Złudna mania inwestycyjna w Europie

15.12.2014
W Brukseli i w całej Europie powtarza się dziś jak mantrę, że kluczem do ożywienia gospodarczego są inwestycje. Filarem strategii gospodarczej Komisji Europejskiej jest plan zwiększenia inwestycji - o 315 mld euro w ciągu następnych trzech lat. Propozycja Komisji jest jednak błędna i to zarówno jeśli idzie o nacisk na inwestycje, jak i o proponowaną strukturę ich finansowania.
Daniel Gros (Fot. Ptoject Syndicate)


Sam plan Komisji – sztandarowa inicjatywa przewodniczącego Jean-Claude’a Junckera na rozpoczęcie kadencji – nie stanowi niespodzianki (>>czytaj więcej o planie inwestycyjnym UE). Pomysł, że pobudzające wzrost inwestycje mają kluczowe znacznie dla osiągnięcia trwałego ożywienia jest głęboko zakorzeniony w dyskursie publicznym strefy euro, która ugrzęzła w ciągnącej się bez końca recesji. Podstawę tego dyskursu stanowi założenie, że wzrost inwestycji jest zawsze dobry, bo oznacza powiększenie zasobu kapitału, a więc i produkcji.

W przypadku Europy niekoniecznie tak być musi, szczególnie teraz. Władze Unii Europejskiej (i wielu innych krajów) dowodzą, że Europa – zwłaszcza zaś strefa euro – odczuwa „lukę inwestycyjną”. Niezbitym tego dowodem ma być spadek rocznych nakładów inwestycyjnych o 400 mld euro w stosunku do 2007 roku.

Porównanie to jest jednak mylące, gdyż rok 2007 był szczytowym okresem bańki kredytowej, która doprowadziła do mnóstwa marnotrawnych inwestycji. Komisja przyznaje to zresztą sama w dokumentacji uzupełniającej pakiet Junckera, gdzie podkreśla, że za punkt odniesienia dla pożądanego dziś poziomu inwestycji powinno się uważać lata sprzed boomu kredytowego. A według tego miernika luka inwestycyjna jest o połowę mniejsza.

Niestety, nawet lata sprzed boomu nie stanowią dobrej wskazówki dla obecnej gospodarki Europy, ponieważ doszło tam do szybszych niż się na ogół uznaje zmian w czymś, co ma znaczenie zasadnicze: w europejskich tendencjach demograficznych.

Do 2005 roku liczba ludności w wieku produkcyjnym w strefie euro rosła, a od 2015 roku zacznie ona maleć. Przy założeniu, że nie następuje wzrost wydajności, mniejsza liczba pracowników oznacza, że potencjalne wskaźniki wzrostu gospodarczego są niższe. A niższe tempo wzrostu sugeruje, że do tej samej relacji kapitału do produkcji potrzeba mniej inwestycji.

Gdyby strefa euro utrzymała stopę inwestycji na poziomie lat sprzed boomu, ilość kapitału w relacji do skali gospodarki bardzo by się zwiększyła. Aż się tu prosi zapytać: No to co? Zawsze lepiej, gdy jest więcej kapitału.

Zwiększająca się wciąż relacja zasobów kapitałowych do produkcji oznacza jednak mniejszy zwrot z tego kapitału, a tym samym pojawienie się (z czasem) w sektorze bankowym jeszcze większej liczby zagrożonych pożyczek. Przy słabej kondycji europejskiego systemu bankowego zbyt duża akumulacja kapitału to luksus, na który UE nie może sobie pozwolić.

Gdyby nawet pominąć pytanie, czy więcej to zawsze lepiej, nasuwa się kolejne: w jaki sposób plan Junckera mógłby wywrzeć w krótkim terminie dodatni wpływ na zagregowaną wielkość inwestycji?

Z akademickich badań nad uwarunkowaniami inwestycji wynika na ogół, że zmienną kluczową stanowi tu tempo wzrostu (czy jego oczekiwania) i że stopy procentowe odgrywają rolę co najwyżej drugorzędną. Oczywiście sugeruje to natychmiast, że silne oddziaływanie polityki pieniężnej na inwestycje nie jest prawdopodobne.

Sygnały z rynku są pod tym względem jasne: w większości UE nie występują obecnie braki w dostępności finansowania. Wprawdzie w peryferyjnych krajach strefy euro kredyt być może jest nadal dobrem rzadkim, ale te państwa to niespełna jedna czwarta gospodarki Europy. Tak więc brak finansowania nie stanowi przyczyny ciągle słabych inwestycji.

Plan Junckera zakłada, że 21 mld euro unijnego finansowania przyczyni się do uruchomienia przedsięwzięć inwestycyjnych wartych 15 razy więcej (315 mld euro). To założenie zbyt daleko idące. Europejski system bankowy ma obecnie ponad 1 bilion euro kapitału. Nie jest więc prawdopodobne, aby dodatkowe 21 mld euro – w formie gwarancji z unijnego budżetu – miało znaczący wpływ na skłonność banków do finansowania inwestycji.

Plan Junckera nastawiony jest szczególnie na projekty infrastrukturalne, które są często bardziej ryzykowne od innych inwestycji. Zwykle jednak nie jest to ryzyko finansowe: odzwierciedla ono możliwe przeszkody polityczne i regulacyjne na poziomie krajowym. Tych problemów nie da się rozwiązać gwarancjami z unijnego budżetu (które zresztą w żadnym przypadku nie mogą przekraczać 1/15 wartości projektu).

Przyczyną tego, że wciąż nie istnieje dobre połączenie sieci energetycznych Hiszpanii i Francji nie jest brak finansowania, ale niechęć monopoli z obydwu stron granicy do otwarcia własnych rynków. Także wolny postęp wielu przedsięwzięć kolejowych i drogowych to skutek sprzeciwów na poziomie lokalnym, nie zaś niedostatku finansowania. Takie są rzeczywiste przeszkody inwestycji infrastrukturalnych w Europie. Duże firmy europejskie mogą przecież z łatwością uzyskać finansowanie i to przy oprocentowaniu zbliżonym do zera.

Nawoływanie do większych inwestycji jest zawsze powierzchownie atrakcyjne. Przekonanie, że stopa inwestycji w strefie euro będzie już stale niższa, opiera się jednak na fundamentalnych przesłankach. Przywoływana często „luka inwestycyjna” to w większości efekt myślenia życzeniowego, a pozostałe bariery inwestycyjne z brakiem finansowania niewiele mają wspólnego.

Istotną lekcję dla strefy euro stanowią wyniki gospodarcze Stanów Zjednoczonych oraz Wielkiej Brytanii. W obydwu tych gospodarkach siłą napędową ożywienia był głównie skok konsumpcji, spowodowany – zwłaszcza w USA – poprawą w budżetach gospodarstw domowych. Odbudowa inwestycji stanowiła następstwo wzrostu konsumpcji. Jeśli więc architekci polityki w Europie serio podchodzą do ożywienia gospodarki, to powinni się skupić na konsumpcji, a nie na inwestycjach.

© Project Syndicate, 2014

www.project-syndicate.org

 


Tagi


Artykuły powiązane