• Michael Burda

Trzy mity o niemieckiej ekonomii

20.10.2015
W przeświadczeniu wielu analityków poglądy makroekonomiczne niemieckich ekonomistów różnią się bardzo od innych. To błędne przekonanie. Na sposób myślenia niemieckich ekonomistów wpływa głównie to, że Unia nadal składa się z niezależnych krajów i większość Europejczyków chce to utrzymać.
(CC By SA onnola)

(CC By SA onnola)

(CC By SA onnola)

Udzieliłem niedawno wywiadu redakcji tygodnika „The Economist”, który przygotowywał materiał poświęcony niemieckiej ekonomii. Materiał „Of Rules and Order” został opublikowany 9 maja 2015 r. Mocno mnie zirytował, gdyż powstał fatalny obraz tego, jak reprezentatywny niemiecki ekonomista – w tym przypadku ja – postrzega świat. Ponieważ to pismo symbolizuje dobre dziennikarstwo ekonomiczne i zwykle właściwie opisuje poruszane problemy, chciałbym skorygować pewne twierdzenia. Poniższy materiał, w większości napisany na podstawie mojego „Listu z Niemiec” (zamieszczonego w newsletterze brytyjskiego Królewskiego Towarzystwa Ekonomicznego z lata 2015 r.), to część tej próby.

Anglosaski świat krytykuje Niemcy od dawna (zaczęło się to długo przed kryzysem finansowym), ale te ataki bardzo się nasiliły, od kiedy Grecję nękają problemy. Wywody Paula Krugmana publikowane przez dziennik „The New York Times” oraz Martina Wolfa w „Financial Times” poparł niedawno Wolfgang Munchau, który w 2014 roku pisał o „dziwacznej ekonomii” (The wacky economics of Germany’s parallel universe, wydanie „Financial Times” z 16.11.2014 r.), a niedawno nasz współpracownik Simon Wren-Lewis na swoim blogu zasadniczo poświęconym problematyce makroekonomicznej (Mainly Macro) ponownie pisał o wypaczonych germańskich poglądach. Zdanie, że niemiecka ekonomia jest zdecydowanie krytykowana, jest najdelikatniejszym określeniem obecnego podejścia do niej.

Nowe spojrzenie na chłostanie Niemiec

Jeśli ktoś nie przeczytał opublikowanego przez „The Economist” artykułu wprowadzającego, musiał uznać, że niemieccy ekonomiści po prostu żyją w innym świecie, rozwodząc się nad nieistniejącymi problemami, zalecając programy zaciskania pasa, gdy są najmniej potrzebne, na każdym kroku popełniając błąd w złożeniach i ogólnie najzwyczajniej niczego nie rozumiejąc. W artykule konkretnie zasugerowano, że Sachverständigenrat (Niemiecka Rada Ekspertów Ekonomicznych) wykazuje się szczególnym zacofaniem w ostatnich komunikatach, do których należy jej coroczny raport.

Znając członków tej rady, mogę ręczyć za ich poglądy naukowe mieszczące się w głównym nurcie ekonomii. To ekonomiści, którzy publikują w poważnych periodykach naukowych, należą do poważanych międzynarodowych organizacji i towarzystw naukowych, używają tych samych narzędzi co pozostali specjaliści. Od członków tej rady oczekuje się niezależnych i niekiedy niechcianych rad przedstawianych rządowi w formie corocznego raportu. Ci ekonomiści nie są stronniczymi propagatorami rządowej polityki, oczekuje się od nich, że będą doradzać, kierując się interesem kraju. Tradycyjnie już wybiera się część członków reprezentujących świat niemieckich korporacji.

Trudno byłoby oczekiwać, że ci, którzy reprezentują segment „związkowy” (Peter Bofinger), będą się opowiadać za obniżką podatków odprowadzanych przez przedsiębiorstwa, podobnie jak trudno sobie wyobrazić, by przedstawiciel „przemysłu” (Volker Wieland) poparł podwyżki płacy minimalnej.

Powyższa uwaga nie jest jednak zarzutem, nie oznacza negatywnej oceny stanu ekonomii i badań ekonomicznych w Niemczech. Lionel Robbins nalegał, aby ekonomiści powstrzymywali się od ocen normatywnych i trzymali się ekonomii pozytywnej, ale moi niemieccy koledzy niekiedy mają problem z rozróżnieniem.

Od członków Sachverständigenrat oczekuje się ocen normatywnych, robią to więc, w ostatecznym rachunku dbając (choć tego celu się nie wymienia) o narodowe i gospodarcze interesy Niemiec. Z tego powodu nieuczciwością jest doszukiwanie się winy w systemie przekonań ekonomistów, gdy komuś nie podoba się polityka prowadzona przez rząd kraju, w którym pracują – czasami nawet zupełnie niezgodna z poglądami ekonomistów głównego nurtu.

Poniżej chcę się zdecydowanie rozprawić z trzema powtarzanymi w mediach i na blogach mitami o tym, „jak myślą niemieccy ekonomiści”, gdyż bardzo się wyolbrzymia ich wpływ na wiele krajowych programów politycznych. Przeprowadzony niedawno wśród niemieckojęzycznych ekonomistów przez „Süddeutsche Zeitung” sondaż potwierdził, że ich poglądy na politykę fiskalną, płace minimalne i inne kontrowersyjne sprawy polityczne w zasadzie niczym się nie wyróżniają (zobacz omówienie wyników tego sondażu w języku angielskim).

Mit pierwszy: odrzucenie koncepcji keynesowskich

To bzdura. Nie tylko podczas moich kursów w Berlinie, lecz również podczas prowadzonych przez wszystkich znanych mi kolegów wykładających problematykę makroekonomiczną (dotyczy to także Petera Bofingera, który mówi o sobie, że jest ostatnim Mohikaninem myśli keynesowskiej) w krótkookresowym wyznaczaniu produkcji i zatrudnienia powszechnie przypisujemy ważną rolę zagregowanemu popytowi. Wygodnie zapomina się nie tylko o tym, że przed wojną Niemcy wyprzedzały inne kraje pod względem wprowadzania w życie koncepcji keynesowskich, lecz również o tym, iż potwierdził to (co nie przynosi mu chwały) nawet sam John Maynard Keynes w przedmowie do pierwszego niemieckiego wydania „Ogólnej teorii zatrudnienia, procentu i pieniądza”.

Podczas powojennej odbudowy dla Karla Schillera najważniejszym pojęciem była Globalsteuerung (zarządzanie zagregowanym popytem). W przepisach ujętych w Stabilitätsgesetz (ustawie o stabilności, która umożliwiła kontrolowanie zarządzania popytem z 1967 r.) wprost reguluje się kwestie dotyczące „magicznego kwadratu”, czyli wzrostu gospodarczego, inflacji, bezrobocia i salda rachunku obrotów bieżących, a nawet zapewnia gotowe programy polityki fiskalnej do zastosowania w okresach recesji czy kryzysu. Na wielką recesję Niemcy zareagowały nie mniej energicznie niż ich partnerzy z UE, a jeden z obecnych członków rady wniósł duży wkład do piśmiennictwa, którego tezy wynikają z założenia, że polityka pieniężna przynosi trwałe rzeczywiste skutki w perspektywie krótkiej i średniej – to zdecydowanie nie jest pogląd nieortodoksyjny.

Skąd się więc bierze obecna uporczywa niechęć do Globalsteuerung w większości kręgów decydujących o niemieckiej polityce? Moim zdaniem (czytelnik może je przyjąć albo odrzucić) wynika to po prostu z interesu narodowego. Po pierwsze w świecie anglosaskim wyolbrzymia się rolę Niemiec w światowej gospodarce (w istocie ich udział w światowym PKB wynosi 5 proc.), a nawet w UE (to tylko 22 proc.).

Zdecydowane pobudzanie rozwoju w Niemczech za pomocą wszelkich keynesowskich środków z pewnością zmniejszyłoby ich nadwyżkę na rachunku obrotów bieżących, ale nie wpłynęłoby wyraźnie na zagregowany popyt na świecie czy nawet w UE. Po drugie Niemcy są gospodarką otwartą, w której suma eksportu i importu wyrażona jako odsetek PKB to prawie 90 proc., natomiast w pozostałych dużych krajach UE (we Włoszech, w Hiszpanii, Francji i Wielkiej Brytanii) ten wskaźnik wynosi 55–65 proc.

Ci, którzy jeszcze pamiętają staromodny mnożnik, wiedzą, że zmienia się w kierunku przeciwnym do wskaźnika krańcowej skłonności do importu. Nawet keynesista „neandertalski” czy „hydrauliczny” musiałby powątpiewać, czy taka polityka przyniosłaby korzyści Niemcom. Nieuczciwie jest oczekiwać, że indywidualne, niezależne kraje zaangażują się w politykę zagregowanego popytu ze względu na korzyści innych, jeżeli nie można przekonać własnych wyborców, że wzrośnie dobrobyt w ich kraju.

Trzeba też dodać, że większość współczesnych makroekonomistów przyjmuje bardziej wyrafinowany pogląd na fiskalne zarządzanie popytem oraz mnożnik i odrzuciłaby zakładany w keynesizmie hydraulicznym obraz świata, w którym ceny są stałe, a konsumenci mechanicznie wydają stałą część swojego dochodu. W nowocześniejszej koncepcji zakłada się, że tylko gospodarstwa o ograniczonym dochodzie mają znaczenie dla mnożnika – po prostu niemądrze byłoby twierdzić, że wszystkie niemieckie gospodarstwa domowe (czy choćby połowa) korzystające z wielu różnorodnych usług bankowych zaspokajają tylko podstawowe potrzeby konsumpcyjne, pokrywając wydatki na nie wyłącznie z dochodu rozporządzalnego.

Wprawdzie niemała grupa ekonomistów zgodnie twierdzi, że polityka fiskalna przy zerowej dolnej granicy jest skuteczna, ale odnosi się to do gospodarek zamkniętych i to tylko wtedy, gdy nic nie szkodzi reputacji krajów zaciągających kredyty i nie każe powątpiewać w ich dobre intencje. Tak się przypadkowo złożyło, że obecnie w Niemczech ekonomiści głównego nurtu, którym przewodzą Carl Christian von Weizsäcker i Marcel Fratzscher, toczą ożywioną debatę o wykorzystywaniu niskich stóp procentowych i inwestowaniu w infrastrukturę, co zapewniałoby korzyści i krótko- i długoterminowe. To zdecydowanie nie jest stanowisko zajmowane przez dogmatycznych przeciwników keynesizmu.

Mit drugi: zapatrzeni w ordoliberalizm i politykę podażową

W wielu ze wspomnianych przeze mnie we wstępie bardziej lekceważących artykułów krytykuje się tzw. ordoliberalizm (który ktoś, kto wie, czym on jest, określił w Wikipedii jako liberalny ustrój wolnorynkowy ze stosunkowo stabilnymi regułami przyjmowanymi w celu zapewnienia kontroli nad ekscesami nieokiełznanego kapitalizmu). Twierdzi się, że ordoliberalizm narodził się w następstwie odrzucenia obowiązującego w okresie nazistowskim państwowego socjalizmu i jest ucieleśnieniem koncepcji Friedricha Hayka, szczególnie zdecydowanego przedkładania skutków decentralizacji rynku nad planowanie państwowe, a także przyjęcia rządów prawa. Ulubionymi elementami Ordnungspolitik są walka z przedsiębiorstwami łamiącymi przepisy antymonopolowe oraz dbałość o ramy dla stabilnych stosunków umownych (szczególnie umów pożyczek).

Wydaje się to wprawdzie całkowicie nieszkodliwe, ale nie ma i nigdy związku nie miało związku z nauką ekonomiczną opartą na stosowanych w naszej dziedzinie metodach głównego nurtu. Chociaż można ją uważać na normatywną analizę systemów regulacyjnych, Ordnungspolitik nie wywodzi się z rygorystycznej analizy, do której jesteśmy przyzwyczajeni, lecz wynika z typowo austriackiego (za Haykiem) odrzucenia formalnej analizy tych kwestii. Jeżeli ordoliberalizm w ogóle oznacza coś konkretnego, to określa po prostu preferowanie zdecydowanej polityki, być może nawet wyniesionej do statusu religii. Nie widziałem jeszcze poważnej analizy wpływu systemu ordoliberalnego na dobrobyt społeczeństwa, ale możliwe, że czytam niewłaściwe pisma.

Co do strony podażowej, sprawa przedstawia się odmiennie. Istnieje bardzo dobra i rygorystyczna – również niemiecka – analiza poświęcona temu, jak zmiany przepisów regulujących rynek pracy, zasad działania państwa opiekuńczego, opodatkowania i skuteczności poszukiwania zatrudnienia mogą wpływać na długookresowy produktywny potencjał gospodarek. Sukces reform rynku pracy opracowanych 10 lat temu przez Petera Hartza świadczy o tym, że podażowa polityka gospodarcza może być skuteczna. Nie przez przypadek stało się tak, że stopa zatrudnienia, która przez dziesięciolecia się nie zmieniała, od 2003 r. wzrosła o 13 proc.

W dekadzie po zjednoczeniu bardzo spadła w stosunku do innych krajów konkurencyjność Niemiec, które z ekonomicznego punktu widzenia były wtedy chorym Europy. Pozjednoczeniowa inflacja spowodowała wzrost płac nominalnych, podczas gdy europejska integracja prowadziła do spadku cen. Ponoszenie kosztów zjednoczenia bez podwyżek stawek podatkowych oznaczało wchodzenie tylnymi drzwiami składek na ubezpieczenia społeczne, a to doprowadziło do poważnych zakłóceń na rynku pracy. Przeprowadzone w latach 2003–2005 reformy pozwoliły rozwiązać te problemy, choć odbyło się to kosztem karier politycznych. 10 lat później Niemcy mogą świętować sukcesy na własnym rynku pracy.

Nie powinno dziwić, że Niemcy – choćby normalnie przejawiali nieco większą cierpliwość od przeciętnych Europejczyków – mają jej mniej do krótkookresowych wyobrażeń o świecie i myślą raczej w kategoriach keynesowskich łańcuchów krótkich okresów, które na pewnym poziomie muszą się zgadzać z tym, co się chce osiągnąć w polityce długoterminowej. Być może trudno się tym zajmować, ale nie jest to ekonomia voodoo. I w wielkim stopniu to tłumaczy, dlaczego Niemcy w obecnym greckim dramacie skupiają się na reformach.

Mit trzeci: obsesja ryzyka nadużyć i programów oszczędnościowych

Nastawienie wobec ryzyka nadużyć i programów oszczędnościowych zawsze zależy od osobistych odczuć. Nic dziwnego, że Niemcom zależy na tym, by znaleźć trwałe rozwiązania problemów południowej Europy oraz (i miejmy nadzieję, że uda się to osiągnąć) kłopotów powodowanych przez stosowane w północnej Europie praktyki kredytowania, które do tego doprowadziły, bardziej niż korzystającym z pomocy, którzy wolą zwlekać i liczyć na strukturalny darmowy lunch. Rządy zasadniczo powinny realizować programy oszczędnościowe nie w złych czasach, lecz w dobrych. Po tym, jak w 2003 r. Niemcy (a także Francja) nie zdołały narzucić samym sobie zasad stabilności i odpowiednich sankcji – i po dążeniu przez cały okres negocjacji traktatu z Maastricht do przyjęcia ostrych kryteriów członkostwa w unii walutowej oraz rygorystycznych warunków ujętych w Pakcie Stabilności i Wzrostu – są teraz skazane na zaciskanie pasa. Jeśli nie będą się tego trzymać, mogą stracić całą wiarygodność w sprawie dyscypliny budżetowej w tej unii walutowej.

W tej mierze, w której prowadzenie polityki jest wynikiem interakcji rzeczywistych decydentów i polityków, pozytywna analiza polityki gospodarczej przynosi spore korzyści. W tym przypadku ekonomiści niewątpliwie patrzą na politykę i ekonomię polityczną o wiele bardziej cynicznie. Gdy przyjechałem do Berlina na początku lat 90. XX w., wszyscy uczestnicy dyskusji byli sceptycznie nastawieni do planowanej europejskiej unii walutowej. Podejrzewano polityków, że postępują według swego widzimisię, reagując na krótkookresowe bodźce polityczne, nie kierując się tym, jaką politykę prognozują nasze „próżniowe” modele, w których nie uwzględnia się realiów politycznych. Obecne wydarzenia dowodzą, że sceptycy mieli bardzo wiele racji.

W wyniku własnych doświadczeń Niemcy doskonale rozumieją zagrożenia. Niemieckie kraje związkowe za długi odpowiadają indywidualnie i wspólnie. Jak można było przewidzieć, mniejsze kraje dopuściły do tego, aby ich zadłużenie ogromnie wzrosło od lat 80. XX w. Stało się tak w wyniku upadku strukturalnego, mimo że obiecywano zrównoważenie budżetów. Zadłużenie Bremy per capita wzrosło z około 5 tys. euro w 1980 r. do 30 tys. euro w 2015 r., czyli o 500 proc. Zadłużenie Saary zwiększyło się z 1,6 tys. euro per capita do prawie 14 tys., a więc o 775 proc. (zadłużenie całych Niemiec na głowę w tym samym okresie wzrosło „tylko” o 200 proc.). Prawdopodobne, a być może nawet nieuchronne są bailouty w celu ratowania Bremy, Saary czy Berlina, ale czym innym jest zrobienie tego samego dla 10-mln. Grecji. Zrozumiałe, że imperatywem kategorycznym staje się sprawa ryzyka nadużyć. Co dziwne, w USA tę zasadę rozumie się od lat 40. XIX w., o czym przypomniał nam Thomas Sargent.

Niemiecką polityką gospodarczą nie kieruje teraz ordoliberalna religia, lecz kombinacja krajowego interesu własnego i wynikającego z doświadczenia zdrowego braku zaufania. Zasadnicze znaczenie ma tu fakt, że Europa nadal składa się z niezależnych krajów i większość Europejczyków chce utrzymać taki stan. Unia walutowa narzuca uniwersalną politykę pieniężną wszystkim krajom członkowskim, ale milczy w sprawie właściwych rozwiązań, które tę politykę powinny zastąpić. Czy powinniśmy szukać jakiejś możliwości ubezpieczenia (jak jest w USA), czy pozwolić, aby każdy kraj bronił własnych interesów?

Ostatecznie niemieccy ekonomiści będą na ogół propagowali ekonomię służącą niemieckim interesom, ale tego samego przecież spodziewalibyśmy się po ekonomistach brytyjskich, gdyby Wielka Brytania postanowiła wystąpić z UE, czy po amerykańskich, gdy zostaną w końcu podniesione stopy procentowe. Jeżeli europejska unia walutowa ma być udanym przedsięwzięciem, trzeba zgrać interesy krajowe i unijne, bo w przeciwnym razie ta federacja roztrzaska się na skałach przyszłych wstrząsów gospodarczych.

Michael Burda jest profesorem ekonomii, członkiem zespołu badawczego Ośrodka Badań Polityki Gospodarczej (CEPR). Wykłada na berlińskim Uniwersytecie Humboldta.

Artykuł po raz pierwszy ukazał się w VoxEU.org (tam dostępna jest pełna bibliografia) i można go przeczytać tutaj. Tłumaczenie i publikacja za zgodą wydawcy.

 


Tagi


Artykuły powiązane