tej wizji przestraszył się nawet Ronald Reagan, który – mimo swoich wolnorynkowych poglądów – zaczął stosować politykę protekcjonistyczną. Wprowadził nawet cła na wwożone do USA motory, chcąc w ten sposób ochronić klasycznego Harleya Davidsona przed Hondą, Yamahą, Kawasaki, czy Suzuki.

A jednak w drugim kwartale 1991 r. Japońska ekonomia uderzyła w mur. Produkcja przemysłowa zaczęła maleć, wzrost gospodarczy spowalniać, a indeksy giełdowe lecieć na łeb na szyję. Jeśli przed 1991 r. 4 proc. wzrost PKB był w Japonii tylko zadowalający, to po tej dacie był – rzadko osiąganym – szczytem możliwości. W wyścigu z USA zaczął liczyć się odwieczny wróg polityczny Japonii – Chiny.

Jak to możliwe, że tak nagle skończył się japoński sen o wielkości i co to ma wspólnego z obecną sytuacją ekonomiczną Stanów Zjednoczonych?

Geneza kryzysów

Wzrost japońskiej gospodarki w końcu lat ‘80 tylko częściowo animowany był „niewidzialną ręką rynku”, czyli uwolnieniem tamtejszej gospodarki. W dużej mierze tę ówcześnie dynamicznie rosnącą i – jak się w końcu okazało – przegrzaną gospodarkę, napędzał… Bank Centralny Japonii. Jego polityka pieniężna, polegająca na utrzymywaniu niskich stóp procentowych, sztucznie kreowała wzrost.

„W ciągu czterech lat, od 1987 do 1991 r., doszło w Japonii do olbrzymiej ekspansji pieniężnej i kredytowej. W jej wyniku choć ceny dóbr konsumpcyjnych rosły o 1-3 proc. rocznie, to ceny środków trwałych, zwłaszcza ziemi, nieruchomości, dzieł sztuki i biżuterii wzrosły niebotycznie, a odpowiednie rynki weszły w fazę spekulacyjną”, opisuje narodziny japońskiej bańki hiszpański ekonomista Jesus Huerta de Soto w książce „Pieniądz, kredyt bankowy i cykle koniunkturalne”. Mechanizm kryzysu był więc względnie prosty. Tani pieniądz budził nadmierny entuzjazm inwestorów wobec inwestycji, które w dużej mierze z czasem okazywały się bardzo nietrafione. Gdy ludzie pojęli jak bardzo przeszacowano potencjalne zyski, bańka pękła. Nikt już więcej inwestować nie chciał. Od 1991 r. giełda japońska straciła ponad 50 proc. w porównaniu z okresem największej prosperity, upadło wiele firm (choćby Sanyo) i banków, bezrobocie znacznie wzrosło, zaś zadłużenie budżetu państwa przekroczyło 220 proc. PKB.

Podobnie wygląda historia wzrostu Stanów Zjednoczonych. Od lat ’80, a więc od czasów Reagana, aż do symbolicznej daty 15 września 2008 r. (upadek banku Lehman Brothers), Stany Zjednoczone przeżywały rozkwit gospodarczy. Nie zaliczyły w tym czasie żadnego naprawdę poważnego kryzysu z wyjątkiem krótkiej recesji w 1991 r. i pęknięcia bańki na rynku internetowym w 2001 r. Niestety, amerykański wzrost nie był dzieckiem wyłącznie słynnej „reaganomiki”, czyli polityki polegającej przede wszystkim na deregulacji rynków finansowych i obniżaniu podatków. Tutaj również swoje bardzo ważne „trzy grosze” dorzucili bankierzy centralni USA.

Najpierw Paul Volcker dopuścił do tego, by kwoty, którymi mógł dysponować amerykański system bankowy rosły o 14,5 proc. rocznie. Potem zaś (w 1987 r.) szefem Rezerwy Federalnej został Alan Greenspan. W ocenie ekonomistów był on nawet mniej roztropny niż Volcker i odchodząc w styczniu 2006 r. ze stanowiska, zostawił po sobie podaż pieniądza M3 (suma wartości m.in. gotówki, czeków podróżnych, depozytów płatnych na żądanie i depozytów oszczędnościowych…) zwiększoną z 3,5 bln dolarów do ponad 10 dolarów. Za rządów Greenspana roczna stopa wzrostu podaży pieniądza znacznie wyprzedzała stopę wzrostu PKB. Polityka Bena Bernanke, który został jego następcą, nie jest pod tym względem znacząco odmienna, jest zasadniczo podążaniem w tym samym kierunku. Świadczy o tym utrzymywanie stóp procentowych tak niskich, że – po uwzględnieniu inflacji – są ujemne. Co to oznacza? To oznacza, że kredyt w Stanach Zjednoczonych jest (teoretycznie) właściwie za darmo.

Niekończąca się terapia

W jakiej kondycji gospodarczej znajdują się właściwie obecnie Stany Zjednoczone? Niezbyt dobrej. W 2007 r. wzrost PKB wyniósł niecałe 2 proc., w 2008 r. i 2009 r. mieliśmy do czynienia z recesją, zeszły rok to 3 proc. wzrostu, a w tym i przyszłym roku gospodarka USA ma urosnąć jedynie o niewiele ponad 1,5 proc. (prognozy MFW). Bardziej niż MFW pesymistyczni są Carmen i Vincent Reinhart, wybitne małżeństwo ekonomistów. W swojej pracy „Po upadku”, zaprezentowanej w zeszłym roku na konferencji amerykańskiego banku centralnego w Jackson Hole, przewidują, że przez najbliższą dekadę wzrost PKB USA nie przekroczy 2 proc.

Wszystkie te prognozy poparte są bardzo negatywnymi informacjami o bezrobociu w USA. We wrześniu stopa bezrobocia wciąż była wysoka i wynosiła 9,1 proc. Od 2009 r. tylko raz spadło poniżej tego poziomu, a przecież przez ostatnie 60 lat średnie bezrobocie w USA to tylko 5,7 proc. Dodatkowo – podobnie jak po wybuchu kryzysu w Japonii – spadają średnie dochody amerykańskich gospodarstw.

– Stany osiadły na ekonomicznej mieliźnie. PKB przecież nie mierzy wszystkiego. Na przykład inwestycji w kapitał ludzki, czyli przede wszystkim szkolenia nowych pracowników. One dramatycznie spadły – przekonuje konsekwentnie od początku kryzysu ekonomista, laureat Nagrody Nobla, prof. Edward Prescott.

Czy USA rzeczywiście powtarza japoński scenariusz? Jak twierdzi Gary Schilling w artykule „Czy amerykańska gospodarka podąża za japońską?”, zamieszczonym w amerykańskim wydaniu „Forbesa”, nawet reakcje władz obu krajów na kryzys są bardzo podobne.

„Japonia wydała mnóstwo pieniędzy na ekonomicznie wątpliwie zabiegi takie, jak wykładanie płytami den rzecznych, czy budowanie niepotrzebnych mostów. Czy to różni się znacznie od 814 mld dolarów, które rząd USA wyasygnował na potrzeby pakietu stymulującego gospodarkę?”, pyta retorycznie Schilling i wskazuje na kolejne podobieństwa między USA i Japonią. Według niego na przykład ostatnie obniżenie ratingu kredytowego dla USA przez S&P można porównać do pierwszego cięcia ratingu Japonii z 1998 r., a polityka „poluzowania ilościowego” (quantitative easing), którą stosują obydwa kraje wynika z tej samej przyczyny: pułapki płynności (liquidity trap). Banki po prostu nie chcą już pożyczać pieniędzy, które… mają. Jednak nadzieja, że wrzucenie bankierom do kieszeni jeszcze wyższych kwot zachęci ich do podejmowania ryzyka póki co okazuje się płonna. W Japonii – od 20 lat. W USA – od 3 lat.

Ekonomiści wskazują jednak, że istnieje pewna „fundamentalna” różnica między antykryzysową polityką USA i Japonii. Stany Zjednoczone robią wszystko to, co Japonia, ale w szybszym tempie.

– FED obciął stopy procentowe w niecałe 2 lata po wybuchu kryzysu, Bankowi Japonii udało się to dopiero po 6 latach. Stymulacja fiskalna również była szybsza i mocniejsza w USA – twierdzi Stephanie Flanders, analityk ekonomiczny BBC.

Jednak czy podążanie szybciej, w kierunku horyzontu, przybliża nas do niego? A stymulowanie gospodarki tak, by uruchomić ponownie akcję kredytową, stworzyć miejsca pracy i w efekcie pobudzić popyt wewnętrzny to polityka niemal czysto keynesowska i przypominająca właśnie bieg w stronę horyzontu.

Tylko jedno lekarstwo

Gdzie więc szukać wyjścia z sytuacji? Zdaniem wielu wolnorynkowych ekonomistów Stany Zjednoczone powinny skupić się przede wszystkim na skutecznym oddłużeniu swojego budżetu, a samą gospodarkę – razem z sektorem bankowym – zostawić w spokoju. Powinny też zlikwidować po drodze quasi-publiczne instytucje hipoteczne, które przyczyniły się do wybuchu kryzysu w 2008 r. Generalnie powinny więc zrobić to, do czego 9 lat temu przekonywał Japonię ekonomista Benjamin Powell: zamiast sztucznie kreować popyt, należałoby po prostu pozwolić gospodarce samej dostosować się do potrzeb konsumentów. W ten sposób z czasem sytuacja wróciłaby do normy i znów pojawiłby się stabilny wzrost.

W 2002 r. Powella i jemu podobnych „skrajnych liberałów” nikt nie posłuchał. Niestety, biorąc pod uwagę obecną sytuację polityczną w USA i coraz mocniej dające się we znaki antykapitalistyczne nastroje wątpliwe jest, by” Amerykanie zdecydowali się na „leseferyzm. Zwłaszcza, że obecnie słuchani z największą atencją są ci ekonomiści, którzy przekonują – jak noblista Paul Krugman – że fiskalno-monetarne lekarstwo nie działa tylko dlatego, że zaaplikowano je w zbyt małej dawce.

Tak więc najpewniej Ben Bernanke wciąż będzie kręcił wajchą prasy drukarskiej, a kolejni prezydenci – mimo olbrzymiego deficytu budżetowego – będą tworzyć nowe pakiety fiskalne. Tylko, czy po latach nieudanych eksperymentów i skazaniu świata na gospodarczy marazm, politycy znów będą obwiniać „chciwość kapitalistów” i brak wystarczających regulacji?


Tagi


Artykuły powiązane