Uspołecznić roboty! Zanim one zahamują postęp

14.04.2020
Obecny kryzys jeszcze wzmocni presję na dalszą automatyzację rozwiniętych gospodarek. Czy da się sprawić, żeby robotyzacja nie zamieniła naszego świata w jeden wielki kapitalistyczny obóz ciężkiej pracy?
Robot Pepper w supermarkecie w Niemczech (Sascha Steinbach, PAPEPA) (1)

Robot Pepper w supermarkecie w Niemczech (©Sascha Steinbach, PAP/EPA)

Robot Pepper w supermarkecie w Niemczech (©Sascha Steinbach, PAP/EPA)

Niejeden czytelnik powie pewnie, że moment na to nienajlepszy. Bo jakże tu w ogóle zastanawiać się nad dalekosiężnymi skutkami automatyzacji. Przecież nawet nie wiadomo, co będzie dalej z realnym życiem po pandemii. A gdzież tu myśleć o autonomicznych autach, cyborgach humanoidach czy samouczących się maszynach?

A jednak myśleć o tym musimy. I to nawet intensywniej niż dotychczas. Pewne jest przecież, że koronakryzys jeszcze przyspieszy pęd ku dalszej automatyzacji. To naturalny mechanizm widoczny w całej historii gospodarczej świata. Zazwyczaj szok po stronie podaży pracy (spowodowany np. wojną albo epidemią) przynosił ze sobą nową falę zainteresowania pracooszczędnymi technologiami. Nie ma powodów, by tym razem było inaczej.

Wizja sterylnych fabryk albo magazynów logistycznych, gdzie czynnik ludzki został ograniczony do minimum, była przecież bardzo nęcąca już przed wybuchem pandemii. A wielkie koncerny – choćby Amazon czy Google – stale i sowicie w automatyzację inwestowały. O ileż bardziej będzie ich to pociągało po obecnym kryzysie, w którym wielu producentów doświadczyło przecież realnych przestojów właśnie z powodu podatności swoich pracowników na zarażenie koronawirusem. Albo usługi. Przecież gdyby w czasie pandemii ktoś dysponował sprawnym, sprawdzonym i zakrojonym na szeroką skalę systemem w pełni zautomatyzowanej obsługi kurierskiej (choćby poprzez flotę dronów albo botów), nie straszne by mu były żadne ograniczenia ani opóźnienia związane z nagłym skokiem ilości zamówień. Starczyłoby tylko wypuścić na ulice więcej automatów. A przecież to dopiero początek. Wyobraźmy sobie na przykład, że zamiast ratowników medycznych czy lekarzy pierwszego kontaktu pierwszą diagnozę mogłaby postawić maszyna. Albo może się ona sprawnie i bezpiecznie opiekować zakażonymi wirusem. Czy nie byłaby to nęcąca oferta dla przeciążonych pandemią systemów opieki zdrowotnej? Przykłady można mnożyć.

Rolnictwo czeka renesans

2010-2020: świt robotów

Za nami dekada, gdy robotyzacja dostała turboprzyspieszenia i padło parę granic, które jeszcze jakiś czas temu wydawały się dla automatów nie do sforsowania. Spójrzmy na rolnictwo. Z perspektywy nowego zautomatyzowanego świata ta dziedzina gospodarki wydaje się nieciekawa. Wręcz nudna. Co było tu do zautomatyzowania, już dawno zautomatyzowane zostało. A jednak. W 2019 roku kalifornijska firma Abundant Robotics ogłosiła, że nowozelandzki koncern rolniczy T&G Global będzie używał ich automatów do zbierania jabłek. Podobne roboty stworzyli również Chińczycy.

Dlaczego to ważne? Bo zbiór owoców (jabłek, śliwek czy cytrusów) jakoś przez całe dekady automatyzacji się opierał. Wymagając niedostępnej maszynom delikatności, zręczności i koordynacji. Teraz jednak szacuje się, że upowszechnienie tej technologii to perspektywa maksimum końca dekady. W perspektywie krajów takich jak Polska, gdzie zatrudnionych w rolnictwie wciąż jest ok. 11 proc. siły roboczej (głównie przy rzeczonym zbiorze owoców), to trend niezwykle istotny.

Światowym liderem automatyzacji jest Korea Południowa.

Idźmy dalej. Na temat robotyzacji produkcji przemysłowej nie warto chyba się chyba rozwodzić. Dość powiedzieć, że w ciągu minionej dekady współczynnik automatyzacji (liczba robotów przemysłowych na 10 tys. zatrudnionych w gospodarce) rósł w Azji o 9 proc. rocznie. W Ameryce o 7 proc. W Europie zaś o 5 proc. Światowy lider na tym polu to Korea Południowa. W 2014 r. miała 360 robotów przemysłowych na 10 tys. zatrudnionych. Dziś jest ich już grubo ponad 700.

Automatyzacja usług? Przeróżne paczkomaty, samoobsługowe kasy w sklepach czy terminale na lotniskach stały się w międzyczasie codziennością na temat której nie warto strzępić sobie nawet języka. Dużo ciekawsze jest jednak to, że pod koniec minionej dekady roboty zaczęły się pojawiać w miejscach, w których jeszcze niedawno ludzkie „miękkie kompetencje” wydawały się nie do zastąpienia. Robotyzacji miała nie podlegać na przykład branża gastronomiczna. Bo przecież nikt tak, jak człowiek nie przygotuje smacznej i aromatycznej kawy. W 2017 roku firma Cafe X Technologies ogłosiła, że we współpracy z kilkoma sieciami kawiarni wprowadza na rynek robota baristę. A przecież ów robobarista to zaledwie dość sprawny wysięgnik – bardzo przypominający swym wyglądem automaty używane choćby w fabrykach samochodów czy sprzętu AGD.

W Japonii istnieją domy opieki, gdzie ludzie i roboty pracują ramię w ramię przy opiece nad chorymi.

A co jeśli pójdziemy krok dalej i zastąpimy go humanoidem, czyli maszyną, która wygląda i zachowuje się łudząco podobnie do człowieka? Już w 2010 roku laboratorium Hiroshiego Ishigury stworzyło pierwszego telenoida – zdalnie sterowanego androida, który ma imitować człowieka. W 2015 roku kolejna wersja tej technologii – Geminoid F – zagrał jedną z głównych ról (kobiecych) w japońskim filmie fabularnym „Sajonara”. Z robotem (w zasadzie robotką) Nadine (zbudowanym w roku 2013) można już nawet uciąć sobie pogawędkę, bo potrafi ona zapamiętać, że już kiedyś z nią rozmawialiśmy i do tej rozmowy nawiązać. Sophia (stworzona w roku 2015 roku) przez tę samą hongkońską Hanson Robotics jest jeszcze inteligentniejsza – potrafi udzielać wywiadów, a nawet żartować. Z kolei firma Garner Holt Inc. z San Bernardino w Kalifornii to pionier produkcji animatroidów. Nie są one zbyt mądre, ale potrafią naśladować ludzkie ruchy i mimikę do tego stopnia, że można się wcale nie zorientować, że mamy do czynienia z maszyną (szczególnie imponujące są konstrukcje z lat 2017-2018). To bardzo nęcąca oferta dla branży opiekuńczej. W Japonii istnieją już domy opieki, gdzie ludzie i humanoidy pracują ramię w ramię przy opiece nad chorymi – np. na Alzheimera.

Nowa fala automatyzacji

Na tym przykładzie widać ważną cechę najnowszej fali automatyzacji, odróżniającą ją od fal poprzednich. Oto robotyzacja wchodzi w coraz to nowe segmenty ludzkiej aktywności – uważane dotąd za niepodatne na robotyzację. W tym sensie automatyzacja zaczyna budować alternatywę już nie tylko dla pracowników najsłabiej wykwalifikowanych, lecz śmiało wchodzi do miejsc uchodzących do tej pory za bastiony wyższej klasy średniej czy inteligencji technicznej.

Sztuczna inteligencja pomaga ubezpieczycielom

Sektor finansowy? Szacuje się, że 50 proc. handlu giełdowego prowadzone jest przez algorytmy. Automatyzacja medycyny? Sebastian Thrun (przez lata odpowiedzialny w Google’u za takie projekty jak autonomiczny samochód czy Street View) zwierzył się kiedyś, że chciałby zbudować „medyczny panoptykon”. Czyli sieć urządzeń i gadżetów (wanna, fotel samochodu, telefon), które towarzysząc nam każdego dnia stale monitorują nasze ciało pod kątem wczesnego wykrywania zaburzeń. Niewykluczona jest też automatyzacja samego procesu leczenia, na przykład prowadzenia operacji.

Kolejne jest prawo – tradycyjna domena cieszących się wysokim prestiżem społecznym i dobrze opłacanych profesjonalistów. W 2016 roku pojawił się tu ROSS. Program oparty o technologię sztucznej inteligencji IBM Watson, która asystuje prawnikom w przygotowaniu materiałów procesowych. Można z nim rozmawiać (program rozumie mowę naturalną) i uzyskiwać odpowiedzi nawet na bardziej złożone pytania prawne. Na mniejszą skalę ta sama technologia stoi za chatbotem DoNotPay (chatbot to automat, z którym rozmawia się tak naturalnie, że nie widząc go, trudno się zorientować, że nie rozmawiamy z żywym człowiekiem). Stworzył tę aplikację w 2015 r. młody amerykański przedsiębiorca Joshua Browder, a jej celem była pomoc w wykręceniu się od płacenia mandatów drogowych.

Opinia publiczna już dziś dużo lepiej reaguje na propozycje polityk publicznych opartych na „liczbach i algorytmach” niż na subiektywnym widzimisię ministra lub premiera.

W zasadzie nie ma żadnych przeciwności, by automaty (a w zasadzie algorytmy) nie stawały się też coraz bardziej zaangażowane w proces rządzenia i administrowania. Zastępując stopniowo na przykład policjantów (w Dubaju od 2017 ulice patrolują robopolicjanci), urzędników, a do pewnego stopnia także polityków. Opinia publiczna już dziś dużo lepiej reaguje przecież na propozycje polityk publicznych opartych na „liczbach i algorytmach” niż na subiektywnym widzimisię ministra lub premiera. Czy będzie to nadal demokracja to oczywiście pytanie zasadne i warte zasygnalizowania! A automatyzacja nauki? Dlaczego nie. Robot ADAM skonstruowany na Uniwersytecie w Aberdeen, który potrafi samodzielnie konstruować i sprawdzać naukowe hipotezy, skończył właśnie 10 lat. Jego młodsza siostra EVE była używana m.in. do badań nad zwalczaniem malarii.

Robotowa wolna amerykanka

W czasie minionej złotej dekady skala postępów w dziedzinie robotyzacji była olbrzymia. To fakt, z którym musimy się zmierzyć. W jego obliczu nie ma co wpadać ani w panikę, ani w naiwny zachwyt. Trzeba sobie po prostu uświadomić skalę wyzwania. To wyzwanie polega na znalezieniu politycznego i regulacyjnego oprzyrządowanie tego wyzwania. Na tym polu jest wiele do zrobienia, musimy nadrobić stracony czas. Tak się bowiem składa, że w trakcie „złotej dekady robotów” rozwój wypadków został puszczony na żywioł. Było to oczywiście w interesie sektora prywatnego, który w automatyzacji widział (widzi i będzie widział) źródło wielkich oszczędności (czyli zysku). Z punktu widzenia stabilności społecznej i politycznej kroczenie dalej tą samą drogą nie wróży to nam niczego dobrego.

Sztuczna inteligencja nie gra w kości. Na razie gra w piłkę

Dlaczego? Ekonomia liberalna ma oczywiście na wyzwania związane z automatyzacją z góry przygotowaną odpowiedź. Powiada ona, że strach konsekwencjami robotyzacji (czyli głównie przed wypieraniem ludzi z rynku pracy) to typowy przejaw „pułapki luddyzmu”. Pojęcie to pojawiło się jakąś dekadę temu, ale nawiązuje do dużo starszych prac nieco zapomnianego ekonomisty Davida Frederika Schlossa z końca XIX wieku. Dowodził on, że nie ma czegoś takiego jak stała liczba miejsc pracy. Zapotrzebowanie na robotę zależy od wielu rzeczy: od poziomu rozwoju gospodarczego czy też momentu w cyklu koniunkturalnym. A także od dostępnych technologii i oczywiście od popytu na pracę. W tym sensie praca nie może się wyczerpać tak, jak wyczerpują się inne zasoby.

Wyposażeni w wygodną tezę Schlossa (znaną jako „the lump of labour fallacy”) piewcy robotyzacji sięgają chętnie po wspomnienie ruchu luddystów. Luddyści byli – jak wiadomo – grupą zrewoltowanych rzemieślników z początków XIX wieku, którzy widząc, jak automatyzacja branży podkopuje ich biznes, organizowali napady połączone z niszczeniem maszyn tkackich. W tym obrazie luddyści to w najlepszym wypadku banda prostaczków, którzy próbowali zaprzeczyć świętej logice postępu. Nie wiedzieli naiwniacy, że mechanizacja wywoła tzw. efekt komplementarności. Czyli uwolni siły wytwórcze z jednej (schyłkowej) gałęzi gospodarki i przesunie je w kierunku nowych zajęć, w których kolejne pokolenia będą mogły znaleźć prace, zarobek, a nawet spełnienie.

Automatyzacja rynku pracy większym zagrożeniem dla mężczyzn

„Nie bójcie się postępu” – przekonywał w 2017 roku jeden z najbardziej doświadczonych inwestorów z Doliny Krzemowej Marc Andreessen. Dowodził, że co pół wieku ludzkość ogarnia panika, że praca się skończy. A jednak – jak dotąd – nie skończyła się nigdy. Weźmy autonomiczne samochody. Według Andreessena mogą one przecież doprowadzić do powstania exurbiów – czyli miast rozlanych jeszcze dalej niż dzisiejsze suburbia. Te miasta poza miastami trzeba będzie zbudować. Wniosek? Ludzie nie stracą pracy przez rozwój samojezdnego samochodu. Jedynie otworzą się przed nim nowe możliwości związane z poszerzoną mobilnością.

Robotyzacja jako hamulec rozwoju

Taka argumentacja aż prosi się jednak o krytyczna kontrę. Po pierwsze, warto wskazać na czasowe przesunięcie pomiędzy fazą niszczenia miejsc pracy, a odrodzeniem się ich w nowym miejscu w gospodarce. Proces ten trwa zazwyczaj więcej niż jedno pokolenie. Po drugie, zazwyczaj – owszem – miejsca pracy odradzają się, ale w nie w tym samym (geograficznie) miejscu. Po trzecie, nowe zawody wymagają innego zestawu kompetencji – ich przyswojenie wymaga czasu i zostawienia za sobą tego, kim się było wcześniej. Dla wielu – zwłaszcza starszych pracowników – jest to wyzwanie w praktyce skazujące ich na ekonomiczną i społeczną bezużyteczność. Zwłaszcza w systemie kapitalistycznych, gdzie (w większości przypadków) jesteś wart tyle, ile wynosi stawka, którą rynek zechce ci za twoje umiejętności zapłacić. Już z tych trzech powodów powinniśmy mieć dla luddystów więcej zrozumienia.

Konkurując z maszynami młodzi ludzie muszą godzić się na niższe płace lub większe obciążenie pracą.

Na dodatek automatyzacja tworzy coś, co australijscy ekonomiści Eduardo Pol i James Reveley nazwali niedawno „cyklem zubożenia”. Widocznym zwłaszcza wśród młodych ludzi. Działa to tak: kolejnym pokoleniom sprzedaje się ofertę edukacyjną w nadziei na lepszą pracą i uniknięcia negatywnych skutków robotyzacji. Ale uczenie się – jak większość inwestycji – kosztuje. Czasem trzeba za edukację płacić wprost (czesne), zawsze dochodzą do tego koszty pośrednie (utrzymanie w czasie studiów). Aby móc sobie na edukację pozwolić wielu studentów musi pracować. Ale tu pojawia się problem. Bo przecież postępująca automatyzacja zmniejsza popyt na pracę właśnie właśnie w tych zawodach, w których młodzi ludzie mogliby łączyć pracę z nauką, na przykład w usługach albo w gastronomii. To nie jest tak, że pracy nie znajdą. Problem polega jednak na tym, że konkurując z maszynami muszą godzić się na niższe płace lub większe obciążenie pracą, co w wielu przypadkach uniemożliwia (albo zasadniczo utrudnia) realizację edukacyjnych ambicji. I tak koło się zamyka. A robotyzacja w bezpośredni sposób hamuje przechodzenie siły roboczej z mniej do bardziej produktywnych gałęzi gospodarki.

Trzeba przeprogramować system

Ten hamulec postępu społecznego nie dotyczy tylko młodych. Tu krytyka automatyzacji spotyka się z marksizmem. Oczywiście Marks był zdecydowanym zwolennikiem postępu technologicznego. To właśnie różniło go na tle długiej tradycji myślicieli utopijnych postulujących powrót ludzkości do przedindustrialnego stanu natury. Niemiec chciał czegoś dokładnie odwrotnego – dowodził, że tylko śmiały skok technologiczny pozwoli przeskoczyć kapitalizm i wdrapać się ludzkości na wyższy poziom rozwoju społecznego i gospodarczego. Najlepiej widać to w słynnym (niedokończonym) fragmencie Wprowadzenia do krytyki ekonomii politycznej z 1853 r. Fragment ów dotyczy… maszyn i postuluje pełną automatyzację gospodarki. Bo tylko ona otworzy ludzkości drogę do pełni człowieczeństwa. Czyli do tego, by każdy mógł „rano polować, popołudniu łowić ryby, a wieczorem oddawać się krytyce literackiej. Czyli robić to, na co ma akurat ochotę. Bez konieczności zawodowego zajmowania się łowiectwem, rybołówstwem czy krytyką literacką” – jak pisał Marks w Ideologii niemieckiej z 1846 roku.

Praca, zwłaszcza zautomatyzowana, staje się narzędziem opresji i kontroli.

Robot – nasz nowy (Wielki) Brat

Wszystko to oczywiście przy założeniu, że automatyzacja będzie się odbywać już po „przekroczeniu kapitalizmu”. Wtedy – i tylko wtedy – robotyzacja będzie prowadziła człowieka do wolności. Historia pokazała jednak, że tego celu nie udało się na trwałe osiągnąć. W naszych czasach kapitalizm zatriumfował wręcz w skali globalnej. I to w warunkach zglobalizowanego kapitalizmu dokonywały się kolejne generacja postępów robotyzacji. W tym ta ostatnia z lat 2010-2020. Co to oznacza? Tyle, że automatyzacja gospodarki w prawdziwym życiu jest procesem ambiwalentnym. Owszem, podnosi produktywność i pozwala na rozwój form. Ale jednocześnie odbywa się to poprzez osłabienie świata pracy. Praca podlega na naszych oczach pogłębiającej się alienacji. Z ukoronowania dobrego życia staje się narzędziem opresji i kontroli. Zwłaszcza praca zautomatyzowana.

Las Maquinas de la Muerte

Widać to zarówno w literaturze – choćby pod postacią takich popularnych książek jak Praca bez sensu Davida Graebera – ale także w praktyce. To na przykład doświadczenie pracy dla najnowocześniejszych globalnych korporacji. To świat, w którym kolejne maszyny czy procesy optymalizacyjne (często sięgające po technologie sztucznej inteligencji) mają służyć do pilnowania i podkręcania norm produkcji. Pewna firma ubezpieczeniowa z Kalifornii wymaga od swoich pracowników, by używali oprogramowania mierzącego ich… ilość snu. Po to, by poprawić wydajność pracowników.

Gigant technologiczny Amazon jest zdecydowanie mniej subtelny. Ostatnio w swoich centrach logistycznych zaczął instalować technologię zwaną Kiva. Polega ona na tym, że większość operacji dokonują roboty wewnątrz bloku magazynowego. Pracownicy poruszają się zaś na jego obrzeżach. Pikerzy, czyli pracownicy, którzy muszą towar od robota odebrać są zamknięci w klatkach. Oficjalnie po to, by maszyna nie zrobiła im krzywdy. Taka organizacja produkcji znacznie minimalizuje jednak spotkania pracownika z pracownikiem. Interakcja jako zarzewie potencjalnego buntu zostaje sprowadzona prawie do zera.

Liczba robotów w fabrykach wpływa na wyniki wyborów

Podsumujmy tę część krytyki w sposób bardziej usystematyzowany. Według irlandzkiego filozofa i ekonomisty Johna Danahera alienacja pracy ma pięć źródeł. Pierwszy to problem strukturalnej dominacji pracodawcy nad pracownikiem (ten pierwszy może pracę kupić, podczas gdy ten drugi musi ją sprzedać). Drugi polega na prekaryzacji pracy (coraz więcej pracy za te same lub mniejsze pieniądze w warunkach rosnącej niepewności zatrudnienia). Trzeci jest związany z niesprawiedliwością dystrybucyjną – czyli świadomością, że w procesie tworzenia wartości dodanej zdecydowanie większa część zysku trafia do pracodawcy niż do pracownika. Czwarty problem tkwi w kolonizacji naszego życia przez pracę – głównie gdy chodzi o czas i uwagę. Piąty to zwykły brak spełnienia – wykonywanie prac, o których nawet pracujący wie, że nie mają one żadnej wartości i znaczenia dla wspólnoty. A może nawet są dla niej szkodliwe.

Automatyzacja w warunkach konkurencyjnego kapitalizmu większość z tych mechanizmów alienacji pracy wzmacnia. To są realne koszty realnej robotyzacji w realnym kapitalizmie. Robotyzacja nie jako dźwignia postępu, lecz przeciwnie – hamulec rozwoju społecznego i gospodarczego. Droga do wielkiego kapitalistycznego obozu pracy, w którym roboty pełnią funkcję metaforycznych (a może i prawdziwych) strażników niekorzystnego dla pracowników społecznego status quo.

Co z podatkiem robotowym?

Przez moment wydawało się, że ta krytyczna argumentacja może doprowadzić do jakiś faktycznych zmian. A galopującą automatyzację uda się poddać jakiemuś rodzajowi regulacji. Niezwykle obiecująco wyglądała trwająca na przełomie lat 2017 i 2018 debata o opodatkowaniu robotów. Wywołał ją w 2017 roku głośnym wywiadem dla magazynu Quartz miliarder Bill Gates. Wskazał, że skoro praca człowieka podlega w nowoczesnych społeczeństwach opodatkowaniu to dlaczego praca robota zastępującego w pracy człowieka miałaby się rozwiązaniom fiskalnym wymykać?

Roboty przemysłowe a zrównoważony rozwój

W trakcie następnych miesięcy powstało nawet kilka teoretycznych modeli, jak taki robot tax mógłby wyglądać. Pierwszy z nich można nazwać prostym robotowym. Mógłby działać tak: gdy firma X oddaje do użytku nową w pełni zautomatyzowaną halę produkcyjną i likwiduje Y miejsc pracy, to – choć nie ma już pracowników – nadal płaci podatek w wysokości PIT plus składki pomnożone razy Y. Oczywiście w praktyce ten model ma wiele wad. Firmy prędko zaczną wprowadzać nowe technologie po cichu, twierdząc, że nie są one wcale pracooszczędne. Inne nawet zapłacą, ale zapewne w sumie nie większej niż liczonej od poziomu płacy minimalnej.

W innym wariancie można więc pomyśleć o rodzaju stałej ryczałtowej opłaty. Czegoś w rodzaju „roboakcyzy”. Dlaczego akcyzy? Bo akcyzę wprowadza się wtedy, gdy nie możemy czegoś zabronić, lecz jako wspólnota zgadzamy się, że godzi się dostęp do tego dobra maksymalnie utrudnić. Głównym płatnikiem akcyzy byłby biznes używający robotyzacji w celu osiągnięcia zysku. Będą rzecz jasna padały argumenty, że akcyza jest hamulcem postępu. To jednak wcale nie musi być zarzut. Zwłaszcza jeżeli uznać, że rozwój automatyzacji (a zwłaszcza praca nad sztuczną inteligencją) nieuchronnie prowadzi ludzkość w kierunku tzw. momentu przełomowego. Czyli tej ekscytującej i przerażającej zarazem chwili, gdy – jak przestrzegają filozofowie transhumanizmu – powstanie maszyna dorównująca ludzkiej inteligencji pod każdym względem. Co się wtedy stanie? Zmarły w roku 2009 pionier kryptologii I.J. Good (syn emigrantów z Polski, który urodził się jako Izydor Gudak) przewidywał, że będzie to moment, w którym inteligentna maszyna w jednej chwili zdecyduje, czy uznać za stosowne zakończenie ziemskiej przygody naszej ludzkiej cywilizacji.

Cyfrowy podatek kością niezgody w OECD

Teoretycznie można sobie wyobrazić jeszcze jeden model. Firmom można zostawić prawo wyboru. Mogą nie płacić akcyzy-ryczałtu. Ale w zamian powinny (stopniowo) przekazywać część udziałów firmy państwu. A właściwie specjalnemu funduszowi rentierskiemu (wzorowanemu na funduszach gromadzących zyski z ropy istniejących już w XX wieku na Alasce czy w Norwegii). Pieniądze stamtąd trafiałyby z powrotem do szerokich mas społecznych. W większości przypadków w postaci bezwarunkowego dochodu podstawowego, który nie poprowadziłby bynajmniej do masowej bezczynności, lecz pozwolił po wielu latach skrócić czas pracy do 3 dni w tygodniu (lub 5 godzin dziennie) i odzyskać ludziom panowanie nad życiem, a demokracji rozkwitnąć. Alternatywą byłoby sięgnięcie po tzw. nanowypłaty. Czyli model stworzony przez znawcę nowych technologii Jarona Laniera w książce Who owns the future (Do kogo należy przyszłość) z roku 2014. Ludzie dostawaliby tu regularne wypłaty od firm korzystających ze zdobyczy robotyzacji albo sztucznej inteligencji. Pieniądze byłyby rodzajem zapłaty za surfowanie w internecie czy korzystanie z portali społecznościowych. Które to czynności dla tak wielu z nas i tak są stale wykonywanym rodzajem nieodpłatnej pracy.

Utopia się oddala

Niestety, żaden z tych modeli nie doczekał się nigdy przełożenia na język politycznej rzeczywistości. W praktyce nie zmieniło się nic. Najdalej w próbie wyjścia naprzeciw ciemnym stronom robotyzacji wyszła Korea Południowa. W 2019 r. rząd w Seulu zapowiedział… zmniejszenie rządowych subwencji dla firm stawiających na automatyzację. Wygląda na to, że w dziedzinie robotyzacji zachodnie kraje popełnią ten sam błąd, co w wielu innych przypadkach – choćby globalizacji czy deregulacji międzynarodowych przepływów kapitałowych. Procesów, które zostały puszczone na żywioł, a gdy na jaw wyszła ich ciemna strona, usłyszeliśmy od elit politycznych i gospodarczych: to już zbyt daleko zaszło, tego nie da się już powstrzymać.

Robotyzacja w Polsce: szanse i zagrożenia

Pod wieloma względami jest to nie tylko realny problem dla gospodarki i spójności społeczeństw. To także rodzaj utraconej szansy. Złota dekada robotów z lat 2010-2020 zbliżyła nas do miejsca, z którego można byłoby się pokusić o skok do zautomatyzowanej utopii. Świata, w którym automatyzacja uwalnia człowieka od ciągłego drżenia o ekonomiczne przetrwanie i od konieczności „pracy bez sensu” Otwierając przed człowiekiem nowe perspektywy samorealizacji i bycia z innymi, o jakich się ludzkości nie śniło. Warunek jest jeden. Roboty musiałyby zacząć pracować dla wielu. A nie – jak dziś – tylko dla zysku i wygody – nielicznych.


Tagi


Artykuły powiązane