Wyborcy nie chcą oszczędności, politycy nie mają wyboru

11.04.2011
W tym roku odbędą się różnej rangi wybory w 13 krajach Unii Europejskiej. O tym, które z nich będą miały znaczenie nie tylko dla wyborców w tych państwach, ale również dla innych krajów UE i międzynarodowych inwestorów rozmawiamy  z dr Zsoltem Darvasem, ekspertem ośrodka Bruegel w Brukseli.

Decyzja Jose Luisa Zapatero, że nie będzie się ubiegał o reelekcję nie wzbudziła zainteresowania rynków finansowych.(CC BY-NC-ND European Parliament)


Obserwator Finansowy: Jaki wpływ mogą mieć zbliżające się wybory na dalszą ekonomiczno-polityczną przebudowę Unii i strefy euro oraz na narodowe reformy gospodarcze?

Zsolt Darvas: Największe znaczenie dla Europy i rynków finansowych będą miały wybory w Portugalii. Oprocentowanie obligacji portugalskich osiągnęło już 10 proc. i żaden rząd w Lizbonie nie będzie w stanie poradzić sobie z takim ciężarem. Jak na razie z Portugalii nadchodzą bardzo niejasne sygnały, na podstawie których bardzo trudno przewidzieć przyszły rozwój sytuacji. Niedawno lider głównej partii opozycyjnej mówił, że jego ugrupowanie dlatego nie poparło programu oszczędnościowego gabinetu premiera José Sokratesa, ponieważ nie był on wystarczająco konsultowany w parlamencie oraz że nie szedł odpowiednio daleko.

Jeśli rzeczywiście taka była motywacja i jeśli po ewentualnym zwycięstwie wyborczym jego partia nadal będzie tego zdania, to nowy rząd może mimo wszystko kontynuować politykę zaciskania pasa. Byłoby to dobre rozwiązanie dla wszystkich w Europie. Każde wybory są oczywiście ważne, ale w tym roku wybory w Polsce, Danii, czy Finlandii nie będą miały takiego znaczenia jak polityczne rozstrzygnięcia w Portugalii.

Jest bardzo możliwe, że siłą nr 2 w Finlandii stanie się populistyczna partia eurosceptyków, czyli Prawdziwi Finowie. Tymczasem Finlandia jako kraj z ratingiem Aaa i proeuropejską polityką był do tej pory jednym z filarów strefy euro i całej Unii. Czy ewentualny sukces populistów w małym, ale ważnym kraju UE nie przysporzy wspólnocie nowych kłopotów?

Trudno mi oceniać polityczne konsekwencje licznej reprezentacji tej partii w fińskim parlamencie, czy też jej ewentualnego wejścia do rządu. Jeśli jednak chodzi o kwestie gospodarcze to nie widzę powodów do niepokoju. Przez zagranicznych inwestorów Finlandia jest postrzegana czasami nawet lepiej niż Niemcy. Finowie zdają sobie sprawę z wielkich zalet takiej reputacji i wątpię, by nowy rząd chciał prowadzić politykę, która mogłaby wystawić ją na szwank.

Nie znaczy to jednak, że sukces populistów w tym kraju nie miałby żadnego znaczenia dla reszty Europy. Gdyby Prawdziwi Finowie mieli silną pozycję w nowym rządzie w Helsinkach, mogliby np. blokować niektóre decyzje związane z udzielaniem pożyczek innym krajom strefy euro. W nowo tworzonym Europejskim Mechanizmie Stabilności (EMS) decyzje o programach pomocowych dla poszczególnych krajów eurolandu będą zapadały na zasadzie jednomyślności. To znaczy, że wystarczy jeden rząd, by zablokować działania ratunkowe na rzecz innego kraju strefy euro. Poza tym ewentualne dojście do władzy populistów w Finlandii może sprawić, że także w innych kwestiach taki rząd będzie utrudniał dyskusje na forum UE.

A jakie znaczenie dla polityki europejskiej będą miały marcowe porażki w wyborach regionalnych ugrupowań Nicholas Sarkozy’ego i Angeli Merkel?

Nie przeceniałbym negatywnych konsekwencji tych wyborów dla UE. Wydaje mi się, że porażki partii konserwatywnych w Niemczech i we Francji mogą być nawet korzystne dla Europy. W mojej ocenie partie socjaldemokratyczne są w tych krajach nastawione nieco bardziej proeuropejsko. Gdyby więc zwiększyły się ich wpływy w Paryżu i Berlinie, to wydaje mi się, że łatwiej byłoby na przykład prowadzić negocjacje o udzieleniu pomocy pogrążonym w kryzysie państwom strefy euro. W obydwu krajach główne siły polityczne zdają sobie sprawę z odpowiedzialności za Europę i w sumie nawet ewentualna przyszła zmiana na szczytach władzy nie zmieniłaby znacząco europejskiej polityki Francji i Niemiec.

W Wielkiej Brytanii trwa właśnie kampania przed wyborami lokalnymi i regionalnymi w maju. Konserwatywno-liberalny rząd radykalnie tnie wydatki. W jaki sposób te polityczne nastroje na Wyspach przełożą się na Europę?

Już w zeszłym roku David Cameron ogłosił, że nie zgodzi się na zwiększenie budżetu UE. Z pewnością ta pozycja Londynu nie zmieni się i teraz. Wątpię też, by wyniki wyborów w istotnym stopniu wpłynęły na europejską politykę Wielkiej Brytanii.

José Luis Rodríguez Zapatero ogłosił właśnie, że nie będzie walczył o reelekcję w przyszłym roku i z reakcji rynków widać, że inwestorzy przyjęli to dość obojętnie. Dlaczego?

Popularność Zapatero znalazła się na historycznie najniższym poziomie i jego decyzja, by zrezygnować z walki o urząd premiera, jest jak najbardziej racjonalna. Bez względu na to różnica w oprocentowaniu hiszpańskich obligacji w stosunku do niemieckich papierów oscyluje wokół 200 punktów bazowych. Wynika to z tego, że rynki ufają w zdolność także przyszłego rządu Hiszpanii do utrzymania pod kontrolą finansów publicznych i nie łączą tego z osobą obecnego premiera.

Z tego, co Pan mówi wynika, że decyzje wyborców nie są w tym roku szczególnie istotne dla tego, co będzie się działo w Unii Europejskiej?

Tak. Wyjątkiem stanowiłyby ewentualne sukcesy radykalnych populistów. Gdyby Marie Le Pen, która teraz w sondażach przed przyszłorocznymi wyborami prezydenckimi we Francji zajmuje drugie miejsce i wyprzedza Nicholasa Sarkozy’ego, ostatecznie zwyciężyła, miałoby to ogromne znaczenie dla Europy. Jest to jednak raczej wątpliwe, ponieważ Le Pen może – tak jak kiedyś jej ojciec – co najwyżej wejść do drugiej tury, ale wtedy z pewnością przegra.

Francuskie wybory prezydenckie odbędą się dopiero za rok, niemieckie wybory parlamentarne dopiero na jesieni 2013 r. Czy jednak już teraz przy okazji różnego rodzaju głosowań rządzący nie poczują niezadowolenia obywateli, którym nie podobają się kolejne etapy konsolidacji finansów publicznych, za czym kryją się po prostu cięcia świadczeń socjalnych i podwyżki podatków?

To oczywiste, że wyborcom nie podoba się zaciskanie pasa. Jednak odpowiedzialne rządy nie mogą w tych czasach prowadzić innej polityki. Wystarczy spojrzeć na powiększające się spready obligacji Belgii, czy Włoch w stosunku do bundów, by zobaczyć, że kraje te zbliżają się do granicy, której przekroczenie wiązać będzie się z bardzo poważnymi konsekwencjami dla ich finansów. Nawet więc gdyby protestując przeciw aktualnym władzom i ich oszczędnościowym działaniom wyborcy postawili na populistów, to i tak nie mogliby liczyć na inną politykę niż wcześniej.

Rosnące koszty oprocentowania pożyczek nie dają żadnemu gabinetowi swobody manewru. Oczywiście, należy priorytetowo traktować nakłady na edukację i walkę z ubóstwem, ale poza tym rynki generalnie oczekują redukcji wydatków. W innym razie nieodpowiedzialność rządzących, którzy obiecali zbyt wiele wyborcom, może zostać srogo ukarana.

Rozmawiał Andrzej Godlewski

dr Zsolt Darvas, jest ekspertem ośrodka Bruegel w Brukseli


Tagi


Artykuły powiązane