Wyścig po szczepionkę

17.06.2020
Opracowanie szczepionki w laboratorium jest relatywnie proste. Ale do wprowadzenia jej na rynek przed innymi potrzeba platformy technologicznej i mocy produkcyjnych. Kto nimi dysponuje, zyskuje strategiczną przewagę – mówi dr Krzysztof Brzózka, wirusolog i wiceprezes biotechnologicznej spółki Ryvu Therapeutics.
KrzysztofBrzozka CSO VP Ryvu

Dr Krzysztof Brzózka (©Ryvu Therapeutics)

Dr Krzysztof Brzózka (©Ryvu Therapeutics)

Obserwator Finansowy: Lepiej mieć lek czy szczepionkę na koronawirusa?

Dr Krzysztof Brzózka: Najlepszą odpowiedzią jest oczywiście posiadanie jednego i drugiego. Natomiast, jeśli aktualna pandemia COVID-19 stanie się chorobą sezonową, tak jak grypa, to zdecydowanie lepiej mieć szczepionkę. Wtedy można zapewnić odporność populacyjną i większość ludzi ze względu na nabytą odporność będzie mogła prowadzić normalne życie. Jeśli jednak będzie to jednorazowy wybuch pandemii, która stopniowo wygaśnie lub zniknie całkowicie – to ważniejsze jest dysponowanie skutecznym lekiem, który jest w stanie pomóc najciężej chorującym.

A co możemy opracować szybciej?

Myśląc o lekach na koronawirusa, musimy wyróżnić kilka kategorii. Pierwsza, to repozycjonowanie istniejących leków. Leki w trakcie badań klinicznych, albo już dopuszczone do użytku, ale w innych wskazaniach terapeutycznych, mają ważną zaletę, że znana jest już przynajmniej część niewiadomych, takich jak sposób podania, skutki uboczne czy profil bezpieczeństwa. Przykładem jest remdesivir, który firma Gilead rozwijała najpierw na HCV (wirus zapalenia wątroby typu C), a potem na Ebolę. Ten lek jeszcze na początku roku nie był dopuszczony do użytku w żadnym wskazaniu, ale ponieważ został przebadany już w kilku badaniach klinicznych, to dobrze rozumiemy, czy jest bezpieczny i jakie ma ograniczenia. Zastosowanie takiego leku w przypadku pandemii koronawirusa jest dobrym rozwiązaniem, bo dużo szybciej daje informacje na temat skuteczności i było podstawą badań prowadzących do akceptacji jego stosowania w leczeniu koronawirusa już w kilku krajach.

Czy COVID-19 odbuduje, czy zmniejszy zaufanie do nauki?

Remdesivir jest jednym z leków, które bezpośrednio działają na replikację wirusa, czyli jego namnażanie. Druga grupa to leki, które już istnieją i które mogą być stosowane w leczeniu koronawirusa, ale raczej w zakresie zarządzania objawami. W większości są to paradoksalnie leki przeciwazapalne, których zadaniem jest zahamowanie nadmiernej odpowiedzi prozapalnej, która wydaje się głównym powodem komplikacji i śmierci pacjentów.

Jest jeszcze trzecia grupa – to leki, które można rozwinąć selektywnie na wirusa SARS-CoV-2, które będą celować w białka charakterystyczne tylko dla niego. Ale rozwój takich terapii to jest kwestia kilku lat – wyselekcjonowanie takich cząsteczek i przeprowadzenie badań klinicznych potwierdzających efektywność byłoby dużo dłuższe niż w przypadku szczepionki.

Czemu badania nad remdesivirem nie zostały dokończone? Opanowano Ebolę, a lek trafił na półkę. Czy jest to częste zjawisko w przypadku leków na rzadsze choroby, że tam gdzie nie ma dużych pieniędzy do zarobienia, tam nie prowadzi się badań? Czy jest to jakieś zaniedbanie po stronie instytucjonalnej, po stronie regulatora?

Ostatnio opracowano szczepionkę na Ebolę, także przy wsparciu rządu USA i amerykańskiej armii, a więc nie można powiedzieć, że takie projekty nie mają wsparcia od instytucji państwowych. Ebola jest bardzo medialnym wirusem, który pobudza wyobraźnię w kontekście potencjalnej pandemii. Zatrzymanie badań nad remdesivirem w tym wskazaniu mogło jednak wynikać z tego, że wybuchy epidemii Eboli szybko wygasały i nie dało się uzyskać odpowiedniej, statystyczne istotnej grupy pacjentów do badań, które mogłyby wykazać skuteczność szczepionki, zwłaszcza w porównaniu do innych dostępnych i testowanych opcji leczenia. Większość państw w Afryce dość dobrze zarządza rozwojem tych epidemii i kontroluje ich przebieg .

Warto zauważyć, że firma Gilead miała dostępne zapasy remdesiviru. W przypadku koronawirusa wykrytych przypadków jest obecnie ponad osiem milionów, a przedstawiono ostatnio wyniki badań, które zajęły trzy miesiące i które przeprowadzono na kilkuset pacjentach. Zaprezentowany efekt to skrócenie pobytu w szpitalu ze średnio 15 do 11 dni. W przypadku Eboli, która ma znacznie mniejszy zasięg, udowodnienie tego z porównywalną siłą statystyczną mogło być bardzo trudne.

Pandemia może zmienić „Big Pharmę” na dobre

Remdesivir został niedawno w nadzwyczajnym trybie dopuszczony do użytku w USA.

To jednak nie oznacza końca badań. Teraz prawdopodobnie podawanie leku będzie monitorowane – sprawdzane będzie jego działanie, efekty uboczne. To będzie takie przyspieszone badanie kliniczne, które nie będzie robione w typowym reżimie, ale jego efekty będą odnotowywane. Jeśli badanie wykaże skuteczność i brak nadmiernych efektów ubocznych, to być może wystarczy to do pełnej rejestracji.

Z danych WHO wynika, że obecnie 10 firm prowadzi badania nad szczepionką na etapie klinicznym, a ponad 120 projektów jest we wcześniejszej fazie. Czy to jest normalne?

Absolutnie nie. To jest ewenement w historii, żeby na jedną infekcję, w tak krótkim czasie kilku miesięcy przeprowadzano tak dużo różnych badań – zarówno skupionych na szczepionkach, jak i lekach. Oczywiście w jednostkach chorobowych takich jak nowotwory jest nawet kilka-, kilkanaście razy więcej badań zarówno klinicznych jak i przedklinicznych, ale mówimy tu o bardzo różnorodnej grupie schorzeń.

Czy wynika to z dostępności finansowania, jakie zostało uruchomione na ten cel – zarówno od instytucji publicznych, jak i prywatnych inwestorów? Ciężko uwierzyć, że tyle zespołów badawczych miało w szufladzie projekt szczepionki na nieznany wcześniej wirus i nagle wyciągnęło go do dalszych badań.

Podstawowym powodem, dla którego jest tak dużo projektów, jest potencjalnie bardzo wysoka zyskowność tej szczepionki. To od strony biznesowej jest wystarczającym uzasadnieniem, poza oczywistymi aspektami medycznymi i etycznymi. A dlaczego tak dużo firm jest w stanie rozwijać projekt tego typu szczepionki? W większości są to firmy, które stworzyły platformy technologiczne, które pozwalają rozwijać szczepionki na różne schorzenia, nie tylko na infekcje wirusowe czy bakteryjne, ale nawet na nowotwory.

Potrzeba kilku tygodni prac w laboratorium, żeby szczepionkę opracować.

Takie firmy uznały, że skoro mają sposoby na wytwarzanie innych szczepionek, np. na wściekliznę – jak CureVac, czy wirusa Zika – jak Moderna, to mogą to samo zrobić dla koronawirusa. Potrzeba kilku tygodni prac w laboratorium, żeby taką szczepionkę opracować. Ale potem wyzwania są innego rodzaju – kto szybciej przeprowadzi badania kliniczne, kto ma wystarczające moce produkcyjne, żeby dostarczyć materiał do badań klinicznych, który spełnia wymagania regulacyjne, a potem wytworzyć dziesiątki, setki milionów, a nawet miliardy dawek.

Czy to jest w ogóle możliwe?

Wydaje się, że w przypadku szczepionek moce do produkcji są dużo większe niż w przypadku leków. Remdesivir na przykład jest związkiem o bardzo skomplikowanej syntezie. Gilead informował, że jest w stanie dostarczyć milion dawek do końca tego roku,  a w przyszłym – więcej. Ale zapotrzebowanie będzie wyższe, jeśli pandemia będzie dalej rozwijać się w tym tempie.

Ekonomia jest sztuką wyboru – także moralnego

Cześć z tych mniejszych zespołów liczy, że znajdzie partnera, który sfinansuje dalszy, pozalaboratoryjny rozwój ich szczepionek?

Tak, ale wielu graczy ma pieniądze od rządów, stowarzyszeń i agencji. Te firmy prowadzą swoje projekty w tym momencie właściwie bezkosztowo, a potencjalnie mogą zarobić bardzo dużo, jeśli te szczepionki będą działać. Jest oczywiste, że te projekty są rozwijane.

Jak to jest, że szczepionkę na grypę mamy co roku, choć wirus grypy także jest co roku inny? Czy te szczepionki też przechodzą co roku badania kliniczne?

Na świecie jest kilka instytutów WHO, które co roku starają się przewidzieć, który podtyp wirusa grypy będzie najbardziej aktywny w najbliższym sezonie. Musimy to antycypować, bo w przeciwnym razie nigdy byśmy nie zdążyli ze szczepionką, która jest produkowana jeszcze z użyciem starych technologii. Procesy produkcji szczepionki są uruchamiane odpowiednio wcześniej. Czasami zdarza się, że WHO nie trafia, lecz w większości przypadków przewidywania się sprawdzają. Proces produkcji jest powtarzalny, ten proces musi być szybki, skoro co sezon mamy nową szczepionkę.

Skąd będziemy wiedzieli, że szczepionki zapewniają wystarczającą odporność? Czy uczestnicy badania klinicznego, którym zostanie podana szczepionka będą wystawiani na kontakt z wirusem, by sprawdzić, czy się zarażą?

Myślę, że nie będą celowo zarażani, choć nie wykluczam, że takie badanie kliniczne też mogłoby zostać przeprowadzone. Taka formuła budzi jednak wątpliwości od strony etycznej. Myślę, że skuteczność będzie potwierdzana statystycznie. Będziemy mieli jakąś grupę wysokiego ryzyka, np. pracowników służby zdrowia, którzy zostaną zaszczepieni i jakąś niezaszczepioną grupę kontrolną, i będziemy porównywać, ile osób z każdej grupy zapadło na chorobę. To pozwoli odpowiedzieć, czy szczepionka jest skuteczna.

Digitalizacja w walce z epidemią

Jest jednak różnica między szczepionką, a przejściem choroby. Odpowiedź immunologiczna w przypadku infekcji nie kieruje się przeciwko jednemu białku, ale przeciw wszystkim obcym antygenom – jedne są mocniej immunizujące, inne mniej. Układ odpornościowy ma szerokie spektrum reakcji na infekcję – są przeciwciała neutralizujące wirusa, są też takie, które eliminują zarażone komórki. W przypadku szczepionek wprowadzamy do organizmu jedno, maksymalnie dwa białka, czyli antygeny, dlatego skuteczność takiej szczepionki będzie mniejsza w porównaniu z odpornością nabytą po przejściu infekcji.

Jaki jest akceptowalny poziom skuteczności takiej szczepionki?

Czy będzie nas satysfakcjonować, że jednorazowa dawka da odporność w 75 proc.? Nie jest to zły wynik, ale standardowo oczekuje się skuteczności przy szczepionkach co najmniej 90-proc. Jeśli firmy będą w stanie pokazać, że duży odsetek pacjentów zaczyna produkować przeciwciała rozpoznające antygen, na który zostali zaszczepieni, a także, że w modelach in vitroin vivo te przeciwciała są neutralizujące, czyli zapobiegają wnikaniu wirusa do komórek ciała – to ze strony naukowej będzie to wystarczające do udowodnienia skuteczności. Jeśli połączymy to z wynikami statystycznymi z badania klinicznego pokazującego, że grupa ludzi zaszczepionych nie choruje na COVID-19 – w przeciwieństwie do grupy kontrolnej – to powinno wystarczyć do szerszego stosowania szczepionki w przyspieszonym trybie. Choć kolejnym pytaniem jest też oczywiście długość trwania tej odpowiedzi immunologicznej i tutaj niezbędne będą dłuższe badania.

Jak będzie wyglądała ochrona patentowa tej szczepionki? Czy zarejestrowanie jej przez jeden z podmiotów wyklucza inne z wyścigu?

Nie. Kwestie własności intelektualnej będą tutaj drugorzędne. Proces ochrony patentowej jest długotrwały – od momentu zgłoszenia do przyznania patentu mija od 5 do 7 lat. Przecież do tego czasu prawdopodobnie SARS-CoV-2 już nie będzie takim tematem jak dzisiaj. Te firmy, których szczepionki okażą się skuteczne, zdążą się „biznesowo usadowić”. Decydująca teraz jest przewaga technologiczna i moce produkcyjne.

Przy lekach rozwijanych dłużej – np. onkologicznych, dla których etap rozwoju trwa lata – ma to pewnie większe znaczenie – bo zanim lek zostanie wprowadzony na rynek, tę ochronę patentową zdąży się uzyskać.

Dokładnie tak. Jeśli faktycznie będzie tak, że COVID-19 stanie się chorobą sezonową, to wówczas kwestie własności intelektualnej będą miały znaczenie. Ale nie w krótkim terminie.

Rynek farmaceutyczny w Europie Środkowej i Południowej stale rośnie

Co się będzie działo, kiedy już powstaną pierwsze szczepionki?

Prawdopodobnie scenariusz będzie taki sam, jak w przypadku sytuacji, która miała miejsce kilka lat temu, czyli problemów z dostępnością leku na grypę Tamiflu. Wówczas niektóre państwa, niestety, zatrzymywały i magazynowały u siebie ten lek. Myślę, że i teraz będzie to logiczny ruch ze strony niektórych, najbardziej dotkniętych krajów. Chciałbym jednak wierzyć, że wszyscy wykażą się daleko idącą solidarnością i – chociażby dla grup wysokiego ryzyka, lekarzy, ratowników – szczepionki będą dostarczone od razu, gdy tylko będą dostępne. Ale czy tak się stanie – nie wiadomo.

Na pewno posiadanie w kraju firmy, która ma platformę technologiczną i moce produkcyjne, będzie źródłem przewagi strategicznej.

Sanofi, które jest francuską firmą, zapowiedziało, że to USA będą miały pierwszeństwo, jeśli uda się opracować szczepionkę. Prezes tej firmy dał do zrozumienia, że to Amerykanie dostaną ją jako pierwsi, bo więcej „inwestują w próby ochrony swojej ludności”.

Jeśli ludzie podkupują transporty maseczek na lotniskach w Chinach, to czemu rządy nie miałyby podkupywać czegoś, co jest w tym momencie dużo cenniejsze – czyli szczepionek?

Jakie są światowe moce produkcyjne? Czy potrzebujemy miliardów dawek takiej szczepionki?

AstraZeneca podawała, że ma możliwości produkcji około miliarda dawek rocznie, Johnson&Johnson również deklarował podobną skalę. Myślę, że jeśli kilka firm miałoby podobne możliwości, to powinno to wystarczyć. Jeśli w pierwszej kolejności szczepionkę dostałyby grupy szczególnie narażone, to już tym ruchem znacząco ograniczylibyśmy rozprzestrzenianie wirusa. A dalej – to byłyby już działania prewencyjne.

Ciężko mi uwierzyć, że będzie to szczepionka obowiązkowa dla wszystkich ludzi, we wszystkich grupach wiekowych. Przecież głównym powodem, dla którego te obostrzenia zostały wprowadzone, była troska o osoby starsze, które są najbardziej wrażliwe na infekcję SARS-CoV-2.

Może można mieć nadzieję, że jeśli wśród producentów będzie konkurencja, to i z dostępnością, i z ceną nie będzie problemów?

Jest jeszcze wiele niewiadomych. Czy to będzie jednorazowa sytuacja? Czy i w jakim zakresie ta szczepionka będzie refundowana przez państwa? Czy producenci będą na niej zarabiali jak na innych lekach? Zakładam, że przy takich strategicznych decyzjach to będą umowy pomiędzy państwami, a nie bezpośrednimi odbiorcami.

 

– rozmawiał Maciej Jaszczuk

Dr Krzysztof Brzózka – posiada doktorat z obszaru wirusologii oraz wrodzonej odpowiedzi immunologicznej na Uniwersytecie Ludwika Maksymiliana w Monachium; zajmuje stanowisko wiceprezesa i dyrektora ds. naukowych w notowanej na GPW, biotechnologicznej spółce Ryvu Therapeutics


Tagi


Artykuły powiązane