Autor: Grażyna Śleszyńska

Analizuje zjawiska makroekonomiczne i polityczne. Współtworzyła Forum Ekonomiczne w Krynicy

Waszyngton kontra Dolina Krzemowa

Amerykańskie giganty technologiczne unicestwiają konkurencję, wykorzystując dla zysku prywatne dane użytkowników i hamując innowacje. Jak „chłopcy z garażu” przechytrzyli waszyngtońską elitę i z apologetów wolności i innowacji stali się ich opresorami?
Waszyngton kontra Dolina Krzemowa

(©Envato)

O tym, że konkurencja jest nieodłączną cechą zdrowej gospodarki, nie trzeba nikogo przekonywać: stwarza środowisko przyjazne rodzeniu się nowych pomysłów i przedsięwzięć, co zmusza wszystkich na rynku do oferowania lepszych produktów i usług. W latach 90. Microsoft, ówczesny bezkonkurencyjny producent komputerowych systemów operacyjnych, chciał zapewnić sobie taką samą dominację w zakresie surfowania po sieci internetowej. Gdyby Departament Sprawiedliwości nie zareagował, pozywając Microsoft za naruszenie przepisów antymonopolowych, bylibyśmy dziś skazani na używanie wyłącznie przeglądarki Explorer i wyszukiwarki Bing.

Internet został zaprojektowany jako sieć zdecentralizowana, a więc taka, która powinna zapewniać doskonałą konkurencję. Tymczasem prawie połowa sprzedaży online przechodzi przez Amazona, a Google i Facebook kontrolują 70 proc. ruchu w internecie, zgarniając lwią część przychodów z reklam. Technologiczna „wielka piątka” reprezentuje jedną czwartą kapitalizacji S&P 500, indeksu 500 największych spółek notowanych na nowojorskich parkietach: NYSE i Nasdaq. Z perspektywy inwestora kierującego się partykularnym interesem maksymalizacji zysku zapewne warto w te firmy inwestować. Patrząc jednak z punktu widzenia gospodarki, zarówno dominacja Big Techu nad innymi branżami, jak i oligopol w łonie samego Big Techu są szkodliwe.

Giganci Big Techu zdobyli niebezpieczne władztwo nad gospodarką, społeczeństwem i demokracją. Ich aktywność wymknęła się spod kontroli. Stany Zjednoczone przegapiły moment, w którym bez zbędnego ambarasu można było zahamować ich zaborcze zapędy. Otrzeźwienie przyszło dopiero cztery lata temu, gdy dane milionów użytkowników Facebooka zostały wykorzystane do tworzenia profili psychologicznych przez sztab wyborczy Donalda Trumpa oraz w kampanii brexitowej w Wielkiej Brytanii. Teraz, gdy pojawiła się determinacja, by odzyskać kontrolę nad sytuacją, nie ma już na to prostego sposobu.

Otrzeźwienie przyszło dopiero cztery lata temu, gdy dane milionów użytkowników Facebooka zostały wykorzystane do tworzenia profili psychologicznych przez sztab wyborczy Donalda Trumpa.

Konkurenci? Nic prostszego: „kup i zabij”

Firmy technologiczne, z których każda na początku swego istnienia skupiała się na określonym segmencie IT, stopniowo wychodziły poza ten podstawowy zakres działalności. Dla Microsoftu, kojarzonego przede wszystkim z oprogramowaniem do komputerów stacjonarnych, potężnym źródłem przychodów stało się przetwarzanie danych w chmurze. Amazon, pierwotnie platforma sprzedaży detalicznej, również zaczął świadczyć usługi w chmurze obliczeniowej, a ponadto produkować i sprzedawać artykuły sygnowane własną marką. Apple przeciera sobie szlaki w sektorze płatności elektronicznych poprzez aplikację Apple Pay i – dzięki partnerstwu z bankiem Goldman Sachs – kartę kredytową Apple. Google i Facebook dyskontują ruch, jedno w przeglądarce, drugie na platformie społecznościowej, czerpiąc gigantyczne przychody z reklam. Obie spółki eksplorują też segmenty finansowe: Facebook Pay, który obsługuje płatności za pośrednictwem kart kredytowych i fintechów, takich jak PayPal czy Stripe. Google natomiast oferuje konta bankowe, których operatorem jest bank Citi.

Poszerzanie zasięgu i siły przez giganty technologiczne było możliwe dzięki duszeniu konkurencji w zarodku. W latach 2001–2019 Facebook przejął 90 firm, a Google – 270. Giganci Big Techu wypatrują innowacyjne startupy, które w przyszłości mogłyby stanowić dla nich zagrożenie, przejmują je, wysysają know-how i wypluwają zbędną resztę. Jak drapieżniki pożerające pisklęta, zanim te zdążą dorosnąć i rozwinąć skrzydła. I mogą gratulować sobie, że pieką nie dwie, a trzy pieczenie na jednym ogniu: wkraczają w nowe a perspektywiczne segmenty rynku (najczęściej związane ze sztuczną inteligencją), pozbywają się konkurencji i łowią inżynierskie talenty.

W 2014 r. Facebook kupił WhatsApp (komunikator) i Oculus (producent gogli do rzeczywistości wirtualnej), Google – Nest Labs (producent inteligentnych sensorów), Apple – Beats (producent słuchawek), Amazon Twitch (platforma streamingowa), a Microsoft – Minecraft (gra wideo). W drugiej połowie zeszłej dekady szaleństwo zakupowe osłabło. Transakcje o wartości ponad 1 mld dolarów można policzyć na palcach jednej ręki. Google kupił Lookera (oprogramowanie do analizy danych w chmurze) za 2,6 mld dolarów i smartfonowy segment koncernu HTC (1,1 mld dolarów). Microsoft nabył serwis hostingowy GitHub (8,4 mld dolarów) i LinkedIn (27 mld dolarów), a także dostawców sprzętu telekomunikacyjnego 5G: Affirmed Networks (1,35 mld dolarów) i Metaswitch Networks (270 mln dolarów). Wreszcie Amazon przejął sieć sklepów ze zdrową żywnością Whole Foods Market (13,2 mld dolarów). W ubiegłym roku FAMAG łącznie wydały na akwizycje zaledwie 7,2 mld dolarów, o połowę mniej niż w poprzednich dwóch latach i radykalnie mniej niż w 2016 r.

Słabszy apetyt Big Techu wcale nie cieszy, ponieważ nieudolne egzekwowanie prawa konkurencji doprowadziło do ograniczenia innowacji w sektorze technologii, co też tłumaczy spadek liczby akwizycji. Inwestorzy reprezentujący venture capital coraz częściej wahają się, czy finansować start-upy, skoro te rzadko „dożywają” dojrzałości. Od 2012 r. statystyki pierwszych rund finansowania start-upów technologicznych spadły o blisko ¼. A ponieważ na rynek wchodzi mniej debiutantów, to istniejące podmioty nie muszą starać się z nimi konkurować w kluczowych obszarach, takich jak ochrona prywatności użytkowników.

Nowa generacja „zbyt wielkich, by upaść”

Do jakiego stopnia Big Tech uzależnił społeczeństwo od swoich usług (a może społeczeństwo uzależniło się od niego?) – pokazał kryzys COVID-19. Platformy, aplikacje i inne e-usługi tak wrosły w życie codzienne, że nie sposób wyobrazić sobie jakiejkolwiek przerwy w ich dostępności. Ewoluująca rola Big Techu może wynieść giganty cyfrowe do rangi przedsiębiorstw użyteczności publicznej. Mielibyśmy wówczas do czynienia z nową generacją firm „zbyt wielkich, by upaść”, czyli takich, które z powodu systemowego charakteru ich działalności rządy po prostu muszą ratować w obliczu kryzysu. Oto jeszcze jeden powód, dla którego konkurencja jest arcyważna.

Ewoluująca rola Big Techu może wynieść giganty cyfrowe do rangi przedsiębiorstw użyteczności publicznej.

Megakorporacje mają tendencję do popadania w samozadowolenie, gdy ich usługi stają się tak niezbędne do funkcjonowania społeczeństwa i reprezentują tak istotną część rynku kapitałowego, że chroni je swoista rządowa polisa ubezpieczeniowa. Wszyscy pamiętamy casus francuskich banków – wierzycieli Grecji, które trzeba było oddłużać z pieniędzy podatników. Oczywiście sektor technologiczny to zupełnie inna kategoria aktywów i inne strumienie dochodów. „Inne” nie znaczy bezpieczniejsze, bo aktywa cyfrowe z jednej strony pozwalają błyskawicznie budować skalę, a z drugiej strony, w razie załamania się popytu na daną usługę, gubią skalę. To oznacza, że mogą stracić wartość równie szybko, jak ją zdobyły.

Teoretycznie zagrożenie ogranicza się do startupów, a więc przedsięwzięć, które dopiero przebijają się na rynku. Historia uczy jednak, że trzeba brać pod uwagę nawet to, co w danej chwili wydaje się niemożliwe. Kto na przełomie wieków dopuszczał myśl, że takie kolosy jak bank Lehman Brothers i koncern General Motors mogą upaść? Demonopolizacja jest niezbędna, aby chronić: rynek przed zastojem wynikającym z braku konkurencji, konsumentów przed skazaniem na jednego dostawcę i jego warunki i wreszcie rządy przed szantażem – „rekapitalizacja albo rewolta”.

Jeśli nie płacisz za produkt, to sam jesteś produktem

Modele biznesowe platform cyfrowych obracają się wokół eksploracji i monetyzacji danych ich użytkowników. W pewnym sensie nie jest to nic nowego. Informacja zawsze, od najdawniejszych czasów, była w cenie. Tyle że teraz mamy do czynienia ze zautomatyzowaną i masową inwigilacją. „Przez pierwsze 50 lat firmy z Doliny Krzemowej sprzedawały klientom produkty – sprzęt i oprogramowanie, natomiast od dekady sprzedają swoich użytkowników. Ich klientami są reklamodawcy, a my jesteśmy przedmiotem transakcji” – mówią bohaterowie głośnego filmu „Dylemat społeczny”, który opowiada o tym, jak media społecznościowe manipulują użytkownikami, aby uzależnić ich od swoich platform.

Cenne dane klientów banków

Dane czerpane pierwotnie z wyszukiwarki Google, platform e-commerce i mediów społecznościowych są analizowane i przenoszone we wszystkie inne dziedziny gospodarki: zdrowie, finanse, ubezpieczenia, edukację. W 2018 r. Google zawarł umowę z Ascension, jednym z największych prywatnych operatorów opieki zdrowotnej w USA, na podstawie której uzyskał dostęp do dokumentacji medycznej dziesiątek milionów pacjentów bez ich wiedzy.

Cel niby pożyteczny: Google miał przefiltrować te dane przez swój silnik sztucznej inteligencji i w efekcie zarekomendować zmiany w opiece nad pacjentem oraz zaalarmować o zauważonych odstępstwach od zdefiniowanej normy w opiece nad pacjentem. Sprawą zajął się federalny Departament Zdrowia, ale zderzył się z barierą niemocy, ponieważ okazało się, że brakuje mu instrumentów prawnych. I tak jest w pozostałych dziedzinach, w które wdziera się Big Tech: legislacja nie nadąża za ekspansywnością firm technologicznych.

Rozbić oligopol technologiczny

W drugiej połowie XIX wieku wskutek licznych fuzji powstały największe koncerny przemysłowe w historii Ameryki: od Standard Oil i United States Steel Corporation po JPMorgan i AT&T. Odpowiedzią na tak głęboką koncentrację kapitału w kilku branżach było ustawodawstwo antymonopolowe, w tym przymusowe rozbijanie trustów (co i tak było dla właścicieli rozwiązaniem dogodnym, zważywszy że inne kraje poszły drogą nacjonalizacji). O tym, jak stanowczo Kongres walczył z oligopolami na początku XX wieku, przypomniała opinii publicznej studentka prestiżowego Uniwersytetu Yale nazwiskiem Lina Khan. W styczniu 2017 r. opublikowała artykuł zatytułowany „Amazon’s Antitrust Paradox”, który okazał się niezwykle opiniotwórczy. Rozpatrując skutki fuzji nie tylko pod kątem wzrostu cen, ale także zdolności konkurowania mniejszych firm, ożywiła dyskusję na temat potrzeby rozbijania oligopoli.

I organy regulacyjne i politycy, przynajmniej werbalnie, postawili sobie za cel ukrócenie samowoli i zablokowanie wrogiej taktyki „kup i zabij”, za pomocą której liderzy technologiczni niszczą przejawy konkurencji i uzupełniają swoje braki w kluczowych obszarach. Latem 2020 r. szerokim echem odbiło się przesłuchanie szefów „wielkiej piątki” przed komisją Kongresu, badającą praktyki antykonkurencyjne i nadużywanie dominacji rynkowej. Z kolei w październiku 2020 r. Departament Sprawiedliwości złożył pozew przeciwko Google w związku z monopolizacją rynku wyszukiwania i reklam online. Natomiast w grudniu Federalna Komisja Handlu wytoczyła powództwo przeciwko Facebookowi z żądaniem podziału spółki poprzez wyodrębnienie z niej Instagrama i WhatsAppa. Przejmując je, odpowiednio w 2012 r. i 2014 r., Facebook miał uzyskać nieproporcjonalny udział w rynku mediów społecznościowych i tym samym pogwałcić prawo konkurencji.

Elizabeth Warren, która ubiegała się o nominację Partii Demokratycznej w ubiegłorocznych wyborach prezydenckich w USA, przedstawiła dwufilarowy plan. Po pierwsze, postulowała powrót do stanu sprzed akwizycji (czyli zbycie aktywów), które przyczyniły się do uzyskania nadmiernej, antykonkurencyjnej przewagi biznesowej. Organem uprawnionym do przeglądu fuzji jest Federalna Komisja Handlu. Po drugie, giganci technologiczni o przychodach przekraczających 25 mld dol., którzy prowadzą platformy online, nie powinni mieć możliwości oferowania usług konkurujących z uczestnikami tych platform. Czyli np. Amazon nie mógłby łączyć sprzedaży produktów innych marek z produktami własnymi. Google nie mógłby prezentować własnych recenzji produktów i usług w wynikach wyszukiwania. A Apple nie mógłby oferować aplikacji podobnych do tych dostępnych w App Store.

Jak wiadomo, to jednak Joe Biden zdobył ostatecznie mandat Demokratów i pokonał w wyborach Donalda Trumpa. Pod niemal każdym względem jest on mniej radykalny niż senator Warren. Ponadto w jego administracji znajdzie się sporo osób (na czele z sekretarzem stanu Anthonym Blinkenem), które do niedawna zarabiały w firmie WestExec, świadczącej usługi na rzecz m.in. Facebooka, Ubera, Microsoftu i LinkedIna. Natomiast do Wydziału Antymonopolowego Departamentu Sprawiedliwości po trzech latach ma wrócić, tym razem w charakterze szefowej, prawniczka, która w międzyczasie reprezentowała Amazona i Google’a w ramach współpracy z kancelarią Sullivan & Cromwell LLP. Wszystko to budzi uzasadnione obawy o konflikt interesów, co nie powinno mieć absolutnie miejsca w sytuacji, gdy rząd i platformy cyfrowe toczą spory sądowe.

Niecierpliwi biorą sprawy w swoje ręce

Zabijanie konkurencji nie jest jedynym grzechem cyfrowych monopolistów. Od lat uciekają się oni do arbitrażu regulacyjnego i podatkowego, czyli przenoszenia biznesu w miejsca, gdzie przepisy prawa i obciążenia fiskalne są bardziej sprzyjające. Amazon wielokrotnie posuwał się do szantażu wobec władz miejskich i stanowych w USA, dając do zrozumienia, że jeżeli te nie udzielą mu zwolnienia czy rabatu podatkowego, to zamknie swoje magazyny na ich terenie i przeniesie gdzie indziej.

Zabijanie konkurencji nie jest jedynym grzechem cyfrowych monopolistów. Od lat uciekają się oni do arbitrażu regulacyjnego i podatkowego.

To samo ma miejsce w Europie. Google wyzyskuje zróżnicowanie stawek podatkowych między państwami członkowskimi UE i transferuje miliardowe zyski do jurysdykcji o liberalnych przepisach fiskalnych. Nie jest to trudne, ponieważ świadczenie usług cyfrowych w danym państwie bez fizycznej w nim obecności uniemożliwia określenie miejsca osiągnięcia przychodu. Sposobem na skompensowanie strat wynikających z unikania zapłaty adekwatnego podatku dochodowego przez „wielka piątkę” byłby podatek od usług cyfrowych.

Zasady rozdzielania zysków a opodatkowanie platform cyfrowych

Stany Zjednoczone oficjalnie chcą, aby regulacje dotyczące podatku cyfrowego zostały wypracowane przez OECD. Jest jednak tajemnicą poliszynela, że roztaczają fiskalny parasol ochronny nad gigantami technologicznymi. Notabene w czasie wizyty w Polsce w 2019 r. ówczesny wiceprezydent Mike Pence zasygnalizował, że wprowadzenie przez Polskę podatku GAFA „utrudniłoby wymianę handlową” między obu krajami.

Równolegle z OECD sprawą zajmuje się Komisja Europejska. W 2018 r. przyjęła projekt dyrektywy w sprawie 3-proc. podatku od świadczeniodawców usług cyfrowych, osiągających globalnie roczne przychody w wysokości 750 mln. Według szacunkowych obliczeń do budżetu UE trafiałby z tego tytułu nawet 1 mld euro rocznie. Brak jednomyślności (przeciw jest aż 12 członków, m.in. Irlandia, Luksemburg, Malta, a w naszym regionie Słowacja i Bułgaria) sprawił, że zwolennicy tego rozwiązania zaczęli działać na własną rękę. I tak Francja oraz Hiszpania nałożyły 3-proc. daninę, Czechy 7-proc., natomiast w będącej już poza Wspólnotą Wielkiej Brytanii obowiązuje stawka 2-proc.

Tymczasem w dalekiej Australii na ostatniej prostej jest proces legislacyjny, zmierzający do ukrócenia nieodpłatnego powielaniu treści prasowych przez Google’a i Facebooka. Na procederze od lat tracą wydawcy i publicyści, ponieważ wpływy z reklam trafiają do cyfrowych monopolistów, skazując prasę na postępującą pauperyzację. Platformy technologiczne będą musiały płacić za treści udostępniane przez wydawców. W razie gdyby strony nie doszły do porozumienia w sprawie wysokości opłat, mogą odwołać się do arbitrażu. Google zagroził, że jeśli rząd nie ustąpi, to koncern wycofa z kraju swoją wyszukiwarkę. Trwa przeciąganie liny, ale premier Scott Morrison jest nieugięty.

Jak walczyć z naruszaniem prawa do prywatności i reguł demokracji, jeśli oskarżony jest monopolistą, bez którego usług przeciętny zjadacz chleba nie wyobraża sobie życia? Postępu nie cofniemy. Gospodarka cyfrowa już z nami pozostanie. A skoro tak, to trzeba uregulować cyrkulację Big Data i zdemonopolizować branże, które stały się udzielnymi księstwami. Jeśli nie zrobią tego Amerykanie, to zrobią to inni.

(©Envato)

Otwarta licencja


Tagi


Artykuły powiązane

Cenne dane klientów banków

Kategoria: Analizy
Wejście dużych firm technologicznych do świata finansów ułatwia im dostęp do nowej, ogromnej wartości – danych bankowych klientów. Stanowi to sygnał ostrzegawczy dla organów regulacyjnych w zakresie koncentracji coraz bardziej osobistych danych w kilku dużych platformach.
Cenne dane klientów banków

Pandemia przyspieszy cyfrową transformację gospodarki

Kategoria: Trendy gospodarcze
Narzucona przez pandemię izolacja wymusza zmiany w funkcjonowaniu przedsiębiorstw. Także w Polsce cyfryzacja przyspieszyła. Staliśmy się ważnym miejscem inwestycji globalnych korporacji cyfrowych, takich jak Google i Microsoft.
Pandemia przyspieszy cyfrową transformację gospodarki

Big-techy: konkurencja czy uzupełnienie oferty banków

Kategoria: Analizy
Duże firmy technologiczne rozpoczynają świadczenie usług finansowych zazwyczaj po pozyskaniu bazy klientów i zbudowaniu rozpoznawalnej marki. Ich wejście do finansów odzwierciedla dużą komplementarność między usługami finansowymi, a ich podstawową działalnością pozafinansową oraz związane z tym korzyści skali.
Big-techy: konkurencja czy uzupełnienie oferty banków